Cywilizacja

Ludzie w Londynie czekali na modową rewolucję. Biba to był wyraz buntu

– W latach sześćdziesiątych desperacko chcieliśmy stworzyć coś nowego i odciąć się od wiktorańskiego stylu życia i ubierania się naszych rodziców. Pierwsza Biba wyglądała z zewnątrz jak klub nocny i dojrzali ludzie bali się tam nawet zajrzeć – powiedziała naszemu portalowi Barbara Hulanicki, projektantka, która zrewolucjonizowała świat mody w latach sześćdziesiątych i stworzyła kultowy butik Biba.

Swingujący Londyn z lat sześćdziesiątych bez niej, bez mody, którą tworzyła i bez sklepu, który prowadziła razem z mężem Stephenem Fitz-Simonem, nie byłby taki sam.

Biba to był nowy look – spódniczki mini i maksi płaszcze, długie kolorowe kozaki, wąskie rękawy sukienek z wyrazistymi wzorami, mocny makijaż.

Biba zrewolucjonizowała też modowy rynek. Hulanicki z mężem stworzyli pierwszą sieciówkę, gdzie młode dziewczyny mogły kupić ubrania, które im się podobały i na które było je stać.

Butik Biba zaczął działać w 1964 r. przy Abingdon Road w Londynie. Potem powstał pięknie urządzony dom towarowy, tzw. Duża Biga (The Big Biba), gdzie można było kupić praktycznie wszystko i zjeść obiad.

Niestety świat biznesu był dość okrutny, Barbara i jej mąż sprzedali część udziałów i powoli stracili stworzoną przez siebie markę.

Epoka Biby skończyła się dla Barbary w 1976 r. Ale nie skończyła się nigdy jej przygoda z modą. Hulanicki nadal projektuje, aranżuje wnętrza, podróżuje po świecie, prowadzi wykłady. W 2012 roku za osiągnięcia w dziedzinie mody królowa brytyjska Elżbieta II odznaczyła ją Orderem Imperium Brytyjskiego. Jej osiągnięciom poświęcono wiele wystaw, m.in. w londyńskim Victoria and Albert Museum.
Duża Biba, wyprzedaż przed zamknięciem (fot. Evening Standard/Getty Images)
Ważne jest tylko jutro

W Polsce właśnie ukazała się książka pt. „Barbara Hulanicki. Ważne jest tylko jutro” autorstwa Judyty Fibiger. Z tej okazji Barbara Hulanicki przyjechała do Polski. Jest pełna energii i radości, bardzo otwarta. Gdy opowiada o Bibie i o modzie zapala się. Ma młodzieńczą szczupłą sylwetkę. Od lat nosi tę samą fryzurę, eleganckiego blond boba, a jej znak rozpoznawczy to czarny, elegancki strój, skórzana marynarka i ciemne okulary. Kwintesencja elegancji mocno buntem podszytej.

– Mój sekret? Pracować i jeszcze raz pracować. Nie powiedziałam jeszcze ostatniego słowa. Lubię, gdy w moim życiu dużo się dzieje, jak na planie filmowym. Czuję się szczęśliwa. Miałam i mam fantastyczne życie – odpowiada Barbara Hulanicki pytana, jak to robi, że ma tyle młodzieńczej werwy. „Ważne jest tylko jutro”, zdanie, które jest w tytule książki, to jej życiowa dewiza. Dzięki niej poszła dalej po utracie Biby i po śmierci ukochanego męża, Stephena.
Barbara Hulanicki (fot. Vittorio Zunino Celotto/Getty Images)

Cressida Dick ochroni Londyn. Rewolucja na szczytach władzy w Scotland Yardzie

Koledzy policjanci nazywają ją „Harry Potter”, a fanką jej umiejętności jest premier Theresa May.

zobacz więcej
Koniec idylli

Hulanicki urodziła się w Warszawie w 1936 roku. Jej ojciec, Witold Hulanicki, był dyplomatą, konsulem generalnym RP najpierw w Londynie, a potem w Palestynie. Z wykształcenia był inżynierem, ale miał wszechstronne zainteresowania. M.in. pięknie rysował.

– Mój tata robił wspaniałe ilustracje w stylu Art Nouveau. Uwielbiałam jego rysunki, bardzo żałuję, że nie mam żadnego z nich. Może dlatego ten styl tak bardzo we mnie zapadł. Potem, kiedy byłam w szkole artystycznej w Brighton uświadomiłam sobie, że każdy, kto wchodzi w sztukę, zaczyna właśnie od secesji – opowiada Barbara Hulanicki.

Gdy Barbara miała dwa lata, rodzina Hulanickich przeniosła się do Palestyny. Stamtąd zachowała w pamięci wschodni przepych, arabeskowe wzory. Dzieciństwo wspomina jako szczęśliwe i bezpieczne. Gdy miała 12 lat, idylla się skończyła. W 1948 r. Witold Hulanicki został w niewyjaśnionych do końca okolicznościach zamordowany w Palestynie.

„To było rankiem 26 lutego 1948 roku. Około szóstej uzbrojeni mężczyźni przyjechali po tatę. Słyszałam tyko jakieś szepty i panikującą mamę. Powiedzieli jej, ze jeśli się nie uspokoi, może jechać razem z nami. Tata, zanim wyszedł zdążył jeszcze zajrzeć do naszego pokoju. Zobaczył, że nie śpię, i powiedział wtedy do mnie: „Basia, opiekuj się swoja mamą. Żegnaj” – powiedziała w książce Judyty Fibiger.

Grabieżcy grobów, fałszywa mumia i miliardy euro zarabiane na lewo

Nielegalna konkurencja dla archeologów i marszandów.

zobacz więcej
Po latach okazało się, że Witolda Hulanickiego zabił członek syjonistycznej grupy Lechi na zlecenie komunistów.

Buntownicza czerń

Po śmierci męża Wiktorią Hulanicką oraz jej córkami Barbarą, Birutą zwaną Bibą i Beatrice zaopiekowała się jej przyrodnia siostra Sophie, która mieszkała w Wielkiej Brytanii. Była bajecznie bogata, piękna i apodyktyczna.

Barbarę Hulanicki z ciotką Sophie łączył związek szczególny, mieszanina fascynacji, miłości i buntu. Słynny „styl Biba”, jak przyznaje, łączy się z tym, czego nauczyła się od matki i ciotki, kobiety niezwykle eleganckich. Starając się odciąć od sztywnych norm i zasad, w pewnym momencie do nich powróciła.

Stało się tak np. ze słynną zasadą Biby, czyli „matchy-matchy”, łączeniem podobnych kolorów. Tego właśnie uczyły ją matka i ciotka.



– Zawsze kochałam modę, moja mam i ciotka były piękne, miały wspaniałą garderobę, ubrania z Paryża, które przetrwały wojnę. Co niedziele i sobotę chodziłyśmy na lunch do ciotki. Kiedyś, gdy miałam 14 lat, założyłam kolczyki i bluzkę w niestosownym, wg ciotki kolorze. Natychmiast dała mi swoja sukienkę i kazała iść się do łazienki przebrać – wspomina Barbara Hulanicki.

Wyrazem rebelii była też miłość do czerni. Barbara Hulanicki przewrotnie mówi, że nosi czerń dlatego, że „jest leniwa”, a gdy ma w garderobie ubrania w tym kolorze, nie musi martwić się o to, jak je ze sobą zestawić.

– Przed laty poprawny był granat i brąz. Nie znosiłam ich, a potem się okazało, że były w Bibie sukienki w tym kolorze – opowiada Hulanicki.

Gdy miała 18 lat, poszła do szkoły plastycznej w Brighton, co oczywiście nie do końca spodobało się ciotce. A dla Barbary Hulanicki był to początek drogi, która zaprowadziła ją na modowe szczyty.
Barbara Hulanicki w 1975 r. (fot. Evening Standard/Getty Images)

Tragedia w cieniu Wezuwiusza.
12-latka sprzedana mafii

Przez długie lata marzyła tylko o zemście na tych, którzy ją skrzywdzili.

zobacz więcej
W szkole co prawda nauczycielka poradziła jej, żeby zajęła się raczej ilustracją niż modą, ale okazało się potem, że nie wyszła na tym wcale źle. Po szkole Barbara Hulanicki przeprowadziła się do Londynu i znalazła pracę jako ilustratorka w pismach zajmujących się modą.

Pod koniec lat 50. magazynom nie wolno było używać fotografii. Jeździła więc na pokazy mody do Paryża, rysowała stroje m.in. Givenchy i Balenciagi dla „Vouge’a” i „Tatlera”, ale nie wszystko jej się podobało. Często po prostu się nudziła.

Objawienie przyszło, gdy zobaczyła na jednym z pokazów Givenchy aktorkę Audrey Hepburn, która była szczupła jak wszystkie znajome Barbary, i ubierała się w elegancką czerń. – Poczułam, że nadchodzi nowa era – mówi Hulanicki.

Jeszcze w szkole w Brighton 18-letnia Barbara wygrała konkurs na strój plażowy ogłoszony przez „Evening Standard”. Potem była duża przerwa w projektowaniu. Do powrotu namówił ją mąż, Fitz.
Rok 1966, Barbara Hulanicki w Bibie (fot. Larry Ellis/Express/Getty Images)

Wenecja dla odważnych. Wyspa tortur i śmierci, więzienia i doki dla okrętów wojennych

Wycieczka inna niż wszystkie.

zobacz więcej
Różowa sukienka w kratkę

– W latach 50. i na początku 60. Brytyjczycy ubierali się naprawdę niedobrze. Zwłaszcza młodzi nie mieli co na siebie włożyć. Wszystko było drogie, wiktoriańskie i okropne. Desperacko chcieliśmy stworzyć coś nowego, coś swojego – mówi Hulanicki.

Najpierw, za namową męża, który pracował w reklamie, powstał Biba Postal Boutique, sklep wysyłkowy z ubraniami projektowanymi przez Barbarę. Nazwa to imię jej młodszej siostry.

– Pewnego dnia zadzwoniła do mnie Felicity Green z „Daily Mirror”. Zajmowała się modą i miała wielkie wpływy. Słyszała o naszej firmie i chciała o mnie napisać. Poprosiła, żebym stworzyła projekt, którym można byłoby zilustrować artykuł. Tak powstała sukienka w różową kratkę w stylu Brigitte Bardot – wspomina Hulanicki.

Sukienka stała się strzałem w dziesiątkę. Z kraju spłynęło 14 tys. zamówień. I tak trzeba było w końcu założyć stacjonarny sklep.

Biba od początku stała się miejscem kultowym. Wieść o niej roznosiła się pocztą pantoflową. Sklep przy Abingdon Road przyciągał tłumy, dziewczyny na pniu kupowały niedrogie, ale oryginalne i świetnie uszyte ubrania.

– Kiedy otworzyliśmy nasz pierwszy sklep, ludzie dojrzali nawet do niego nie zaglądali. Stali na zewnątrz i patrzyli. Podejrzewali, że tam dzieją się straszne rzeczy. W środku było ciemnawo, grała głośna muzyka. Pierwsza Biba mogła stwarzać pozory nocnego klubu – mówi Barbara Hulanicki.
Jedna z dziewczyn, które pracowały w Bibie (fot. Graham Wood/Evening Standard/Getty Images)
Brigitte Bardot w samych majtkach

Pytana o to, czy ona i Fitz mieli biznesplan, odpowiada, że po prostu podążali za tym, co się działo. – Trzeba było cały czas robić coś nowego, reagować i iść dalej – podkreśla. Sklep, kolekcje, to, co sprzedawało się w Bibie i jak ona wyglądała, było też odzwierciedleniem upodobań właścicieli.

Słynne sofy pojawiły się w sklepie, bo Fitz nie cierpiał zakupów i wiedział, jak panowie się podczas nich nudzą. Mogli więc siedzieć wygodnie na sofach i czekać, aż ich dziewczyny przymierzą i kupią.



A dziewczyny przyprowadzały do Biby m.in. chłopaków z The Beatles i The Rolling Stones. W końcu cały swingujący Londyn kupował w Bibie. Jak mówi Hulanicki, z wieloma z osobami z grona klientów przyjaźni się do dziś.

Sklep słynął też z tego, że nie były tam koedukacyjne przymierzalnie. A gdy akurat parawany, które pełniły ich funkcję, poprzewracały się, klientom to absolutnie nie przeszkadzało.

Hulanicki wspomina m.in. ciężarną Barbrę Streisand, która bez skrępowania przymierzała stroje. W Bibie pojawiła się też Brigitte Bardot. – Jej mąż, Gunter Sachs zabronił jej się przebierać we wspólnej przymierzalni. Asystentka powiedziała mi, że ktoś się chce przebrać w korytarzu przy biurze. Nie mogłam się powstrzymać, zajrzałam i zobaczyłam Bardot w samych majtkach – mówi Hulanicki.
W Bibie ubierały się też m.in. Marianne Faithfull, Charlotte Rampling, Jacqueline Bisset, Julie Christie. Kiedyś wpadli też Sonny i Cher oraz Mia Farrow z Frankiem Sinatrą. Niechętnie widziane były jednak takie klientki jak księżna Anna, bo to, jak mówi Hulanicki, mogło zepsuć reputację Biby.

Biba girls

Jedną z muz Hulanicki była słynna w latach 60. i 70. szczuplusieńka modelka Twiggy. Dziewczyny, które pracowały w Bibie, wyglądały podobnie jak ona. Smukłe, długonogie, wystylizowane. Jak mówi Hulanicki, jedna przyprowadzała drugą. Wśród tzw. Biba girls pojawiła się też nastoletnia Anna Wintour, późniejsza szefowa amerykańskiego „Vouge’a”.

Po małej Bibie przyszedł czas na dom towarowy przy High Street Kensington, czyli The Big Biba (duża Biba). Wnętrza były tam stylowe, oryginalne, każdy dział miał inną aranżację. Ludzie przychodzili nie tylko po zakupy, ale by spędzać czas, zjeść coś.

Big Biba

Jak mówiła Hulanicki, wiele decyzji było związanych z potrzebami jej i Fitza, m.in. dlatego w Bibie pojawiła się restauracja. A gdy urodził się jej syn Witold, projektowała ubrania dla dzieci i sprzedawała czarne pieluszki.

Z tych czasów pochodzie słynne logo Biby stylizowane na art déco. Wkrótce pojawiło się ono także na kosmetykach i różnego typu akcesoriach.
Mocne przyciąganie

Hulanicki i Fitz sprzedali 75 procent udziałów w Bibie firmie Dorothy Perkins, która została przejęta przez przedsiębiorstwo zajmujące się nieruchomościami. To był koniec Biby. Hulanicki straciła prawa do logi i marki.

Barbara razem z Fitzem wyjechali na kilka lat do Brazylii. Potem wrócili do Londynu, a Barbara pracowała m.in. dla Fiorucci i Cacharel.

Teraz Hulanicki dzieli czas między Londyn i Miami. Jest m.in. dekoratorką wnętrz. Pierwszą aranżację zrobiła dla Ronniego Woodsa z Rolling Stones, który kupił sobie hotel i zaprosił ją do współpracy.

Barbara Hulanicki w 2012 r. po raz pierwszy przyjechała do Polski. – Od razu poczułam mocne przyciąganie. Nigdy nic takiego mnie nie spotkało, w żadnym innym kraju – wyznaje.

Jest zachwycona młodymi Polkami i Polakami, którzy jej zdaniem wyglądają świetnie i stylowo, radzi jednak, by nie jedli zbyt dużo fast foodów.

Pytana, czy współcześnie mogłoby by dojść w modzie do rewolucji na miarę Biby, odpowiada, że teraz panuje pełna dowolność i wyrazem buntu może być wierność klasyce. Sama ceni m.in. Ricka Owensa i chętnie nosi jego skórzane kurtki.
Zdjęcie główne: Barbara Hulanicki w Londynie w 2012 r. przed Buckingham Palace (fot. Yui Mok - WPA Pool /Getty Images)
Zobacz więcej
Cywilizacja Najnowsze wydanie
Maszyny i… klapki japonki. Czym Chińczycy podbijają Afrykę
Pracownicy z Chin odmawiali siadania przy wspólnym stole podczas lunchu z Afrykanami i obrażali ich dając do zrozumienia, że źle wykonują swoją pracę.
Cywilizacja Najnowsze wydanie
Wzywał arcybiskupów do dymisji, będzie uczyć kleryków w Holandii
Po zakonniku kolejne upomnienia, kary, zakazy wypowiedzi spływały jak po kaczce.
Cywilizacja Najnowsze wydanie
Partia związana z antybrytyjskimi terrorystami wraca na salony
W ciągu 40 lat zginęło 3500 osób. Połowa to ofiary IRA. Do dzisiaj mnóstwo jest spraw niewyjaśnionych: kto i dlaczego zginął, kto wydał rozkaz, kto go wykonał, gdzie spoczywają ofiary skrytobójczych morderstw?
Cywilizacja Najnowsze wydanie
Do czego Putinowi są potrzebni „terroryści” z Sieci?
W Rosji zaczyna się rodzić zapotrzebowanie na lewicową alternatywę wobec obecnej władzy, która postrzegana jest jako ultraliberalna.
Cywilizacja Poprzednie wydanie
Obserwujmy anglikanów. Bo Kościół katolicki idzie ich śladem
Wielka Brytania dokonała brexitu. Ale metody funkcjonowania Kościoła Anglii nadal podbijają europejski katolicyzm.