Rozmowy

Nie muszę uciekać przed śmiercią

– Mamy wyjątkowy, narodowy talent, by w najlepszym momencie wysadzić coś w powietrze, przegapić dobry moment i potem narzekać, że nie wyszło. Po prostu jesteśmy mniej zadowoleni niż inni – mówi portalowi tygodnik.tvp.pl pisarz Zygmunt Miłoszewski.

Właśnie ukazała się jego nowa powieść pt. „Jak zawsze”. To komedia ironiczno-romantyczna o parze, która dostała szansę ponownego przeżycia swej miłości. I o narodzie, któremu dano szansę ponownego przeżycia swej historii.

TYGODNIK.TVP.PL: Literacka podróż w lata sześćdziesiąte XX wieku wymagała wiele zachodu?

ZYGMUNT MIŁOSZEWSKI:
Długo szykowałem się do napisania tej powieści, do przedstawienia rzeczywistości w alternatywnej Polsce, gdy naszymi sojusznikami są Francuzi, a nie Sowieci. Byłem obstawiony książkami i pismami z lat sześćdziesiątych, prawie ogołociłem zaprzyjaźniony antykwariat. Oglądałem dużo filmów z tamtych czasów, żeby nasiąknąć codziennością, złapać klimat, zapach, dowiedzieć się, co wtedy ludzie jedli i pili.

Tak trafił pan np. na krem sułtański, przysmak dawnych kawiarni?

Krem sułtański pamiętam z Horteksu i chyba chętnie bym go spróbował – a nawet nie wiem, czy gdzieś to jeszcze podają. Sporo dowiedziałem się od moich rodziców, którzy są co prawda młodsi od bohaterów powieści, ale pamiętają lata sześćdziesiąte. Mój ojciec wtedy miał dwadzieścia parę lat, a mama była nastolatką. Wiele z ich wspomnień znalazło się w powieści.

Zaciekawiło mnie, że wtedy nie chodziło się po coś, ale do kogoś. Nie po garnitur, ale do krawca; nie po stanik, ale do gorseciarki itp. Była to cywilizacja nieustającego kontaktu z ludźmi. Nawet przed telewizor nie można było uciec, bo odbiorników było mało i chodziło się do sąsiada, żeby obejrzeć np. „Kobrę”.
ZYGMUNT MIŁOSZEWSKI O TYM, CZY KAŻDY MA DRUGĄ SZANSĘ W ŻYCIU
Co jeszcze było dla tamtych czasów charakterystyczne?

Wszyscy nieustannie palili papierosy. W jednym z filmów z lat 60. widziałem, jak podczas badania palili ginekolog i jego pacjentka; strzepywali popiół do tej samej popielniczki. Ten wszechobecny dym nieustająco irytuje bohaterów, którzy w XXI wieku od niego odwykli.
Zaskakujący jest obraz obyczajowości z początku lat sześćdziesiątych. Kobiety nie były do końca wyemancypowane.

Tak, pozycja kobiety w społeczeństwie – nie tylko w Polsce – diametralnie zmieniła się przez 50 ostatnich lat. Grażyna i Ludwik przenoszą się do czasów przed Michaliną Wisłocką, gdy łechtaczka nie została jeszcze oficjalnie odnaleziona. Główna bohaterka, która w latach sześćdziesiątych uczy w szkole dla dziewcząt, wcale nie jest wojującą feministką, ale ma świadomość kobiety z XXI wieku.

Paradoksalnie, Polska była dość postępowa, widać to w prasie kobiecej z tamtych lat, np. w „Przyjaciółce”. Dziewczyny uczono jednak m.in., żeby w czasie wypełniania „małżeńskich obowiązków” nie ujawniały emocji, bo popsują mężowi wieczór, a jemu coś się od życia należy, bo ciężko pracuje na dom.

Dlaczego tak ważną rolę odgrywa w pana książce Francja? Osobista sympatia? Często pan tam jeździ i dostaje literackie nagrody.

Mój stosunek do Francji ewoluował. Najpierw był neutralny. W szkole uczyłem się francuskiego, pojechałem raz czy dwa do Paryża. Gdy moje książki stały się popularne we Francji, zacząłem tam jeździć na spotkania z czytelnikami i festiwale literackie. Cały czas odkrywam ten kraj i można powiedzieć, że jestem frankofilem neofitą.

„Francja jako sojusznik Polski wydawała się naturalna. Mało kto wie, że generał Charles de Gaulle mieszkał przed wojną w Polsce, walczył w bitwie warszawskiej, został ranny i dostał order Virtuti Militari”

Głębia francuskiej cywilizacji jest ogromna. Czuję zazdrość, jeśli chodzi o jej nieprzerwane trwanie. Nasza historia inaczej się ułożyła. Ciągle coś zaczynamy od nowa.

Poza tym, o czym już chyba zaczynamy zapominać, przez długie lata punktem odniesienia dla polskiej kultury była właśnie Francja. Wystarczy zajrzeć np. do „Pana Tadeusza”, przecież oni tam czekają na Napoleona jak na zbawienie. Potem mamy wielką emigrację.

Francuski kierunek był ważny także po wojnie, o czym świadczą m.in. „Kultura Paryska”, kariery Krzysztofa Kieślowskiego, Agnieszki Holland. A ponieważ chciałem umieścić Polskę po dobrej stronie żelaznej kultury, właściwie nie miałem wyboru. Niemcy na sojusznika się nie nadawały po koszmarze okupacji, Związek Radziecki jak wyżej.
II wojna światowa, około roku 1942. Portret generała Charlesa de Gaulle'a, późniejszego pierwszego prezydenta V Republiki od 1959 do 1969 r. (fot. Wikimedia/Office of War Information)
Francja wydawała się więc w pełni naturalna. Mało kto wie, że generał Charles de Gaulle mieszkał przed wojną w Polsce, walczył w bitwie warszawskiej, został ranny i dostał order Virtuti Militari.

Podróże w czasie nie zmieniają jednak poziomu frustracji, którą czują bohaterowie i ludzie ich otaczający.

Mamy wyjątkowy, narodowy talent, by w najlepszym momencie wysadzić coś w powietrze, przegapić dobry moment i potem narzekać, że nie wyszło. Po prostu jesteśmy mniej zadowoleni niż inni. Dumą napawa mnie uparte trwanie narodu polskiego, mało kto ma tak wielkie powody do dumy, a jednak elementem naszej zbiorowej psychiki jest skłonność do frustracji i niespełnienia – może dlatego, że zawsze chcemy więcej?

„Eugeniusz Kwiatkowski był mężem stanu. To patriota z mojej bajki, przedwojenny intelektualista, pracował u podstaw, budował. Taka jest zresztą moja definicja patriotyzmu – nie krew przelana, ale praca, kultura, edukacja”

Dlatego daje pan szansę na polityczną karierę inżynierowi Eugeniuszowi Kwiatkowskiemu, który przed wojną był wicepremierem i zbudował Gdynię.

Gdy Grażyna i Ludwik budzą się w latach sześćdziesiątych, prezydentem Polski przez drugą kadencję jest Eugeniusz Kwiatkowski. Chciałem, żeby Polska miała te same granice, co teraz. Po przeanalizowaniu powojennych wydarzeń doszedłem do wniosku, że jedyny czas, gdy mogło dojść do zmiany, to był okres tuż powojenny, Stalin nie miał jeszcze wtedy bomby atomowej. Prezydentem mógł oczywiście wtedy zostać tylko prawdziwy polityk, mąż opatrzności. Nikt mi nie pasował. Nie chciałem ani żadnego sanacyjnego wojskowego, skompromitowanego wrześniem 1939 r., ani przedwojennego arystokraty.

W końcu znajomy nauczyciel z Olsztyna pokazał mi zdjęcie, na którym był nagrobek z napisem: „Eugeniusz Kwiatkowski – mąż stanu”. Zapewnił mnie, że ten napis wyjątkowo oddaje prawdę, bo Kwiatkowski faktycznie był mężem stanu. Zacząłem o nim czytać i zorientowałem się, że to patriota z mojej bajki, przedwojenny intelektualista, ktoś, kto pracował u podstaw, budował. Taka jest zresztą moja definicja patriotyzmu – nie krew przelana, ale praca. Praca, kultura, edukacja. Gdyby nie to, nie byłoby ani komu, ani dla kogo krwi przelewać.
Eugeniusz Kwiatkowski przed 1931 rokiem i grób wicepremiera II RP na Cmentarzu Rakowickim w Krakowie (fot. Wikimedia/Radosław Drożdżewski)
W alternatywnej rzeczywistości umieścił pan kilka postaci z historii współczesnej, ale w dość zaskakujących rolach…

Tak, nie chcę zdradzać za dużo, ale faktycznie mogłem się zabawić w szukanie nowych ról dla znanych postaci. Bo oni by zostali, przecież większość ludzi, którzy rządzili po wojnie, to nie byli kosmici z planety Komunizja, ani desant z Moskwy – tylko po prosty my, Polacy. Ciekawiło mnie, jakby się odnaleźli w alternatywnej rzeczywistości.

„Jak zawsze” jest jednocześnie ćwiczeniem z pamięci narodowej i prywatnej. Czy doceniamy to, co mamy? Czy wykorzystujemy nasz potencjał?

Historia Grażyny i Ludwika jest najważniejsza. Akcja zaczyna się, gdy świętują okrągłą, pięćdziesiątą rocznicę swojego pierwszego bzykanka, bo seks jest dla nich bardzo ważny. Są osiemdziesięciolatkami, którzy już właściwie żegnają się ze sobą, czują bliskość śmierci. Rano budzą się w młodych, pięknych i silnych ciałach. Zachowują przy tym całą pamięć i wiedzę. Zaczynają więc ćwiczenia pod hasłem: co by było, gdyby młodość wiedziała, a starość mogła.

Radzę każdemu, by się zastanowił, co by zrobił, gdyby los dał mu szansę na rozpoczęcie wszystkiego od nowa.
Rozmowa z Alicją – Zygmunt Miłoszewski
Pan o tym myślał?

Oczywiście. Ale ja nie muszę, tak jak moi bohaterowie, uciekać przed śmiercią. Jestem na to zbyt młody. Lubię moje życie. Trudno byłoby mi jeszcze raz dochodzić do momentu, w którym teraz jestem. Na pewno nie zostałbym pisarzem, bo groziłoby to obłędem. Miałbym do wyboru, albo napisać jeszcze raz te same książki, co jest niemożliwe, albo pisałbym coś innego i frustrował się okropnie.

Po trylogii z prokuratorem Szackim mówił pan, że ma dość mrocznego świata kryminału. Ta powieść była w pewnym sensie odpoczynkiem?

Z tym odpoczynkiem to bez przesady, dwa lata ciężkiej pracy mnie ta powieść kosztowała. Ale mimo trudności, jednak poczułem ulgę, odrywając się od tradycyjnych motywów powieści kryminalnej i teraz – kiedy pomału opada kurz bitewny – też myśli mi uciekają raczej w stronę innych gatunków. Może wrócę do kryminału, jeśli wpadnę na jakiś naprawdę rewolucyjny pomysł, na miarę książek Pierre’a Lemaitre’a.

Teraz będzie pan odpoczywał, czy zabierze się za kolejną książkę?

Przez pół roku nie napiszę nawet SMS-a. Zamierzam się komunikować jak Zog z książki Vonneguta – pięrdnięciami i stepowaniem.

– rozmawiała Beata Zatońska
Zygmunt Miłoszewski – pisarz i publicysta, współautor scenariuszy filmowych i telewizyjnych, laureat Paszportu „Polityki” (2014). Autor trylogii kryminalnej o prokuratorze Teodorze Szackim – „Uwikłanie”, „Ziarno prawdy” i „Gniew” (dwie pierwsze zostały zekranizowane; dostał za nie Nagrody Wielkiego Kalibru). Napisał też m.in. powieści „Domofon” i „Bezcenny”.
Zdjęcie główne: Zygmunt Miłoszewski (fot. Dominika Kocner)
Zobacz więcej
Rozmowy Najnowsze wydanie
Polacy mieli mózgi sprane przez telewizję rosyjską
Moja gazeta przyjęła jednoznaczną pozycję krytyczną wobec tego, co Rosjanie robili na Ukrainie – mówi redaktor naczelny „Kuriera Wileńskiego”
Rozmowy Najnowsze wydanie
Dla Niemców początek wojny to wciąż 22 czerwca 1941
Wolfgang Templin: W NRD nastąpiło zbiorowe rozgrzeszenie z nazistowskiej przeszłości. Tyle, że rozgrzeszano tylko tych, którzy uznali komunistyczną wykładnię dziejów.
Rozmowy Najnowsze wydanie
Do katastrofy elektrowni atomowej dojść już nie może
Barierą w rozwoju odnawialnych źródeł energii jest brak technologii jej magazynowania – mówi dyrektor Instytutu Chemii i Techniki Jądrowej.
Rozmowy wydanie 30.08.2019 – 6.09.2019
Dostałem gryps z więzienia od Moczulskiego, żebym dał się złapać
Prokurator straszył, że to co robię to obalanie ustroju przemocą i grozi mi kara śmierci – Romuald Szeremietiew wspomina powstanie Konfederacji Polski Niepodległej.
Rozmowy wydanie 30.08.2019 – 6.09.2019
Nie chce mi się wierzyć, że „dobrzy chłopcy” służyli diabłu
Janosik zbójował jedynie półtora roku, raczej nigdy nie stanął na polskiej ziemi. Miał zaledwie 25 lat, jak został powieszony na haku. Nie była to jednak znacząca postać w porównaniu do harnasiów działających na naszym terenie.