Kultura

Szczerość męskiej prozy

Życie elit nie fascynuje Łukasza Orbitowskiego, nigdy nie pisał o uznanych pisarzach czy aktorach. Uważa bowiem, że tego typu ludzie niczego nie wiedzą i niczego nie potrafią, a prawdziwe życie biegnie poza nimi.

Trach. Łukasz Orbitowski wydał nową powieść. Drugą po zrzuceniu skóry „fantasty” (jak mówi się czasem o autorach literatury fantastycznej). Chociaż nazwanie pisarza byłym „fantastą” jest nieco krzywdzące. Orbitowskiemu nie chodziło bowiem wyłącznie o rozrywkę; pod powierzchnią nierealnych zdarzeń przemycał czujne obserwacje obyczajowe.

Tak było już w powieściowym debiucie „Horror Show”, którego akcja działa się w Krakowie, w przygnębiających i ponurych zarazem, pierwszych latach bieżącego wieku. Podobnie działo się również, tyle że bez niesamowitości, w „Innej duszy”. Tam Kraków zastąpiła Bydgoszcz, a czas cofnął się o kilkanaście lat, do lat 90. ubiegłego stulecia. W najnowszym „Exodusie” punktem wyjścia jest natomiast Warszawa. Trach.

Czy prozaik oszalał?

- Wylazłem z szamba. Świat ujrzał mnie, jak wyłaniałem się ze studzienki kanalizacyjnej – wyznał Orbitowski w wywiadzie dla portalu Onet. Wielu „fantastów” odczuwa przecież kompleksy w stosunku do literatury głównego nurtu. Ta, czasem nie bez przyczyny, daje im odczuć, że nie są pełnoprawnymi pisarzami. Podczas gdy my zajmujemy się tym, co ważne – zdają się mówić mainstreamowi autorzy – wy piszecie eskapistyczne historyjki o kosmitach, wampirach czy mieczach.

Z tak rozumianego środowiska, stereotypowych fandomowych "fantastów" wyrósł autor „Exodusu”, ale nie tylko on. I Wit Szostak, i Szczepan Twardoch, prywatnie dobrzy koledzy Orbitowskiego, również. Nie wierzycie? Wystarczy spojrzeć na zdjęcia Twardocha sprzed kilkunastu lat.

"Exodus", najnowsza książka Łukasza Orbitowskiego. Fot. Archiwum
Wczesny Orbitowski fascynuje się Stephenem Kingiem i Grahamem Mastertonem – pisarzami popularnymi, a niekiedy nawet pulpowymi. Ale z drugiej strony nie wypiera się młodzieńczego podziwu dla Jarosława Iwaszkiewicza, Leopolda Tyrmanda czy Ireneusza Iredyńskiego. Na spotkaniu z olsztyńskim prozaikiem, autorem sfilmowanych „Excentryków”, Włodzimierzem Kowalewskim w tak ekspresywny sposób tłumaczył mu ważność jego powieści „Bóg zapłacz”, że ten pomyślał, iż młody prozaik oszalał.

Rozmawiając w „Literaturze na trzeźwo” w Telewizji Republika z Mateuszem Matyszkowiczem, zahacza z kolei o Marka Twaina, doceniając także twórców czarnego kryminału – Dashiela Hammetta i Raymonda Chandlera. W kręgu zainteresowań prozaika pojawia się więc literatura męska; Orbitowski tak zwanej kobiecej prozy nie czyta i nie ceni, stąd pewnie obrywa mu się od tych recenzentów, który narzekają na schematyczne postaci bohaterek w jego tekstach. Ale chyba lepiej pisać w ten sposób, niż babrać się w żeńskich bebechach jak austriacka brutalistka, Elfriede Jelinek.

Od Mastertona do Kisielewskiego

Popkultura, z której wyrasta Orbitowski, w taki właśnie uproszczony sposób przedstawia kobiety; nie ma więc sensu, aby zawracać Wisłę kijem. Popkultura to również ukochany przez autora metal. On sam chodzi w koszulkach zespołów parających się tą ostrą muzyką, ale słuchają jej również jego bohaterowie. W „Szczęśliwej ziemi” słucha się Slayera i Judas Priest.

W „Innej duszy” pojawia się pochodząca z Brazylii Sepultura, a w „Horror Show” (który sam jest przecież tytułem jednego z albumów amerykańskiego Iced Earth) postacie fikcyjne handlują na giełdzie płytami istniejących rzeczywiście wykonawców, nie tylko metalowych: Iron Maiden, ale i Depeche Mode czy Anny Marii Jopek. Dodać trzeba, że chodzi oczywiście o płyty pirackie – taki koloryt przełomu wieków.

25.05.2017 – Łukasz Orbitowski
Jeszcze ciekawsze aluzje występują w „Widmach”. W powieści tej, opowiadającej alternatywną historię Polski bez Powstania Warszawskiego, a w konsekwencji z żyjącym Baczyńskim, autor „Pokolenia” wydaje kolejne powieści. Krzyś publikuje „Liczbę Bestii”, „Siłę niewolnika” czy „Strach przed ciemnością” – a to po prostu tłumaczenia tytułów płyt brytyjskiej legendy heavy metalu Iron Maiden. Z kolei koszulkę z logotypem tego zespołu zakłada na początku powieści dziecięcy bohater „Tracę ciepło”.

W powieściach i opowiadaniach pochodzącego z Krakowa autora na muzyce się jednak nie poprzestaje: ich protagoniści grają w gry komputerowe (a w „Exodusie” nawet w gry planszowe), czyta się Kinga i Mastertona i przywołuje się… Stefana Kisielewskiego. Z jednej więc strony pojawia się w nich bagaż popkultury, z drugiej – postaciom trudno wyprzeć się inteligenckich naleciałości.

Wśród podejrzanych kolegów

To przecież sytuacja autora, który wychował się w kulturalnym domu z ojcem malarzem, świętej pamięci Januszem Orbitowskim (zmarł na początku października), a który z drugiej strony lubi obracać się wśród podejrzanych kolegów.

Autor od zawsze opisywał więc ludzi prostych, ale i półświatek, nie do końca przestępczy, jednak często dryfujący tam, gdzie prawo staje się względne. Życie elit nie było dla niego fascynujące, więc w żadnym z tekstów Orbitowskiego nie znajdziemy uznanych pisarzy, aktorów czy śpiewaków operowych.

W ciekawej rozmowie z Olgą Kowalską dla bloga Wielki Buk stwierdził wręcz: - Kiedy po prawie dwóch dekadach, ku swojemu zaskoczeniu, wylądowałem na salonach, okazało się, że moje nastawienie nie uległo zmianie, znalazło jednak wiele innych uzasadnień. Ci ludzie – w ogromnej większości – niczego nie wiedzą i nic nie potrafią, za to sądzą dokładnie na odwrót. Żyją w bańce, którą sami sobie stworzyli, w którą zasysają swoje własne dzieci, tymczasem poza nimi biegnie prawdziwe życie, o którym nie mają pojęcia.

Pogarda ubeka, pogarda kombatanta

W „Świętym Wrocławiu” przestrzenią dla bohaterów jest blokowisko z wielkiej płyty, uosobienie architektonicznej przeciętności; w blokach żyją także postaci z tomu opowiadań „Nadchodzi”, a również Jędrek z „Innej duszy”. Inni z kolei zamieszkują czy to krakowskie, czy bydgoskie kamienice. Ulica Jasna, przy której znajduje się mieszkanie rodziny głównego bohatera „Innej duszy”, Krzyśka, jest miejscem wyjątkowo paskudnym: piętrowe czynszówki, odrapane mury, smród smogu. I nawet gdy postać ta pod koniec powieści wychodzi z biedy, byle jakiego dzieciństwa, odnosi finansowy sukces i przenosi się do apartamentowca położonego w centrum miasta, smak tego awansu jest zatruty goryczą.

Ten gorzki posmak rzeczywistości wydaje się również spowijać życie większości bohaterów Orbitowskiego. I jeśli w początkowej fazie jego twórczości, w „Horror Show”, zbiorze opowiadań „Wigilijne psy” czy „Tracę ciepło”, był on łagodzony przez sporą dawkę humoru, to w „Nadchodzi” – bodajże najlepszym zbiorze krótszych tekstów autora – żadnej taryfy ulgowej już nie ma.

Łukasz Orbitowski
Główny bohater „Popiela Armeńczyka” – opowiadania z rzeczonego tomu – to zgorzkniały żołnierz kampanii wrześniowej, którego pozbawiły złudzeń tajemnicze i pełne grozy wydarzenia z okresu wojny. Ten stary mężczyzna patrzy na młode pokolenie z pogardą; to samo czyni emerytowany ubek z opowiadania tytułowego, dziadek-kombatant ze złośliwym grymasem na twarzy. Obaj mają dość zniewieściałości, która – ich zdaniem – dotknęła mężczyzn początku nowego stulecia.

Relacja między ojcem i synem ukazana w „Nadchodzi” może kojarzyć się z dramatami Jarosława Jakubowskiego, szczególnie z „Głową w mur”. W obu tekstach przeszłość ojca rzutuje na relacje międzypokoleniowe: oto spotykają się bowiem dwie generacje – jedna, ukształtowana przez siermiężny Peerel, druga – późno dojrzewająca i rozpieszczona przez potransformacyjny dobrobyt dużych miast.

Dlaczego zabił dwoje ludzi?

Zgorzkniali są również młodzi, bo trzydziestoparoletni bohaterowie „Szczęśliwej ziemi. To równolatkowie Orbitowskiego, którym rozsypuje się wszystko; nie potrafią odnaleźć się w dzisiejszym świecie, zawieszeni między dzieciństwem spędzonym w małym miasteczku w schyłkowych latach 80. a dzisiejszym drapieżnym konsumpcjonizmem. Poszukują miłości, pieniędzy, spełnienia, przyjaźni, zostawiając za sobą zgliszcza.

A przecież są ludźmi sukcesu, którzy wyrwali się z małego miasta i uwierzyli w renesansową maksymę o człowieku jako mierze wszech rzeczy. Jeden z nich, mieszkający w Kopenhadze Bartek (a mieszkał tam przecież Orbitowski!), męczy się podobieństwem ulic miasta, ale tak samo znużony jest przeprowadzkami. „Świat jest duży. Ale z drugiej strony nie robię się młodszy – myślał” – pisze autor o bohaterze.

Łukasz Orbitowski od 2016 roku prowadzi w TVP Kultura program Dezerterzy. Fot. TVP/Jan Bogacz
Jeszcze dalej prozaik idzie w „Innej duszy”, w której problemem nie jest tylko zgorzknienie, ale również zło. Nigdy się z niej nie dowiemy, dlaczego bohater zabił dwoje młodych ludzi i dlaczego nie miał żadnych wyrzutów sumienia.

Ta, nagrodzona na początku 2016 roku Paszportem Polityki, powieść Orbitowskiego powstała inaczej niż pozostałe. Prozaik stworzył ją na zamówienie i na faktach, na potrzeby nowej serii wydawniczej. W konsekwencji stały się dwie rzeczy: Łukasz Orbitowski wydał swój bezdyskusyjnie najlepszy utwór, a po drugie – powieści stworzone przez innych autorów i wydane w „Serii na faktach” były już o wiele słabsze niż „Inna dusza”.

Między Nicholsonem a Keruakiem

„Inna dusza” jest też pierwszym utworem pisarza, w którym nie występuje fantastyka. Tej nie ma również w „Exodusie”. Ponownie pojawia się w nim również problem zła, ale i ucieczki od odpowiedzialności za wyrządzone krzywdy. Powieść zaczyna się głośnym „trach”, po którym bohater główny pospiesznie ucieka pociągiem do Berlina, a stamtąd do Słowenii i na grecką wyspę.

Orbitowski, zapowiadając „Exodus”, wspominał, że pisze powieść drogi; tak naprawdę jest ona powieścią ucieczki, przypominającą „Pięć łatwych kawałków” z Jackiem Nicholsonem. Fot. Archiwum TVP
Orbitowski, zapowiadając „Exodus”, wspominał, że pisze powieść drogi; tak naprawdę jest ona powieścią ucieczki, bardziej jak „Pięć łatwych kawałków” z Jackiem Nicholsonem niż „W drodze” Jacka Kerouaca. Podczas tej wędrówki będziemy świadkami nie tylko moralnego obumierania Janka, ale i rozpadania się zgnilizny świata zachodniego. Mówił o tym rozpadzie autor w rozmowie z dziennikarką „Wysokich obcasów” Anną Brzezińską: - Zachód gnije, a nam mówią: „Bądźcie tacy jak oni! Zostańcie zombi!”.

Stąd niedaleko do nihilizmu; wydaje się jednak, że Orbitowski nie przekracza tej granicy. Jest szczery w odmalowywaniu swoich bohaterów, co dla jednych będzie słabością, a dla innych mocnym punktem jego prozy. Jak sam mówi: - Polska literatura cierpi na chroniczny brak szczerości. Ludzie kłamią tak potwornie, tak nieudolnie, piszą książki bez wiary, wymyślone, tego się nie da znieść!

- Michał Żarski

Zdjęcie główne: Łukasz Orbitowski. Fot © Krzysztof Dubiel dla Instytutu Książki
Zobacz więcej
Kultura Najnowsze wydanie
Trumna wśród nieba i aniołów
Zainspirował go cmentarz w Rumunii – w jakiejś wiosce zobaczył groby z niebieskimi krzyżami, co dawało nastrój zupełnie „nie cmentarny”, lecz radosny, optymistyczny.
Kultura Najnowsze wydanie
Księgarnia na Tłomackiem
Panna ma jasnorude, kręcone włosy, jest młoda i silna, tylko takie kobiety przetrwają i urodzą zdrowych synów. Przetrwają, ale co? Może zagładę nuklearną, epidemię, wybuch wulkanu.
Kultura Najnowsze wydanie
Czułe ucho laryngologa. Pół wieku po śmierci Krzysztofa Komedy
Marek Hłasko pchnął przyjaciela zbyt mocno. Ten upadł uderzając głową o kamienie. Nie dawał znaku życia.
Kultura Najnowsze wydanie
Pyzy, rekiet i Żydzi. Jak kapitalizm pożarł dziecko wolnego rynku
Warszawską ulicą Targową (która wtedy nosiła też nazwę Wołowej) pędzone były stada bydła niczym w amerykańskim westernie.
Kultura Poprzednie wydanie
Jak Obcy z Predatorem wprowadzili nas w XXI wiek
Czyli: dlaczego przyszli wynalazcy powinni oglądać filmy science-fiction.