Cywilizacja

Książę warszawskiego streetu i człowiek kosmosu

Był bezdomny, chory psychicznie, a urósł do rangi celebryty. Kulturowy fenomen, od wielu lat obecny na ulicach Warszawy. Stały bywalec Śródmieścia, który błogosławił lub przeklinał przechodniów. Na ostatnie miejsce swojego pobytu wybrał okolice Centrum Sztuki Współczesnej. To tam znaleziono jego zwłoki. 5 grudnia 2017 roku odeszła barwna a zarazem tajemnicza postać stolicy: Czarny Roman, czyli Jan Wiesław Polkowski.

Jako pierwszy o śmierci Czarnego Romana poinformował dziennikarz i reżyser Cezary Ciszewski. „Myślałem, że ten dzień nigdy nie nadejdzie. Czarny Roman, książę warszawskiego streetu i człowiek kosmosu, nasz szaman i nauczyciel nie żyje” – napisał na swoim profilu na Facebooku.

Nazywał się Jan Wiesław Polkowski. Miał 67 lat. To tylko dwie, a może aż dwie pewne informacje z jego życiorysu. Nikt do końca nie wiedział kim jest i jaka jest jego prawdziwa historia.

Na jego temat krążyło wiele legend. Podobno był jednym z najlepiej zarabiających w stolicy cinkciarzy. Podobno na handlu dolarami zbił ogromną fortunę, którą z dnia na dzień stracił przez nieuczciwych znajomych. Podobno pieniądze miała zabrać mu żona, a nie koledzy, i wraz z trzema córkami oraz kochankiem uciec za granicę. Podobno miał stracić majętek w kasynach, grając w pokera, i stać się pierwowzorem postaci granej przez Jana Nowickiego w filmie „Wielki Szu”.

Wszystkie te prawdopodobne koleje losu Czarnego Romana, nazywanego przez mieszkańców stolicy również Czarnym Jankiem albo Krukiem, miały sprawić, że oszalał i stał się bezdomnym, który biega po ulicach.

Często powtarzał, że jest „świadomością nieśmiertelności mordu”. Nigdy nie zażywał narkotyków i nie pił alkoholu. Ale miewał swoje humory. Gdy był wkurzony, przepowiadał przechodniom śmierć, a gdy wesoły – zachęcał do jogi.

Jak było naprawdę, tego nie wie nikt. – Kulturowy fenomen, stały element Warszawy od wielu lat. Z jednej strony jasny, z drugiej mroczny. Bohater Śródmieścia. Nie sposób było się na niego nie natknąć, nawet wtedy, gdy do Warszawy wpadało się na kilka chwil. Był tzw. urban legend, czyli miejską legendą, symbolem Warszawy i zapewne po śmierci wciąż nią pozostanie – mówi dr Karol Jachymek, antropolog z Uniwersytetu SWPS.



Mimo, że zwany był Czarnym Romanem, głównie ze względu na strój w jakim najczęściej widywano go na ulicach Warszawy, czyli czarnym płaszczu i kapeluszu, czasem nieco zmieniał swoją stylizację.

Często można go było zobaczyć w różowym pluszowym kombinezonie, czerwonym swetrze i białych spodniach lub seledynowym, ortalionowym dresie. Jego stroje uzupełniały białe albo czarne Crocsy. Nosił je również wtedy, gdy aura nie była ku temu zbyt sprzyjająca.

Czarny Roman całymi dniami spacerował szybkim krokiem po ulicach Śródmieścia. Można go było spotkać na najważniejszych ulicach tej części stolicy: Marszałkowskiej, Nowym Świecie, Chmielnej. A ostatnie miesiące swojego życia spędził w okolicach Centrum Sztuki Współczesnej.

„Jego twierdzenie, że jest nieśmiertelny, w pewnym sensie się spełniło. Nie zdziwię się, jeśli niebawem pojawi się pomysł, by postawić mu ławkę na Nowym Świecie” – ocenia antropolog Karol Jachymek

Czasem na chwilę przysiadał w jednym z kawiarnianych ogródków. Nie zamawiał niczego, prosił jedynie o wrzątek do swego termosu, z którego popijał herbatę z dziurawca. Polecał ją wszystkim, tak samo jak jedzenie surowego jajka. Sam często chrupał paprykę albo macę. Latem przekonywał, że najlepsze na urodę są truskawki.

Niektórzy się go bali, inni byli nim zaciekawieni albo rozbawieni. Nigdy nie zażywał narkotyków i nie pił alkoholu. Ale miewał swoje humory.

Gdy był wkurzony, przepowiadał przechodniom dokładną datę śmierci. Albo katastrofę, w której na Warszawę miał spaść meteoryt i zabić 1,2 mln osób. Gdy było mu wesoło, potrafił „pozdrowić pięknego aniołeczka” lub pouczał, jak zdrowo żyć i zachęcał do uprawiania jogi.

Często powtarzał, że jest „świadomością nieśmiertelności mordu”. Opowiadał też historię „arcy k… mordercy” pochowanego na cmentarzu w Wilanowie.

– To kolejna, związana z nim legenda miejska, według której Czarny Roman miał zostać dotkliwie pobity. Mimo, że był w stanie krytycznym ,wyszedł z tego, ale wypadek odbił się rzekomo na jego psychice . Czy ta wersja jest bardziej prawdopodobna niż utrata wielkiego majątku? Też nie wiadomo – mówi dr Jachymek.

„Mówimy o osobie bezdomnej, chorej psychicznie, która urosła do rangi swego rodzaju celebryty. Odczarowywał tę wymuskaną, hipsterską Warszawkę i przypominał o tych starych klimatach stolicy” – Karol Jachymek

– Pewnym jest natomiast, że ten dziwny człowiek, a zarazem niezwykła postać, bardzo silnie związał się z warszawskim folklorem. To jego twierdzenie, że jest nieśmiertelny, w pewnym sensie się spełniło, bo choć zmarł, symbolicznie dla wielu Warszawiaków już jest i będzie taką nieśmiertelną postacią związaną z ich miastem. Nie zdziwię się, jeśli niebawem pojawi się pomysł, aby postawić mu pomnik na Nowym Świecie albo chociaż ławkę z jego podobizną – dodaje antropolog.

Fakt, że gdy pewnego razu ogłoszono konkurs na nazwę warszawskiego ciastka, wiele osób sugerowało, że powinno nosić imię właśnie Czarnego Romana.



Co więcej, choć Czarny Roman był personą stricte związaną z Warszawą, jego sława rozniosła się po całej Polsce i rozpowszwchniła w internecie, głównie za sprawą mediów społecznościowych.

Miał mawet swój fanpage, którego twórca oznaczył go jako „osobę publiczną” i tak opisał: „Wysoki, szczupły mężczyzna o wyjątkowo przenikliwym spojrzeniu i niepokojącym wyrazie twarzy. (…) Człowiek o tajemniczej przeszłości i niezwykłym stylu teraźniejszego życia. (…) Wzbudza zarówno sympatię, jak i strach (…)”.

– Ta warszawska, niejako kultowa postać przekroczyła nie tylko granice tego miasta, ale trafiła również do wirtualnej rzeczywistości. Mówimy o osobie bezdomnej, chorej psychicznie, która urosła do rangi swego rodzaju celebryty. Wieść o jego śmierci była przekazywana na portalach społecznościowych, a gdy żył wielu użytkowników również zamieszczało tam jego zdjęcia – wyjaśnia dr Jachymek.

– Według mnie jego fenomen polegał również na tym, że odczarowywał tę wymuskaną, hipsterską Warszawkę i przypominał o tych starych warszawskich klimatach, z chociażby charakterystycznym praskim sznytem, które niejako tożsamość tego miasta ukształtowały – zauważa antropolog.

„Czarny Roman wielu osobom zepchniętym na margines społeczeństwa pokazuje, że można żyć na ulicy i robić to – na swój sposób – godnie. Można to nazwać szaleństwem, a można też drogą, którą wybrali” – psychoterapeuta Robert Rutkowski

O Czarnym Romanie mówiło się, że był takim symbolem Śródmieścia, jakim dla warszawskiej Starówki jest Zygmunt III Waza. Albo że przynosi szczęście jak przypadkowo napotkany kominiarz. Mało kto zwracał uwagę na jego bezdomność.

Nie był bohaterem reportaży o człowieku, któremu trzeba pomóc albo ubogim proszącym o pieniądze. Czy można, więc w jego przypadku mówić o bezdomności z wyboru?

Psychoterapeuta Robert Rutkowski, leczący m.in. uzależnienia, spotkał na swojej drodze kilka podobnie barwnych postaci, głównie w latach 80. Choć, jak zaznacza, „nie prowadzi egzegezy zjawiska”.

– Uczyłem się w technikum na Kasprzaka i naszym nauczycielem polskiego był człowiek, który cytował Platona i Homera. Kilka lat po skończeniu edukacji w tej szkole spotkałem go na mieście. Nie był już profesorem, ale nadal operował tak barwnym językiem, jak wówczas gdy mnie uczył. Lata 80. sprawiły, że z dnia na dzień stał się bezdomnym, z którym można było porozmawiać o filozofii, czy bólu egzystencjalnym. Myślę, że wielu z nas ma silną potrzebę aby takie osoby, takie miejskie legendy jak Czarny Roman czy mój profesor, funkcjonowały w tej naszej przestrzeni – ocenia.



Jego zdaniem Czarny Roman dla wielu osób zepchniętych na margines społeczeństwa jest swego rodzaju odniesieniem, pokazaniem, że można żyć na ulicy i robić to – na swój sposób – godnie.

– Nie zakwalifikowałbym tego rodzaju bezdomności jako uzależnienia. Dla nas, zwykłych mieszczuchów, którzy pilnują spłaty czynszu, płacą na czas rachunki, takie życie z pewnością jest nie do przyjęcia. Ten nasz świat wydaje nam się jedynym wzorcowym. To również pewnego rodzaju iluzja – zauważa Rutkowski.

W odniesieniu do „księcia warszawskiego streetu” przypomina mu się mądrość wypowiedziana przez mistrza ze Wschodu, która brzmi: „Stracić wszystko, to wszystko odzyskać”.

– To mocny tekst, który z historią Czarnego Romana bardzo mi współgra. Ludzie, którzy tracą majątek, nie muszą od razu kończyć z butelką denaturatu. Odnajdują swój sposób na to, co się stało. Można to nazwać szaleństwem, a można też drogą, którą z różnych powodów wybrali i czują się w niej dobrze. W tym szaleństwie jest metoda – wyjaśnia.

Czarny Roman najwyraźniej ją znalazł. Jego pożegnanie mieszkańcy stolicy chcą zorganizować w połowie grudnia.

– Anna Bartosińska





Zdjęcie główne: Czarny Roman na Krakowskim Przedmieściu. Fot. zrzut ekranu z Youtube/ Niepewne Sytuacje
Zobacz więcej
Cywilizacja Najnowsze wydanie
O każdym szczególe meczu polskiej ligi najpierw dowiadują się...
Podczas każdego meczu Ekstraklasy pracuje trzech operatorów. Jeden ma specjalny „pad”, jak do konsoli Playstation i oznacza piłkę. Pilnuje jej posiadania i tego, czy piłka jest w grze, czy poza grą.
Cywilizacja Poprzednie wydanie
Biskupi powinni donosić do organów ścigania na księży pedofilów
Już św. Pius V duchownych winnych homoseksualnych występków nakazywał przekazywać władzom świeckim, by te ich osądziły i ukarały.
Cywilizacja Poprzednie wydanie
AIDS nadchodzi ze Wschodu
Agencja ONZ ostrzega, że narażona jest cała populacja Rosji.
Cywilizacja Poprzednie wydanie
Koniec glutenowej rewolucji?
Wieszanie na glutenie wszystkich możliwych psów było rodzajem skandalu, na którym różni sprytni producenci żywności zarobili mnóstwo pieniędzy.
Cywilizacja wydanie 30.11.2018 – 7.12.2018
Kto płaci za konwoje imigrantów forsujących granice USA?
Ostatnia „karawana uchodźców” przyprowadziła do Meksyku 10 tysięcy ludzi. Akcję, tuż przed wyborami do Kongresu USA, przeprowadzono sprawnie i szybko, a jej koszt mógł przekroczyć 20 milionów dolarów.