Felietony

Żurnaliści na łódce Charona

Ze złośliwą satysfakcją słucham hiobowych wieści o padających gazetach i o zwolnieniach w mediach. Bo niby czym zasłużyliśmy sobie na nieśmiertelność? Co zrobiliśmy, żeby ludzie potrzebowali naszego słowa jak chleba?

Maria Wiernikowska 20 lat temu otrzymała nagrodę Wiktora (fot. PAP/Jan Bogacz)
– Zmarznięte…– mruknęłam pod nosem zanurzając ręce w skrzynię z malutkimi ciemnozielonymi pomidorami.

– Trzeba wybierać. Nawet jak co drugi jest zgniły, to i tak się opłaca: po dwa złote! – odparł pan, który grzebał obok. – A jak się ma reporterskiego nosa… – łypnął w moją stronę z szelmowskim uśmiechem.

Dopadła mnie dziennikarska sława nawet na Banacha. Dotąd omijałam z daleka ten bazar, pomstując na nieprzerwaną rzeką emerytów na pasach, gdy skręcałam w Grójecką. Niestrudzeni łowcy okazji. Nie wiem, co mnie tam przygnało, ciągle jeszcze samochodem, ale już przy skrzyni z przecenionymi pomidorkami.
„Dziennikarki na traktory, dziennikarze do fabryk i hut!”
Z dziwną satysfakcją przeżuwam smakowitą grubą skórkę tych, które przetrwały drogę do domu. Już od jakiegoś czasu kupuję produkty last minute, wykładane w pobliskich delikatesach do specjalnego kosza w dniu, kiedy kończy się ich ważność. Wszystko za pół ceny. Zresztą zawsze ubierałam się w ciuchlandach, bo nie znosiłam wywalania pieniędzy na modne fatałaszki. Nawet jak pieniądze miałam. Teraz liczę, czy zmieściłam się w dniówce.

Redaktor jak Charon

Zatrudniłam się właśnie w domu starców jako „terapeuta zajęciowy” i kierowca, na pół etatu, 1100 złotych. Pan Krzysio, konserwator, podając mi kluczyki do starego opla zapytał rozbawiony:

– Nie lepiej było pracować w telewizji?

Po dziesięciu dniach na nowym stanowisku dochodzę do wniosku, że ta praca właściwie niczym się nie różni, tylko w telewizji zarabiałam piętnaście razy więcej. Wciąż odkrywam nowych ludzi i ich historie, uśmiecham się do nich, zadaję pytania, notuję w myślach.

Mam pomysł, żeby zrobić ze staruszkami gazetę. Gazetę – marzenie, bez reklam kleju do protez, środków na potencję i na wzdęcia – dość jest tego w prawdziwych mediach. Będzie o miłości, ideach i przyszłości. Z przeszłości co najwyżej o wczorajszej pogodzie. Najważniejsze, że nasza gazeta będzie komuś potrzebna, znaczy samym autorom. Przynajmniej bez udawania jakiejś misji.
Tak napisałam redaktorowi naczelnemu gazety, która ostatnio brała moje teksty. Kiedy w ostatnim miesiącu zapłacili mi za dwa artykuły 318 zł (dorzucili jeszcze 242, gdy zrobiłam wielkie oczy), powiedziałam szczerze, że muszę zmienić zawód. Wygląda na to, że nastały takie czasy jak w XIX-wiecznej Łodzi, gdzie robotnicy stoją pod bramą i przez płot błagają o pracę za pięć groszy. Skóra mi cierpnie na myśl, co gotowa jest zrobić/napisać młodzież dziennikarska, żeby przy takich stawkach zarobić na życie. Czuję, że my, dorośli dziennikarze, nie powinniśmy w tym brać udziału.

Naczelny odpisał, że smutno mu czytać takie listy i że czuje się jak Charon, który przewozi pasażerów w jedną tylko stronę.

Misie z okienka

Cóż, jesteśmy na jednej łódce, z tą różnicą, że mnie to w ogóle nie smuci. Ze złośliwą satysfakcją słucham hiobowych wieści o padających gazetach i o zwolnieniach w mediach (mnie szurnęli z telewizji parę lat wcześniej władcy Zielonej Wyspy, gdy pokazałam Polskę za bardzo szczerbatą). Bo niby czym zasłużyliśmy sobie na nieśmiertelność? Co zrobiliśmy, żeby ludzie potrzebowali naszego słowa jak chleba? Żeby nie patrzyli na media jak na część klasy panującej (dziś się na to mówi establishment), której pokazują kciuk opuszczony w dół?

Możemy obrażać się na tłuszczę żądną igrzysk (niektórzy dziennikarze jeszcze się załapują w tym gatunku). Możemy pomstować na nowe technologie, które pozwalają, by gazety pisały się same, tak jak same się robią telewizje, przez komórki w rękach amatorów. Ale udając obiektywizm za pieniądze medialnych koncernów i reklamodawców, staliśmy się sprzedawcami reklam. Misiami z okienka. Tylko Miś życzył dzieciom dobrej nocy, a dziennikarze życzą złej. Bo tylko taka się dobrze sprzeda. Do czasu, jak się okazuje.

Już nasi właściciele zwietrzyli, że żurnaliści przestali się opłacać. I od tej opłacalności zależy kolejność wsiadania na łódkę.
15.12.2013
Ale, ale… właśnie znów wypływam. „Wypłynęła na powodzi” – rzucił kąśliwie jakiś kolega, gdy 20 lat temu odbierałam Wiktora. Od tamtej pory wiele wody upłynęło w Odrze. Teraz wyrzuciło mnie gdzieś na tyłach nieistniejącej 9-piętrowej „Prezesówki” na Woronicza, która groziła zawaleniem. Między rozpędzoną na cztery wiatry przychodnią lekarską dla pracowników Telewizji, ogrodem różanym z czasów prezesa Szczepańskiego, w którym jeszcze niedawno etatowy ogrodnik pielił grządki na bukiety a magazynem rekwizytów. Szable i skrzydła husarii zawsze się przydadzą, nawet przykurzone.

Komentarze po herbacie

Pamiętam taki film, jedyny film kubański jaki widziałam. Kinematografia Fidela Castro okrutnie kpiła z rodzimej arystokracji, która nie chciała poddać się Rewolucji. W oblężonym, głodującym pałacu, opuszczonym przez służbę, jaśniepaństwo musiało się zabrać do roboty. Nawet leciwa hrabina mogła się do czegoś przydać – ktoś pchał potarganą staruszkę na wózku inwalidzkim przez komnaty, a w jej trzęsących się od Parkinsona dłoniach tkwiła, przywiązana na sztywno, szczotka z piórami, która omiatała kurze.

Tak ja tu będę siedzieć na tyłach telewizji i roztrząsać moje wojny. O Talibów w Klewkach – jeden bohater afery zapuszkowany na 28 lat, drugi zniknął, a trzeci się powiesił. Nasi chłopcy prawie wszyscy wrócili żywi z Iraku i z Afganistanu, państwo polskie płaci karę za więzienie CIA na Mazurach i wciąż nie wiadomo, gdzie się podział karton dolarów, przywieziony w podzięce z USA. No i jeszcze mamy pod Żaganiem amerykańskich żołnierzy, którzy pilnują niemieckiej granicy.

Inne fronty, które rozpoznawałam bojem: Kurdowie uratowali świat przed Państwem Islamskim, ale ich nikt już nie uratował. W dzień po inwazji wojsk irackich na kurdyjskie miasta, w Warszawie bawił prezydent z Bagdadu.
Rosjanie połknęli Czeczenię i Krym (chwała Bogu chociaż tam bez jednego strzału, choć mówić o tym nie wypada, żeby nie urazić ukraińskich przyjaciół).

Ktoś połknął Jugosławię i wypluł resztki w postaci Kosowa, czy kulawej Serbii, którą z jakiegoś powodu na koniec trzeba było zbombardować. Ktoś to rozumie? Ktoś pamięta? W Korei Północnej nie pójdzie tak łatwo, a jeśli, to gorzej się skończy. Komentarze publicystów już będą po herbacie.

Co by tu jeszcze? Żeby jakoś radośniej o słusznej walce dziennikarza na froncie prawdy. Może FOZZ albo afera Rywina? Zwrot majątków? Prywatyzacje? Kredyty we frankach? Tyle spraw do odkurzenia… Tylko machać, machać…

Aha, a z tego domu seniora już mnie też szurnęli, ale o tym następnym razem.

– Maria Wiernikowska
Zdjęcie główne: Zapomniane narzędzie pracy dziennikarzy - maszyna do pisania. Fot. Pixabay
Zobacz więcej
Felietony Najnowsze wydanie
Nawalny to żaden liberał
Polak, który powiedziałby to co on, byłby uznany za „ruskiego agenta”.
Felietony Najnowsze wydanie
Umiał się wczuć w emocje złodziei. Hojnie go za to obdarowali
Był skłopotany i wtedy panowie powiedzieli: – Prosimy, niech się pan nie przeraża. Te rzeczy są kradzione, ale w Berlinie.
Felietony Najnowsze wydanie
Celebrował trzy czynności: rozmowę, rysowanie i parzenie herbaty
Mieszał gatunki, zieloną i czarną, wyparzał czajniczki. Znał niesłychaną liczbę języków. A pół pokoju poza rysunkami to były książki.
Felietony Najnowsze wydanie
Pytania
Komentarze Piotra Młodożeńca w Tygodniku TVP.
Felietony Najnowsze wydanie
Do wytępienia
Satyra Andrzeja Krauzego w Tygodniku TVP.