Rozmowy

Nawet jelenie wiążą mnie z polskim losem

– Rosja korzysta z pazerności, krótkowzroczności i cynizmu Zachodu i utrzymuje absurdalnie wysoką pozycję w świecie – mówi Jan Polkowski. Poeta, publicysta i działacz publiczny opowiada o swej twórczości, polskości oraz ucieczce od hałasu i chaosu.

TYGODNIK.TVP.PL: Naprawdę uważa pan, że dożyje rozpadu i osłabienia Rosji? A przynajmniej – już w polskich realiach – upadku PSL?

JAN POLKOWSKI:
Brakuje skali, aby porównywać te dwa problemy. Bo wypadnięcie PSL z Sejmu jest jak pozbycie się trądziku młodzieńczego, gdy porównamy to z problemami narodów, będących nadal pod butem rosyjskiego imperium oraz państw, które czują się zagrożone przez wielkoruskie ambicje imperialne, aczkolwiek w części są one mocno groteskowe.

Tak, mam nadzieję obejrzeć na własne oczy kryzys Federacji Rosyjskiej i jej upadek. I nie jest to upraszanie się u Pana Boga o darowanie mi nadzwyczaj długiego życia. Pamiętajmy, że kryzys lat 80. zaowocował utratą przez Związek Sowiecki ogromnych i najgęściej zaludnionych terytoriów.

Teraz Rosja jest kulawą federacją i w miarę gospodarczego osłabiania centrum, republiki będą szukały coraz większej samodzielności. Dzisiaj raczej trudno zauważyć oznaki autentycznego federalizmu w tym imperium.

„Kryzys rosyjskiego państwa jest oczywisty. Putinowska mafia wyprowadza pieniądze za granicę i centrum nie będzie mogło już niczego zaoferować prowincjom, poza dalszym łupieniem.”

Bo nie ma okazji do ich okazania i zauważenia, czy też nie ma autentycznego federalizmu?

Jestem kibicem sportowym, zwłaszcza siatkówki, i gdy oglądam mecze Zenitu odbywające się w Kazaniu – stolicy Tatarstanu – widzę wyłącznie napisy „Rasija”. A przecież to jest republika sfederowana z Rosją, a nie część Rosji. Tatarów to też musi drażnić, zaś Rosja nie może zrezygnować z pozycji hegemona, bo zaprzeczyłaby podstawie swojej imperialnej tożsamości – etosowi zdobywcy i zasadzie samodzierżawnej władzy nad prowincjami.
Jan Polkowski (fot J.M. Ruszar)
Integralności imperium nie sprzyjają nieodwracalne i niemożliwe do powstrzymania dążenie mniejszych, słabszych narodów do samodzielności. To zjawisko zachodzące w skali globalnej, uwarunkowane technologicznie, politycznie i gospodarczo.

Od drugiej połowy XIX wieku coraz to nowe grupy narodów wyrażają potrzebę posiadania własnego państwa. Ten proces nie może więc ominąć narodów podbitych nawet 500 lat temu przez ruskiego Lewiatana.

Mocniejsze, liczniejsze ludy porzuciły Rosję przy pierwszej okazji i jeśli tylko mogą – pogłębiają tamto rozejście. Kazachstan ostatnio zastąpił cyrylicę alfabetem łacińskim.

Oczywiście są i przeszkody: peryferyjność tych narodów i niechęć Zachodu do naruszenia rosyjskiego status quo. Jednak przenoszenie się punktu ciężkości gospodarki i polityki do Azji, powolna, ale nieubłagana marginalizacja Europy tonącej w politycznej poprawności, dadzą w końcu Jakutom i innym małym ludom dodatkowy impet. W kilku republikach są już większością etniczną i nadal zwiększają przewagę nad rosyjskimi osiedleńcami. Jakuci rozumieją, że odrzucając Rosję, staną się bogatsi od Katarczyków.



Rosja korzysta z pazerności, krótkowzroczności i cynizmu Zachodu i utrzymuje absurdalnie wysoką pozycję w świecie. Nikt z tej części globu nie będzie popierał budzenia się antyrosyjskich nacjonalizmów. Wyobraźnię polityków i biznesmenów europejskich rozpala ogrom terytorialny Rosji.

Nie znaczy to jednak, że ludy nierosyjskie nie zauważają, że są okradane i z podmiotowości, i z kultury, i z bogactw. Ostatnio pewien biznesmen z Mordowii sfinansował akcję reklamową promującą mówienie po mordowińsku. Chcesz być sexy i zdobyć serca Mordowianek – kultywuj swój język; rusyfikacja jest obciachem. Bój na ogół zaczyna się od języka.

Kryzys rosyjskiego państwa jest oczywisty. Dobra koniunktura na nośniki energii się skończyła, a gigantyczne dochody są rozkradane. Rosja powinna teraz wydać 750 miliardów dolarów, by uratować państwo przed degradacją i stać się czymś więcej niż wielką stacją benzynową. Nie zrobiono tego. Putinowska mafia wyprowadza pieniądze za granicę i centrum nie będzie mogło już niczego zaoferować prowincjom, poza dalszym łupieniem. Należy dodać zapaść demograficzną wśród Rosjan, krótką długość życia, zwłaszcza mężczyzn, izolację polityczną spowodowaną kosztownym finansowo awanturnictwem Władimira Putina i zasiedlanie dalekiego wschodu przez Chińczyków, a otrzymamy obraz napełniający otuchą: moskiewska satrapia sprawnie produkuje wyłącznie kryzys, a to musi poprawiać koniunkturę dla narodowych mniejszości.

„Wyszedłem spod ręki rodziców, Stefana Żeromskiego i – last but not least – Jezusa Chrystusa.”

Skoro ustaliliśmy geopolityczny fundament optymizmu Jana Polkowskiego...

To trudny optymizm, ale kibicuję Jakutom, Tatarom czy Baszkirom i bardzo się ucieszę, że jeden z najbardziej brutalnych żandarmów świata wyraźnie osłabnie. Dla odmiany jestem pesymistą co do przyszłości wykorzenionej Europy.

… to przejdźmy do spraw bardziej osobistych, czyli pańskiej twórczości. Od wielkiego powrotu do poezji w 2009 roku wydał już pan cztery tomiki wierszy i przypieczętował pan ów came back grubym tomem pt. „Gdy Bóg się waha. Poezje zebrane 1977 – 2017”. Właśnie ukazała się książka „W mojej epoce już wymieram”, na którą złożyły się recenzje, szkice oraz filologiczne interpretacje pańskiej czterdziestoletniej twórczości. W sumie ponad 400 stron. A to nie wszystko, właśnie pracuje pan nad nowym tomem poezji, dla Biblioteki „TOPOSu”. Krótko mówiąc: pańska sytuacja jako twórcy jest dziś świetna…

Zawsze czułem się poetą i twórcza reakcja na doświadczanie świata była czymś podstawowym, niemal odruchowym. W istocie byłem poetą także przez tych 20 lat, kiedy nic nowego nie napisałem, nawet do szuflady. Milczałem na zewnątrz i w sporze z tym milczeniem każdy mój nerw tworzył poezję.

Zresztą mój światopogląd, świat wartości, ważne idee także się nie zmieniały. Dojrzewałem, czytałem, obserwowałem zachowania ludzi, ale pozostawałem sobą, takim jaki wyszedłem spod ręki rodziców, Stefana Żeromskiego i – last but not least – Jezusa Chrystusa. Wbrew prześmiewczemu powiedzeniu, że „tylko krowa nie zmienia poglądów”.


Uważam, że tak zwane elastyczne, podążające z duchem czasu poglądy, w naszej polskiej sytuacji były w dużej mierze warunkowane koniunkturalizmem, wygodnictwem, sprytem. Z obrzydzeniem patrzę na ludzi, którzy zawsze chcą być po swoiście rozumianej „dobrej stronie” – to znaczy po stronie zwycięzców politycznych i ideowych, po stronie postępu i związanego z nim mecenatu nowoczesności.

Mierzi mnie hipokryzja i brak szacunku dla samego siebie i przeszłych pokoleń. Oczywiście, zdarzają się głębokie przemiany duchowe i mozolne dojrzewanie do nowych idei, ale ja mówię o dość powszechnym oportunizmie, pragnieniu, by iść z prądem mody intelektualnej czy estetycznej.

Pewien bardzo wybitny krytyk powiedział mi kiedyś: „nie jest łatwo być dzisiaj wierzącym poetą”. Czy mam w związku z tym zaprzeć się siebie?
Mówię nie tylko o wyborach artystycznych, ale i działalności obywatelskiej. Patrząc na 40 lat mojego aktywnego życia nie żałuję, że zajmowałem się także czymś, co Adam Zagajewski nazwał w rozmowie ze mną „prochem”.

Na początku lat 90. wydawałem gazetę „Czas krakowski”, by poszerzać sferę wolności w Polsce. Adam powiedział, że to nieważne, że to tylko „proch”, bo wszystko przeminie i liczy się tylko sztuka – ona przetrwa. Złożył słuszny hołd poezji i sztuce w ogóle, ale lekceważącym gestem unieważnił sens życia tysięcy ludzi zatroskanych o dobro wspólne.

Rzeczywiście to, co niesie naszego ducha, zapisane jest przez artystów w książkach, w zeszytach nutowych, utrwalone w kamieniu albo na płótnie. Ale działanie obywatelskie nie jest jałowe. Zapisuje się nie tylko w traktatach i kodeksach, lecz także w tkance społecznej, w myśleniu współobywateli, w języku i relacjach międzyludzkich. Tworzy porządek albo chaos. Ma więc istotny wpływ na to, jacy jesteśmy, warunkuje i współkształtuje twórczość artystyczną.

Jeśli zatem jako organizator robię coś dla wspólnoty, to musi z tego wynikać także coś dla twórcy. To ma wpływ na twórcze życie, wyobraźnię i dzieło. Wydając podziemne pisma czy książki, budując niezależne media albo broniąc istnienia mediów publicznych w III RP nie marnowałem, jak ufam, danego mi czasu. Służba wolności i kulturze nie powinna być uznawana za coś nieważnego.



Także w pana poezji zawsze obecne były „serwituty narodowe”.

Nie zgadzam się ze słowem „serwituty”, bo zawiera ono sugestię, że coś musiałem oddać, czego bym oddać nie chciał, albo zrezygnować z jakiejś części indywidualnej niepodległości na rzecz wspólnoty narodowej. Było i jest dokładnie odwrotnie: żyjąc w języku, w polskiej kulturze narodowej, jestem zanurzony w polskiej pamięci i historii.

Polski los jest moim losem i kształtuje mnie w sposób wyjątkowy i w jakimś stopniu bezwarunkowy. Pomijając polski kontekst, pomijałbym siebie.

Skoro myślę po polsku i szukam swojego miejsca w poetyckim chórze obok Jana Kochanowskiego, Mikołaja Sępa Szarzyńskiego, Adama Mickiewicza, Kazimierza Wierzyńskiego, Czesława Miłosza, Zbigniewa Herberta czy Ryszarda Krynickiego, to miałbym traktować to poszukiwanie jako serwitut?

Każde z użytych przeze mnie słów zapuściło wcześniej korzenie w języku Biblii ks. Jakuba Wujka, psalmach Jana Kochanowskiego albo „Śpiewniku włoskim” Jarosława Iwaszkiewicza. Napęczniało polskim sensem i losem. Jak je wyprać z tych znaczeń?

One nie są obciążeniem lecz bogactwem mojej tożsamości, fundamentem mojego człowieczeństwa, bogactwem ojczystego języka. Do głowy mi nie przyszło, że mogę używać polszczyzny bez całego wspólnotowego kontekstu i zmierzać do jakiegoś wyalienowanego, neutralnego narzędzia komunikowania o mojej wykorzenionej, postpolskiej osobowości.

„Każde z użytych przeze mnie słów zapuściło wcześniej korzenie w języku Biblii ks. Jakuba Wujka, psalmach Jana Kochanowskiego albo »Śpiewniku włoskim« Jarosława Iwaszkiewicza. Napęczniało polskim sensem i losem. Jak je wyprać z tych znaczeń?”

Wspólnotowy charakter pana poezji został wielokrotnie rozpoznany i to nie w znaczeniu jakiegoś ograniczenia. Sam o tym kilkakrotnie pisałem, więc nie o to chodzi, że jest to jakieś obciążenie, lecz o spór między wyznawcami poezji prywatności, a postawą otwartą na wspólny los. Od połowy lat 80. obserwujemy zwrot ku poezji prywatnej, osobistej, czasami nawet „monadycznej”.

Polska jest moją intymną, osobistą sprawą! Moim płucem i wzrokiem. Nawet gdy wybrałem osobne życie w lesie, w towarzystwie stada kotów, psów i jeleni. Zresztą i jelenie związują mnie z polskim losem, bo to nadbajkalska odmiana Benedykta Dybowskiego, nazwana tak na cześć polskiego zesłańca, który opisał florę i faunę Bajkału. Tak jak pod Wawelem, tak i pod jodłami, orzechem i bożodrzewem żyję wewnątrz wspólnego losu.
Jan Polkowski podpisujący „Poezje zebrane” dla przyjaciół, czerwiec 2017 (fot. JMR)
Nie mogę i nie chcę opuścić skóry krakowianina, Polaka, Europejczyka, chrześcijańskiego obywatela świata. Być tylko „człowiekiem” lub „Europejczykiem” na skróty jest trudno. Wpada się w tożsamościową pustkę, jest się wydmuszką.

Bo nie istnieje uniwersalizm wyprany z podstawowej tożsamości, czerpiącej z francuskiej, norweskiej czy polskiej kultury i historii, bez lokalnego krajobrazu i obyczaju splecionego w wypadku Europy z tradycją grecko-rzymsko-chrześcijańską. Kultury przenikają się, prowadzą dialog.

Jest naturalne, że odnoszę się w swoich utworach do Homera, Wergiliusza, św. Łukasza, Piero della Francesca albo Michała Anioła. Jak mógłbym, jako Polak, ich pominąć? Jeśli bym się na to zdobył, o czym bym myślał i pisał? Rozwodził się na temat bólu zęba? Utonął w fizjologii, płci? Zginął w metajęzyku nicości?

Artysta-monada, artysta wsobny jest nie do pomyślenia? Przecież to obecnie norma!

Pominięcie tego, co nas pozytywnie lub negatywnie warunkuje i tworzy, jest nie tylko nieszczere i zubażające. Jest niemożliwe.

Kiedyś zwróciło moją uwagę, że wielu poetów, mieszkając kilkadziesiąt lat lub nawet całe życie w jednym miejscu, nie poświęciło swemu miastu ani jednego wiersza. To skutek estetycznych i filozoficznych mód i pragnienie osiągnięcia utopijnej czystości, niezależności, sam nie wiem czego.

Czy to jest naturalne, że poeta nie wpisał w swe wiersze linii secesyjnej kamienicy, perspektywy alei albo światła romańskiego kościoła, które podziwiał tysiące razy? To przecież nie tylko materialne, ale i duchowe doświadczenie.

„Tak jak pod Wawelem, tak i pod jodłami, orzechem i bożodrzewem żyję wewnątrz wspólnego losu. Nie mogę i nie chcę opuścić skóry krakowianina, Polaka, Europejczyka, chrześcijańskiego obywatela świata.”

Inny spór dotyczy języka poetyckiego, a ściślej: metafory. Co ciekawe, o ile pańska poetyka zbliża się bardziej do bujnej metafory Miłosza, to przecież bliski panu jest nie tylko Herbert, ale także Różewicz. Jak godzi pan te fascynacje?

Mój czytelniczy podziw nie ogranicza się do jednej estetyki, stylu, czy filozofii. Jest coś ekscytującego w czytaniu twórców, którzy byli lub są w sporze, dialogu albo są na antypodach światopoglądowych.

Lubię czytać Wisławę Szymborską, która zbudowała swoją poezję na poczuciu absurdalności życia, przypadkowości istnienia człowieka, paradoksalności świata i unikała ciemności języka. Ale lubię też Zygmunta Kubiaka, który twardo odwołuje się do wartości kultury śródziemnomorskiej i jest heroldem wartości, moralnych zobowiązań i wysokiej mowy.

Albo Czesława Miłosza, który jest olśniewającym piewcą wspaniałości życia. U niego nawet groza świata jest częścią cudowności istnienia, dlatego jego język jest ekstatyczny, dostosowany do wyrażania zachwytu. Inaczej zresztą być nie może – język musiał oddać blask i bogactwo stworzenia.

„Komunizm dotyczył mnie i moich bliskich, ale będzie dotyczył jeszcze wielu pokoleń. W jakimś sensie nie skończy się nigdy.”

W wierszach Miłosza nie chodzi przecież o to, aby w sposób jak najbardziej lapidarny zamknąć opis czy spostrzeżenie. Przeciwnie: na pierwszym planie jest fresk namalowany niespotykanie bogatą, łączącą różne czasy, polszczyzną.

Tadeusz Różewicz odwrotnie: uprawia chropowatość i surowość wyłącznie niezbędnych słów. Chociaż stoją na antypodach, to przecież wraz ze Zbigniewem Herbertem wprowadzili polski wiersz na absolutne szczyty światowej poezji i mało kto w drugiej połowie XX wieku może się z nimi równać.
Tymowa 2017, Jan Polkowski hoduje jelenie Dybowskiego (fot. JMR)
Przyjęta przez twórcę postawa wpływa też na wybór tematów. Czytając zbiór „Gdy Bóg się waha” widzimy, że pańskie „ja” określa się nie tylko wobec wspólnoty i języka, ale też ojca i matki.

Moja poezja jest wyrazem postawy romantycznej, doświadczeniem twórczości koniecznej, zjednoczonej z moim życiem. Nie piszę o rzeczach, o których nie muszę czegoś powiedzieć.

W roku 2010 napisałem na przykład swoją wersję „Poematu dla dorosłych” Adama Ważyka. Bo z jednej strony wszystkie czasy, losy i biografie są dla mnie współczesne i ważne, a z drugiej komunistyczny utwór Ważyka prowokował mnie mocniej, ponieważ dzieciństwo i młodość spędziłem w Nowej Hucie. Nie mogłem przemilczeć mojego nowohuckiego doświadczenia. Komunizm dotyczył mnie i moich bliskich, ale będzie dotyczył jeszcze wielu pokoleń. W jakimś sensie nie skończy się nigdy. Przecież granice zaborów jeszcze dzisiaj widać w ludzkich zachowaniach.

Generalnie nie dzielę świata na ten, który rzekomo minął, oraz na obecny, z którym musimy się jakoś ułożyć. Oba przecież żyją. I są ważne. Przeszłość jest zresztą bogatsza, więc ma większe znaczenie, bo zgromadziła więcej słów, myśli, zdarzeń, postaci, obrazów, wierszy i utworów muzycznych niż rozpędzona współczesność. Dlatego zdarza mi się polemizować czy nawiązywać do twórców, którzy – pozornie – nie żyją.
Tymowa 2017, Jan Polkowski z ukochanymi psami (fot. Anna Polkowska)
W pana poezji dzieje rodziny symbolizują polski los, a ze strony ojca – są alegorią krwawej historii Kresów.

Los Polski to historia pokoleń naszych bliskich, ich sukcesów i klęsk, szczęścia i tragedii, a także walki i – nie wstydźmy się tego słowa – męczeństwa. Nie sądzę, aby którykolwiek Polak mógł powiedzieć: „Moja rodzina nie ma żadnej historii, poznawali się, żenili/wychodzili za mąż, pracowali, chowali dzieci, chodzili do szkół, wyjeżdżali na wczasy, czasami się przeprowadzali, a na koniec chorowali i umierali…” i nic poza tym. Bycie Polakiem gwarantuje skomplikowane losy, splecione i naznaczone dziejami wspólnoty.

„Matka jest kimś o wiele ważniejszym i większym niż kobiecość, bo jest czymś więcej niż świat. Ona była pierwszym dotykiem, jej krew płynęła przez moje żyły, ona była horyzontem istnienia.”

Te tragiczne dzieje w pana poezji reprezentuje głównie ojciec – „skatowany przez polski los szlachetka kresowy”, akowiec zesłany za Ural i „repatriant”, który przecież nie na Litwę wracał lecz… na Dolny Śląsk. Matka natomiast i macierzyństwo – kolejny ważny temat pańskich wierszy – urastają do kosmicznych wręcz rozmiarów.

Matka jest kimś o wiele ważniejszym i większym niż kobiecość, bo jest czymś więcej niż świat. To jej głos słyszałem, gdy przebywałem w raju jej brzucha, który już wtedy wiązał mnie nierozerwanie z melodią jej słów, a więc z polskością. Ona była pierwszym dotykiem, jej krew płynęła przez moje żyły, ona była horyzontem istnienia. I to się w jakimś sensie nie zmieniło chociaż osierociła mnie w 1994 roku.

Ciekawe, że na starość pisze pan o niej więcej wierszy. Nie jest to też jedyna zmiana. Od ponad dwóch lat mieszka pan niemal w pustelni, na skraju nawet nie wsi Tymowa, a przysiółka, w lesie. Zamienił pan viva activa na viva contemplativa. Przyroda zawsze była obecna w pana wierszach, nawet jeden z wczesnych tomików nosił tytuł „Drzewa”, ale teraz w wierszach, jakie czyta pan na rzadkich spotkaniach autorskich, przeważają domowe i dzikie zwierzęta. Na ogół obserwacja ich zachowania jest pretekstem do rozważań o ludzkiej egzystencji.

Chyba nie miałbym serca powiedzieć, że moje ukochane psy są jedynie pretekstem do snucia refleksji, bo to moi bardzo bliscy przyjaciele. Wiem, że kochają mnie pełniej i bardziej bezkompromisowo niż ja je, niż jestem zdolny rozbudzić w sobie emocje wobec nich.

Oczywiście rodzina o mnie nie zapomniała, zwłaszcza wyrozumiała żona, ale życie spędzam z trzema psami, czterema kotami, właściwie jest to jeden kot i trzy kotki, a także – choć mniej intensywnie – ze stadem jeleni. Bardzo lgnie do mnie moje najmłodsze kocię Salomea, ale to psy są królami gospodarstwa.

Pies opiekuje się człowiekiem od tysięcy lat. Niegdyś w życiu, kulturze i ikonografii ważne miejsce zajmował również koń, ale pies pozostał i nigdy nie opuści człowieka. O koniu rozmyślam, bo to był dobry druh i dobry duch człowieka.
Jan Polkowski
Osiadłem w Tymowej, bowiem czuję się tu lepiej, a przyjeżdżam w to miejsce od 30 lat. Nie szukałem na wsi samotności. Twórca, nawet ten żyjący wspólnotą losu i tożsamości, pozostaje w jakimś sensie samotny.

Mimo dialogowego charakteru kultury, sam akt twórczy jest praktykowaniem samotności, osobistym przeżywaniem świata, a odbiór sztuki także odbywa się w samotności. Nawet siedząc w wypełnionym teatrze albo na koncercie, a nawet w muzeum, stojąc w tłumie przed obrazem, odbieramy dzieło indywidualnie, w pewnym oddaleniu od innych.

Zżyty z samotnością, w Tymowej znalazłem raczej odosobnienie, oddalenie od hałasu i chaosu, niż samotność, która mi towarzyszyła zawsze. Zgiełk nigdy mi nie służył. Nawet duch Krakowa, z którym zbliżyłem się przez niemal 60 lat, stał się dla mnie zbyt męczący.

Czy to była ucieczka? Raczej inny etap życia. A poza tym nie mam tu problemów z parkowaniem.

Jednym słowem: idealne miejsce na spokojne oczekiwanie rozpadu pewnej federacji oraz doczekanie marginalizacji chłopów z Marszałkowskiej.

I na następny Boży dzień.

– rozmawiał Józef Maria Ruszar
Jan Polkowski – poeta, prozaik, publicysta i działacz publiczny

Urodzony 10 stycznia 1953 roku w Bierutowie (woj. dolnośląskie), wychował się w Nowej Hucie.

W latach 1972–1978 studiował filologię polską na Uniwersytecie Jagiellońskim.

Działał w krakowskim Studenckim Komitecie Solidarności (pierwszej jawnej opozycyjnej organizacji studenckiej w bloku sowieckim), w ramach którego był redaktorem podziemnego pisma „Sygnał” i wydawnictwa Krakowska Oficyna Studentów. W roku 1981 założył niezależne Wydawnictwo ABC, a w okresie 1983–1990 był wydawcą i redaktorem naczelnym konserwatywnego pisma „Arka” (do 1990 ukazało się poza cenzurą 28 numerów). W 1989 r. redagował i wydawał niezależny dwutygodnik „Świat”.

Internowany 13 grudnia 1981 roku, po opuszczeniu aresztu w Załężu działał w podziemnych strukturach opozycyjnych do roku 1989.

W wolnej Polsce był wydawcą i redaktorem naczelnym dziennika „Czas Krakowski” (1990–1996), przez pięć dni rzecznikiem prasowym rządu Jana Olszewskiego, dyrektorem Biura Zarządu TVP S.A., redaktorem naczelnym portalu filmowego Stowarzyszenia Filmowców Polskich; przewodniczył radzie nadzorczej Film S.A. i Polskiej Agencji Informacyjnej.

Założył stowarzyszenie Samorządny Kraków.
04.09.2016
Z żoną Anną z Petryckich mają dwóch synów i dwie córki oraz czworo wnucząt.

Nagrody: Fundacji im. Kościelskich za twórczość poetycką (1983), podziemnej „Solidarności” za twórczość poetycką (1983), im. Andrzeja Kijowskiego za tom poezji „Cantus” (2010), Nagroda Poetycka Orfeusz im. K.I. Gałczyńskiego za „Głosy” (2013), nagroda Identitas w dziedzinie Humanistyki i Literatury Pięknej za powieść „Ślady krwi” (2014), nagroda honorowa Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich „w uznaniu zasług dla wolności i piękna słowa drukowanego” (2015), nagroda im. Przemysława Gintrowskiego przyznawana twórcom „stojącym na straży prawdy i umiłowania wolności” (2016).

6 maja 2016 roku został odznaczony przez prezydenta Andrzeja Dudę Krzyżem Oficerskim Orderu Odrodzenia Polski za wybitne zasługi w działalności na rzecz rozwoju polskiej kultury i osiągnięcia w pracy literackiej.
Okładki książek: Jana Polkowskiego „Gdy Bóg się waha. Poezje 1977 – 2017” oraz „W mojej epoce już wymieram. Antologia szkiców o twórczości Jana Polkowskiego (1979 – 2017)” pod redakcją Józefa M. Ruszara i Izabeli Piskorskiej-Dobrzenieckiej (wydawca obu pozycji: Instytut Myśli Józefa Tischnera – JMR Trans-Atlantyk, Kraków 2017)
Twórczość

Poezja: To nie jest poezja (Niezależna Oficyna Wydawnicza NOWA, Warszawa 1980); Oddychaj głęboko (ABC, Kraków 1981, wyd. 2 rozszerzone poprzedniego tomu); Ogień. Z notatek 1982–1983 (Półka Poetów, Kraków 1983); Drzewa. Wiersze 1983–1987 (Oficyna Literacka, Kraków 1987); Elegie z Tymowskich Gór i inne wiersze (Znak, Kraków 1990); Cantus (Wydawnictwo a5, Kraków 2009); Cień (Wydawnictwo Znak, Kraków 2010); Głosy (Biblioteka Toposu, Sopot 2012); Gorzka godzina (Wydawnictwo Sic!, Warszawa 2015)

Proza: Ślady krwi. Przypadki Henryka Harsynowicza (Wydawnictwo M, Kraków 2013)

Publicystyka: Polska, moja miłość (Wydawnictwo Pro Patria, Warszawa 2014)

Książki: Jan Polkowski „Gdy Bóg się waha (Poezje 1977 – 2017)” oraz „W mojej epoce już wymieram. Antologia szkiców o twórczości Jana Polkowskiego (1979 – 2017)” były prezentowane na Targach Książki w Krakowie.
Zdjęcie główne: Jelenie Dybowskiego z hodowli Jana Polkowskiego (fot. Anna Polkowska)
Zobacz więcej
Rozmowy Najnowsze wydanie
W Australii są piękne widoki, ale od polskich ciarki przechodzą
Polak, który uszył kurtki reprezentacji olimpijskiej Australii, opowiada o Polonii na antypodach i walce o utrzymanie nazwy najwyższego szczytu kontynentu Góra Kościuszki.
Rozmowy Poprzednie wydanie
Wschodni blok się sypał, a w Polsce SB wciąż dobrze się miała
Członkowie komisji weryfikacyjnych nie mieli pojęcia o bezpiece – mówi Tomasz Kozłowski, historyk
Rozmowy Poprzednie wydanie
Piłsudski vs. Dmowski: Ciągła rywalizacja, nie ciągła wrogość
Dla Piłsudskiego państwo było ważniejsze niż demokracja. Dla Dmowskiego od demokracji ważniejszy był naród – mówi historyk Mariusz Wołos.
Rozmowy Poprzednie wydanie
Stwórzmy polską Dolinę Krzemową
Polscy naukowcy mogą się wykazać dopiero, gdy wyjadą z Polski – mówi prof. Wiesław Nowiński.
Rozmowy wydanie 1.11.2019 – 8.11.2019
Łukaszenko puszcza oko do Zachodu
Białorusini są bardzo zrusyfikowani, ale istnieją realne różnice pomiędzy wschodnią a zachodnią częścią kraju. Grodno to jednak nie Witebsk – mówi białoruski opozycjonista Aleś Zarembiuk.