Historia

Wasyl, mieszaniec

Życie Wasyla na Mazurach nie było łatwe. Na początku tęsknił. Do rodzinnej wioski. Do tamtych lasów na Lubelszczyźnie. Ale młodość ma swoje prawa i dość szybko przyzwyczaili się do nowej małej ojczyzny, by po latach powiedzieć, że w sumie było im w niej lepiej niż w dawnej.

Na chrzcie w 1929 roku rodzice Maria i Dymitr dali mu imię Bazyl. W dowodzie, a potem w kenkarcie też tak było. Ale po wojnie, a dokładnie po 1947 roku, sporo się zmieniło. I nie tylko dlatego, że wieś Rzeczyca, w której się urodził, weszła w skład powiatu Tomaszów Lubelski. Przed wojną w gminie Tarnoszyn, do której należała Rzeczyca, jak i w całym województwie lwowskim, mieszkało wielu Ukraińców. W jego okolicy byli większością. Ale wkrótce miało się to zmienić. Tak jak i jego imię. Z Bazylego został Wasylem. Imię już mniej ukraińskie, a bardziej rosyjskie. Przez to dla nowej władzy mniej podejrzane.

Całą wojnę było spokojnie

Jak na swoje niemal 90 lat i to, co przeszedł, wygląda krzepko. Wasyla zastaję na podwórku jego niewielkiego gospodarstwa w mazurskich Dajnach, które od Asun dzieli tylko kilka kilometrów… Niechętnie zgadza się na rozmowę, tłumacząc się tym, że jest zajęty. Przed zimą trzeba przecież zrobić przegląd zarówno wszystkich maszyn rolniczych, jak i budynków gospodarskich. A już na pewno dachów. Nie może być żadnej dziury. A te przy tak silnych wiatrach, jakie wieją na północy Polski, i starych, ledwo trzymających się krokwi jeszcze poniemieckich dachówkach, robią się wyjątkowo często.
Wasyl Kuleszka w swoim gospodarstwie (fot. Krzysztof Ziemiec)

Wciąż niezabliźniona rana. 70. rocznica akcji „Wisła”

W ramach operacji deportowano 140 tys. polskich obywateli narodowości ukraińskiej.

zobacz więcej
Do środka domu Wasyl nie zaprasza. Ja sam też nie nalegam. Siadamy na drewnianej ławce przyklejonej do bocznej ściany przeszklonego ganku. Sam mówić nie chce. Muszę bardzo się starać, żeby coś z niego wydusić. Zaskakuje mnie tym, że wojny wcale źle do dziś nie wspomina. Niemcy dali im jakoś żyć. Front ominął ich okolice. Było spokojnie, więc okupację przetrwała cała rodzina.

Znacznie gorzej, z punktu widzenia młodego człowieka, którym był w 1945 roku 16–letni wówczas Bazyl, było po wojnie. To wtedy ich rodzina przekonała się, czym są – bandy, napady i rabunki.

– Jakie bandy? Kto to był? – dopytuję.

– Jak to, jakie? – dziwi się. – I ukraińskie, i polskie. Rozmaicie było. Z początku przeważnie tylko rabowali. Pieniądze, jedzenie, zwierzęta.

Ale stopniowo życie stawało się coraz trudniejsze. Mówi, że bandyci zaczęli z zemsty za to, że gospodarz nie chciał dobrowolnie podzielić się dobytkiem, nawet podkładać ogień. I cerkiew spalili, i część wioski spalili. Wcześniej było spokojnie. Obok siebie żyli i Ukraińcy, i Polacy. – Bez kłopotów sobie żyli. Żenili się. – Gospodarzowi rozjaśnia się twarz na wspomnienie dawnych czasów. – Nie było żadnej różnicy, nie było widać, czy to był Polak, czy Ukrainiec. Gorzej zrobiło się pod koniec Niemców. Tak od końca 1943 roku i początku 1944. Kiedy na wsi ludzie zaczęli mówić, że będzie koniec wojny i że Rosjanie idą w naszą stronę. To wówczas to się zaczęło.

– Z której strony było bardziej niebezpiecznie? – dopytuję.

– My czuliśmy niebezpieczeństwo ze strony Polaków, a oni ze strony naszych…

– A kto to był? Partyzanci? UPA? Armia Krajowa?

– A czy ja wiem, panie, co to było? – ożywia się Wasyl. – Czy to AK, czy coś innego. Nie mam pojęcia, co to było z polskiej strony. U nas mówili „banda”, więcej nic. Jedna banda i druga banda. Z początku przychodzili i rabowali, ale nie zabijali. Ale już w 1944, jak kogo napadli, to i zabili.

– Ale kto zabijał, polskie grupy czy ukraińskie?!

– I te, i te. Jednakowo. Czy ja wiem, czemu zabijali, co im przeszkadzało. Nie mam pojęcia. I tak było cały czas po wojnie. Dopóki nas nie wysiedlili. Do akcji Wisła, mimo że już było po wojnie, to właściwie żyliśmy w niepokoju.

Przymusowa podróż

Żołnierze do wsi wjechali dokładnie 17 czerwca 1947 roku. Wasyl nie znał żadnego z nich. Był za młody. Ale i nie było czasu na zastanawianie się, kto to jest. Otoczyli całą wieś. Potem zebrali wszystkich w jednym miejscu i ogłosili, że będzie przesiedlenie. Każdej rodzinie dali dwie godziny, żeby się zebrać. Każda chałupa dostała dodatkowo jeszcze mały wóz do konia, żeby się zapakować. I wio…

– Czy dużo ich było? – dopytuję. – Czy pomagał sołtys? Skąd wiedzieliście, kogo mają zabierać?
– Miejscowych nie było. A skąd wiedzieliśmy? U nas niemal wszyscy to były ukraińskie rodziny. Może z pięć polskich rodzin tylko. Oni zostali. Tak jak w pobliskim Dębnie, w którym byli sami Polacy. Nas zapakowali. Z matką była nas trójka. Siostra, matka i ja. Ojca nie było. Zmarł w ’44, nie doczekał końca wojny.

I tak skuleni, przestraszeni zaczęli przymusową podróż. Wszyscy, cała wieś, jechali do stacji kolejowej w Uhnowie. Ale on nie dojechał. Płaczące matkę i siostrę ostatecznie załadowali do wagonu i przywieźli na Mazury. On został aresztowany. Zaraz za wioską zatrzymali wszystkie furmanki. Wiedzieli, kogo brać. Byli to przede wszystkim mężczyźni w sile wieku, czyli tacy, którzy mogli ewentualnie współpracować z ukrywającymi się w lesie bandami UPA. Wszyscy byli na specjalnych listach. A dlaczego on? Miał przecież dopiero 17 lat.

– Może im się nie spodobałem – rozważa po latach. – Ale przeważnie to niewinni ludzie byli. Nie wiem, dlaczego to robili. Po co? Na co? A może ktoś coś im nagadał o mnie? – snuje po krótkiej przerwie na papierosa domysły. – Ale co o mnie mogli powiedzieć?

Słucham w milczeniu, kiwając głową i nie mając nawet szans na weryfikację zapewnień mojego bohatera. Wtedy w 1947 powody zatrzymania dla niego samego nie miały już wówczas znaczenia. Bo i tak wyrok został wydany. Wszystkich aresztowanych załadowali na ciężarówki i zawieźli do Tomaszowa na UB. Tam ich nie bito, tylko przesłuchano. Pytali o współpracę z UPA. Po przesłuchaniach z Tomaszowa trafił do obozu w Jaworznie. Był to obóz niemal natychmiast przejęty przez NKWD od Niemców, zaraz po ich wycofaniu z terenów Polski, i od razu przystosowany dla nowych osadzonych. Tym razem potencjalnych wrogów nowego systemu. Miejsce więźniów wojennych zajęli Niemcy, Ślązacy, Polacy i właśnie Ukraińcy. Byli tam i grekokatolicy, i prawosławni. Niektórzy nie dożyli momentu uwolnienia.

Jednak nie był to już klasyczny obóz koncentracyjny, a „tylko” obóz ciężkiej pracy, tzw. Centralny Obóz Pracy, w którym swój znęcał się nad swoim. Tam Wasyl posiedział siedem miesięcy.

Z dziada pradziada się w Polsce mieszkało. Ja to Ukrainy nawet na oczy nie widziałem, nie byłem tam nigdy. I już mnie tam nie ciągnie. Tu jestem urodzony, tu przyzwyczajony. I dobrze mi tam, gdzie jestem. Nie narzekam.

– Wasyl Kuleszka, Dajny

Dwa krzyże - symbol losów wypędzonych w Akcji „Wisła” Łemków, Bojków, Ukraińców (fot. Krzysztof Ziemiec)
Centralny Obóz Pracy w Jaworznie to jedno z najbardziej traumatycznych wspomnień całej ukraińskiej społeczności z powojennego okresu. Przez obóz przeszło w sumie 3873 więźniów, w tym 823 kobiet i nieletnich. 162 osoby zmarły w obozie. Ile zmarło już po wyjściu w następstwie tortur, tego już nie dowiemy się nigdy. Obóz w Jaworznie komuniści utworzyli w lutym 1945 roku na terenie niemieckiego podobozu KL Auschwitz-Birkenau. Na jego terenie stało z 14 znanych z Auschwitz baraków. Wiosną 1947 stworzono tam podobóz dla Ukraińców, oddzielony od głównej części drutem kolczastym. Ukraińcy do obozu trafili na podstawie decyzji BP KC PPR z 23 kwietnia 1947 roku. Były to osoby podejrzewane o współpracę bądź sympatyzowanie z UPA.

Polska-Ukraina: dokument o pojednaniu

Twórcy filmu „Wybaczyć wszelkie zło” pokazują unikatowe zdjęcia ze spotkania polskich i ukraińskich partyzantów.

zobacz więcej
Trafiali tam prawie wyłącznie cywile. Członków UPA sądziły w tym czasie wojskowe sądy polowe. Do obozu wysyłani byli ukraińscy inteligenci, księża i chłopi. Później do Jaworzna trafiali też Ukraińcy, którzy po wywiezieniu próbowali powrócić w rodzinne strony, co było nielegalne. Pierwszy transport z więźniami dotarł do Jaworzna 4 maja 1947 z Sanoka. Ostatnimi więźniami, których przywieziono do obozu 22 maja 1948 było 112 żołnierzy UPA z sotni Włodzimierza Szczygielskiego „Burłaki”, którzy wpadli w Czechosłowacji podczas przedzierania się na zachód. Od wiosny 1948 roku stopniowo zaczęto zwalniać więźniów.

Choć cały czas przebywali w nim jeszcze byli żołnierze AK. Oficjalnie podobóz dla Ukraińców zlikwidowano 8 stycznia 1949. Potem obóz w Jaworznie przekształcono w ośrodek pracy przymusowej dla młodocianych więźniów. Zamknięto go latem 1956 roku. Przez cały okres „działalności” teren obozu otoczony był podłączonymi do prądu drutami. Załoga składała się z żołnierzy Korpusu Bezpieczeństwa Wewnętrznego.

– Torturowali? – pytam.

– No trochę… Raczej nie głaskali. Różnie było. Na sali bili, na przesłuchaniach bili, na śledztwach bili. Przeważnie pytali o UPA. Ale co ja mogłem wiedzieć?! – denerwuje się Wasyl. – Kogo ja tam znałem? Nic nie wiedziałem, to nic nie powiedziałem. Bili i mówili: „Powiedz”. A co ja miałem powiedzieć, jak nic nie wiedziałem.

– Ale coś pan widział – nie ustępuję. – Przecież przychodziły bandy do wsi. Sam pan to powiedział. Znał pan tych ludzi czy nie?

– Nie znałem nikogo.

– Nie było tam u nich żadnego chłopaka ze wsi?

– U nas nie było.

– A mama nikogo tam z nich nie dokarmiała?

– A skąd – stanowczo zapewnia.
Medal za pobyt w Jaworznie (fot. Krzysztof Ziemiec)
W Jaworznie

Kiedy wieźli ich do Jaworzna, nie wiedział do końca, dokąd jadą. Ubecy nic nie mówili, ale straszyli. Byli wulgarni. Dlatego się bał. Już na miejscu okazało się, że na szczęście nikogo nie będą mordować. Ale karmili ich tak źle, a praca była ciężka, że ludzie nawet z głodu umierali. Warunki takie jak w więzieniu.

Zdziwił się, że oprócz nich byli tam też Niemcy, a i Polaków nie brakowało. Przede wszystkim byli to żołnierze podziemia. Akowcy. Powstańcy.

Chcę wejść w głowy moich bohaterów

– To był zdruzgotany świat, gdzie nastąpił kryzys moralny, znikły wartości – mówi Dominik Rutkowski, autor powieści „Pozostał gniew”, której akcja rozgrywa się na Pomorzu Zachodnim w kwietniu 1945 r.

zobacz więcej
On nikogo poza swoimi nie znał. Dla młodego chłopaka z małej wsi świat zaczynał i kończył się właściwie na jej rogatkach. Jednak w obozie nikogo ze wsi nie spotkał, mimo że z jego wioski razem z nim przyjechało ze 30 mężczyzn.

Najgorzej było w trakcie śledztwa. Śledczy uderzali czasem pięścią, ale częściej pałką lub zwykłym kawałkiem kija. Nikt się tam nie cackał. Młody Bazyli słyszał, że niektórych trzymano w wodzie, a nawet porażano prądem. Jednym słowem metody zaczerpnięte z instrukcji Gestapo i NKWD. Dla niego byli mniej okrutni. W jego przypadku takie „śledztwo” trwało „tylko” kilkadziesiąt minut, a nie godzin.

– Mimo że nic nie wiedziałem, to i tak za każdym razem dostałem dziesięć pał i dopiero mogłem wrócić na salę.

Kiedy dopytuję, czy kontakty z UPA mogli mieć jego rodzice albo rodzice kolegów, też stanowczo zaprzecza. Choć wojskowi w obozie byli przekonani, że było inaczej. A zresztą nawet, jeśli ktoś by miał takie kontakty, i tak nikomu by o tym nie powiedział. Za dużo wiosek w Bieszczadach poszło za to z dymem. Kiedy przychodził do wsi emisariusz od ukraińskich „leśnych” z UPA i mówił: „Za godzinę przygotujcie kolację dla trzydziestu osób”. No i jak któryś odmówił, to mógł być pewny zemsty, a czasem mogła za to kogoś czekać nawet kara śmierci. Dlatego większość ze strachu szykowała posiłek z tego, co było pod ręką – jajecznicę, ziemniaki, jakąś zupę. W niektórych wsiach trwało to nawet ponad rok.
Akcja „Wisła”
Dlatego ludzie swoje wiedzieli. I na przesłuchaniach milczeli. Choć w Jaworznie po takich torturach zaczynali „mówić” o UPA nawet ci, którzy ich na oczy nie widzieli.

On na takim przesłuchaniu był może z osiem razy. Ale pamięta je do dziś. Takie „rozmowy” prowadzili żołnierze. Polscy, nie sowieccy. Młodzi. Oficerowie. Niektórzy w jego wieku. A już tak brutalni.

Więźniowie mieszkali w barakach. Spali na drewnianych trzypiętrowych pryczach, tych samych jeszcze od wojny. I tak jak wtedy, kobiety były osobno, mężczyźni osobno. Nawet starych od młodych rozdzielili. Porządku pilnował kapo.

Większość jego w pełni sił rówieśników pracowała w pobliskiej kopalni. Pod ziemią. On dostał przydział na stacji PKP. Roznosili przywieziony koleją piach. O ucieczce nawet nie pomyślał.

– A gdzie ja bym uciekał? Jak ja nie wiedziałem, gdzie matka, gdzie ojciec, gdzie siostra.

Ale też i dlatego, że czuł przez skórę, że do końca życia tak nie będzie. Że kiedyś ich pozwalniają. I ten czas przyszedł. Zaczynali zwalniać. Jeden wyszedł w styczniu, drugi w lutym, kolejny w marcu. Jego wypuścili w styczniu. Po 7 miesiącach niewoli. Od czerwca 1947 roku do stycznia 1948 roku.
Brzoza, cerkiew stworzona w dawnym średniowiecznym kościele (fot. Krzysztof Ziemiec)
Wyszedł i nie wiedział, co ma ze sobą zrobić. Nie znał adresu ani nawet miejsca, w którym mogła znajdować się rodzina i bliscy. Słyszał tylko, że trzeba jechać na północ. Na Mazury. Trafił do Olsztyna, do którego przywiozło go wojsko. Zresztą nie tylko jego. Z różnych miejsc zwozili tam Ukraińców. Z Jaworzna przyjechało tam wówczas siedmiu. Z Olsztyna zawieźli ich potem do Kętrzyna i tam zostawili. Stamtąd już na piechotę szedł do Barcian. W Barcianach na poczcie zapytał o adres matki. Kiedy go zobaczyła, płakała jak dziecko. Cały czas miała nadzieję, że się spotkają, ale wiadomo, że w tamtych czasach różnie bywało.

Mazury

Życie na Mazurach nie było łatwe. Na początku tęsknił. Do rodzinnej wioski. Do tamtych lasów. Ale młodość ma swoje prawa i dość szybko przyzwyczaili się do nowej małej ojczyzny, by po latach powiedzieć, że w sumie było im w niej lepiej niż w dawnej.

Czy ma do kogoś żal? Stara, pomarszczona twarz Wasyla nie potrafiłaby ukryć emocji. Ludzie ze wschodu są szczerzy.

– Za co miałem mieć? Takie czasy były – odpowiada po namyśle. – Trzeba było jechać tam albo tutaj.

„Nie chodzi o zemstę, ale o pamięć”. Wojtek Smarzowski o „Wołyniu”

– Nigdy nie robiłem filmu, podczas którego tak bardzo dmuchałem na zimne – mówi reżyser.

zobacz więcej
Tam, czyli na Ukrainę. Bo na początku zaraz po wojnie wojskowi chodzili po wsiach i namawiali do przenosin. Nie żałuje, że nie dał się skusić na radzieckie życie. Zresztą i tak wszyscy chcieli zostać. Choć o przenosinach gdziekolwiek, a szczególnie na północ Polski, nawet nie myśleli.

– No bo każdy jeden nie chce się z domu ruszyć! Pan by chciał gdzieś indziej jechać, gdyby miał pan dom? – pyta retorycznie Wasyl.

Nikt się nie chciał stamtąd ruszyć. Często więc robiono to na siłę, niemal zmuszając ich do wyjazdu. Dlatego też gdy ktoś mógł, to podrabiał dokumenty, metrykę, byleby udowodnić pochodzenie. Mama miała metrykę jako Polka i na tej podstawie została po zachodniej stronie Buga.

Przesiedlenie, a szczególnie pobyt w Jaworznie to dla Wasyla wciąż trudny temat. Przez lata nie mógł o tym, co tam było, nikomu głośno powiedzieć. Do teraz mówi oszczędnie. Uważa na słowa, a może raczej ich szuka. Często milczy. Czasem płacze.

Kiedy pytam o Wołyń, o to, czy uważa, że to wszystko mogło być odwetem za mordy na Polakach w latach 1943 i 1944, odpowiada, że przez lata nawet o „tym Wołyniu” nie słyszał.

– Myśli pan, że coś do nas o tym dotarło, że my wiedzieliśmy, że coś tam było na tym Wołyniu? Spokojnie sobie żyliśmy, a potem jedni na drugich zaczęli napadać. Ja bym tam wiedział, co to za Wołyń? Przecież to nie było tak blisko.
Kiedy się żegnamy, pytam jeszcze, jak niemal każdego z moich rozmówców, kim się dziś czuje. Ukraińcem czy Polakiem?

– Mieszańcem – odpowiada bez wahania. – W sumie to z dziada pradziada się w Polsce mieszkało. Ja to Ukrainy nawet na oczy nie widziałem, nie byłem tam nigdy. I już mnie tam nie ciągnie – mówi z przekonaniem. – Tu jestem urodzony, tu przyzwyczajony. I dobrze mi tam, gdzie jestem. Nie narzekam.

– Czy wróciłby pan na Lubelszczyznę?

– Gdyby tak wracali wszyscy, jak byli, to może i tak. Ale sam to bym nie chciał. A zresztą nie byłoby do czego wracać.

Kiedy wygnało ich wojsko, całą jego wieś spalono. Wasyl jest przekonany, że zrobił to któryś z oddziałów UPA.

Fragment książki Krzysztofa Ziemca „Wysiedleni. Akcja »Wisła« 1947”, wydawnictwo Zysk i s-ka, 2017 r.
Mieszkańcy wsi Wasyla zaczęli przymusową podróż na stacji kolejowej w Uhnowie. Ukraińców, Łemków, Bojków z południowo-wchodniej Polski wywożono na zachód, na Mazury i Pomorze. (fot. Krzysztof Ziemiec)
Akcja „Wisła”

Akcja wysiedlania ludności ukraińskiej z południowo-wschodniej Polski rozpoczęła o świcie 28 kwietnia 1947 r. i trwała około trzech miesięcy. W ciągu kilku miesięcy na Ziemie Zachodnie i Północne przymusowo przesiedlono ponad 140 tys. Ukraińców, Łemków, Bojków i Rusinów. .

Operacja wywózki przebiegała zazwyczaj w sposób dość brutalny i bezwzględny. Ludność zmuszana była do opuszczania swoich domów w ciągu 2-3 godz. Wysiedlone wsie rabowano, później często je palono albo zasiedlano nowymi osadnikami, aby wywiezieni już nie mogli tam wrócić.

Bezpośrednim pretekstem dla rozpoczęcia deportacji było zastrzelenie 28 marca 1947 w okolicy Baligrodu wiceministra obrony narodowej w komunistycznym rządzie Karola Świerczewskiego, generała Armii Czerwonej i Ludowego Wojska Polskiego. Władze prowadziły rzekomo wojskową akcję pacyfikacyjną przeciwko Ukraińskiej Powstańczej Armii i Organizacji Ukraińskich Nacjonalistów, jednak wobec zamieszkujących południe Polski Ukraińców zastosowano zbiorową odpowiedzialność i czystki dotknęły ludność cywilną.
Krzysztof Ziemiec „Wysiedleni. Akcja »Wisła« 1947”, wydawnictwo Zysk i s-ka, 2017 r. (fot. tygodnik.tvp.pl
Krzysztof Ziemiec, dziennikarz TVP, autor licznych wywiadów, publikacji prasowych i pozycji książkowych.

W latach 80. jako młody chłopak wielokrotnie wyprawiał się z plecakiem w Bieszczady, gdzie odnajdywał to, czego dziś poszukuje wielu historyków, etnografów i innych zainteresowanych: resztki zburzonych malutkich cerkwi, nadpalone i dawno opuszczone chałupki, leśne zapomniane cmentarze z „innymi” krzyżami i napisem KŁADOWISZCZE.

Od miejscowych i innych podobnych mu górskich łazików dziennikarz dowiadywał się o mieszkających tam przed laty Ukraińcach, Łemkach i Bojkach. Słuchał o tym, co działo się w tej okolicy tuż po wojnie – Akcji „Wisła”, która zmusiła ludność ukraińską albo polską, ale należącą do kościoła prawosławnego, do opuszczenia ich rodzinnej ziemi.

Ziemiec opisuje relacje spotkanych świadków tych wydarzeń, do których docierał nie tylko na terenie południowo wschodniej Polski, ale także na Warmii, Mazurach, Pomorzu, gdzie zostali wysiedleni. Ich wspomnienia po 70 latach są wciąż poruszające.

Autor nie próbuje ani moralizować, ani oceniać politycznie decyzji ówczesnych komunistycznych władz. Jak i motywów którymi kierowali się zarówno oni, jak i walczący tuż po II wojnie z Polakami członkowie UPA. Pokazuje natomiast, jak bardzo skomplikowana była wtedy sytuacja na południu kraju, jak mało istotna dla władz była krzywda niewinnych ludzi, jak bezpowrotnie zniszczono kulturową i etniczną różnorodność tej części Polski. I jak bardzo do dziś ta rana dla wielu jest niezabliźniona.
Zdjęcie główne: Krzysztof Ziemiec (fot. Jan Bogacz TVP)
Zobacz więcej
Historia Najnowsze wydanie
„We the People”. Człowiek, którego głosem przemówił Wałęsa
Zatrzymał się na środku Marienplatzu i zaczął się rozglądać z zadumą. – Wiesz, tylu ludzi się tu kręci, a nie spotkałem ani jednego Murzyna – rzucił.
Historia Poprzednie wydanie
Posełki w pierwszym Sejmie niepodległej Polski
50 parlamentarzystek II RP – nie stały się czarownicami i powychodziły za mąż.
Historia Poprzednie wydanie
Zapomniany gigant z Domu pod Gigantami
Był jednym z największych darczyńców w dziejach Polski, hojniejszym od najbogatszych magnatów. Jego dzieła zna niemal każdy Polak, choć prawie nikt nie wie, jak się nazywał.
Historia wydanie 1.11.2019 – 8.11.2019
Jak zabić czerwonego cara. Stalin na celowniku
Ribbentrop zaproponował Hitlerowi, że zaaranżuje konferencję z udziałem sowieckiego satrapy, podczas której osobiście zastrzeli go ze specjalnego długopisu pistoletu.
Historia wydanie 1.11.2019 – 8.11.2019
Seks w służbie proletariatu
Ulicami przejeżdżały parady miłości, ich uczestnicy poprzebierani byli za duchownych, jedni całowali się i obmacywali, inni wykonywali sprośne gesty. Po rewolucji bolszewickiej w Rosji wybuchła rewolucja seksualna.