Rozmowy

Mietek Szcześniak: Zawsze chodziłem swoimi drogami

– Mimo że z mediami i wydawcami było krucho, przez szereg lat mam i miałem zawsze kilka koncertów w miesiącu. Czasem bywają na nich trzy pokolenia i z tego się cieszę – mówi Mietek Szcześniak. Rozmawiamy z nim o jego fascynacji muzyką gospel, smaku z dzieciństwa, którym była dziczyzna oraz udziale w programie „SuperSTARcie”. Dlaczego zdecydował się zaapelować do bliskiej mu osoby i czego uczy się w każdym odcinku?

W przyszłym roku będziesz obchodził swoje 30-lecie…

Tyle minęło od debiutu w Opolu. Dostałem tam w 1985 roku nagrodę im. Anny Jantar za najlepszy debiut. Płytę wydałem dopiero po pięciu latach, w 1990 r. Wcześniej się nie udało.

Robisz jakieś podsumowania tych lat na scenie?


Nie, dlatego że ja bez przerwy pracuję nad nowymi projektami. Czas podsumowań jest wtedy, gdy człowiek jest zmęczony albo nie ma nowych pomysłów. Przychodzi wtedy chwila, gdy odcina się kupony albo patrzy wstecz, a ja nigdy nie miałem tak ściśle ustabilizowanej pozycji na rynku. Nie byłem przypisany do żadnej grupy rockowej, jazzowej czy iście rozrywkowej. Chodziłem swoimi drogami, tam gdzie mnie intuicja i zainteresowania prowadziły. Jeśli coś mi grało w duszy i sercu to za tym szedłem, nie zważając na to, czy to będzie komercyjne czy nie, czy mi będzie przynosiło zyski. Nigdy się z tym nie liczyłem. Lubię to w sobie bardzo. Mam ciągle wiele nowych pomysłów. Przez te lata nauczyłem się czegoś nowego, mianowicie równoległej pracy nad różnymi projektami. Jeśli mnie coś interesuje, to robię to jednocześnie, nie odkładam, tylko zabieram się za pracę i kontynuuję ją. Podobnie mam z czytaniem książek. Czytam kilka na raz.
Zawsze chodziłem swoimi drogami
Powiedziałeś, że nikt nie chciał wydawać twoich płyt przez pięć lat…

Nie tylko przez pięć, nadal mam z tym problemy.

To frustruje, czy daje siłę by walczyć dalej?

Był taki czas, że pojawiały się frustracje. Nie ma co udawać, że nie. Nie pracujemy dla siebie, każdy chciałby, żeby jego praca była doceniona, by poznali ją inni ludzie. Ani wydawcy, ani media mnie nie rozpieszczali, nigdy, a oni stoją między twórcami a publicznością. Jeśli pojawi się jakaś publikacja, a słuchacz dzięki niej może wybrać, czy chce, czy nie chce mnie słuchać. To jest szczyt moich marzeń. Nie marzyłem nigdy o topach finansowych, czy popularnościowych. Chciałem, by najważniejsza była moja muzyka, teksty piosenek, przesłanie.

Czas podsumowań jest wtedy, gdy człowiek jest zmęczony albo nie ma nowych pomysłów. Przychodzi wtedy chwila, gdy odcina się kupony albo patrzy wstecz

Chcesz mi powiedzieć, że nigdy nie chciałeś być celebrytą?

Ja nawet nie wiem, co dokładnie znaczy to słowo. Trzeba by ustalić definicję tego słowa.

Nie bywasz na salonach, nie ma cię w kolorowych gazetach…


A co to znaczy bywać na salonach?

Bywać na wszelkiego rodzaju imprezach z udziałem celebrytów, pokazach, fotografować się na tzw. „ściance”.


To są salony? Tu się różnimy w definicji (śmiech). Na salonach chętniej bym bywał niż na imprezach, ale też mnie nie zapraszają. Myślę, że to jest związane z zamkniętym kołem popularnościowo-lansiarskim. Jeśli to koło nie idzie w ruch, to człowieka nie zapraszają.

Lansowanie cię nie kręci?

Lansowanie mojej pracy kręciłoby mnie. Prywatnie nie. Mnie samego nie interesuje, co kto robi prywatnie.

Wiele osób uważa, że jesteś osobą niedocenianą na polskim rynku muzycznym. Zgadzasz się z tym?


Trzeba by to było uściślić. Ja czuję się doceniony przez publiczność. Największym osiągnięciem każdego artysty jest to, by zamieszkać w głowie i w sercu odbiorców. By zechcieli towarzyszyć twórcy przez jego życie, by interesowało ich, co nowego zrobił, jak rozwija się jego wrażliwość, sposób opowiadania o świecie i ludziach. Jeśli ludzie chcą temu towarzyszyć, to największym osiągnięciem jest własna publiczność. Mnie się to przydarzyło, mimo że z mediami i wydawcami było krucho. Przez szereg tych lat mam i miałem zawsze kilka koncertów w miesiącu. Ludzie wiedzą, na co przychodzą, kupują bilety na moje koncerty. Czasem bywają na nich trzy pokolenia i z tego się cieszę.
„Lansowanie się mnie nie kręci”
Gdy patrzysz wstecz, na 30 lat twojego muzycznego życia, to myślisz, że chciałbyś coś zmienić?

Nie. Dlatego tak jak mówiłem wcześniej, zawsze ufałem temu, co mnie prowadzi, instynktowi. Jestem wierny temu, co mnie interesuje, bez względu na to, czy to było komercyjne, czy bardziej metafizyczne. Zawsze robiłem to, co czułem.

W czym się czujesz dobrze muzycznie, a w czym nie?

Nie wybieram i nigdy nie wybrałem też czegoś, w czym źle bym się czuł. Świadomie decydowałem się na śpiewanie piosenek konkretnych piosenek, udział w projektach. To nigdy nie było przypadkowe. Zdarzało mi się jako muzykowi brać udział w różnych festiwalach – od jazzowych, przez rozrywkowe, po zdarzenia muzyczne z zakresu współczesnej muzyki klasycznej. Zawsze wybierałem rzeczy, które chciałem przeżyć.

Program „SuperSTARcie” to też coś, co chciałeś przeżyć?


Wiele się nauczyłem w tym programie. Nie wiedziałem, że tak to pójdzie. Powiedziano mi na pierwszym spotkaniu, że chodzi tu głównie o muzykę, że to „talent show”, w którym chodzi o zabawę gatunkami muzycznymi. Ta idea bardzo mi się spodobała. To jedyny tego typu program, gdzie można dobrze poczuć, gdzie człowiek tworzy, inspiruje się innymi gatunkami niż ten, w którym głównie się porusza. Ja uprawiam pop połączony z gatunkami takimi jak soul, jazz, muzyka latynoamerykańska. Z tej zabawy stylami wychodzą fajne, inspirujące rzeczy dla mnie i dla mojej publiczności, jak się okazuje, też. Poza tym moja publiczność domagała się, aby było mnie więcej w mediach, żebym troszkę więcej się w nich pojawiał. Już w pierwszym programie pozdrowiłem tych, którzy się za mną stęsknili. Chciałem się pokazać, powiedzieć, że jestem, żyję, robię dla was różne rzeczy. Przy okazji mogłem też powiedzieć, że robię nową płytę, którą nagrałem z Brazylijczykami. Napisałem na nią muzykę do tekstów ks. Jana Twardowskiego. Będą to samby i bossa novy. Program pozwolił mi się tym pochwalić, powiedzieć do 1,5 miliona osób, że taką płytę nagrywam. Myślę, że media są również po to, aby publiczność wybrała, kogo chce, a kogo nie chce słuchać.
„Zawsze wybierałem, to co chciałem przeżyć”
Co jest dla ciebie najtrudniejsze w tym programie?

Najtrudniej jest mi się zmierzyć z tym szalonym ruchem, który tam panuje. Autoprezentacja z rodzajem lansowania, który młode pokolenie ma już we krwi oraz z mediami, które bezceremonialnie do tego podchodzą. Musiałem się temu przyjrzeć, musiałem z ciekawością odkrywcy pogapić się na te wszystkie rzeczy i je przyswoić. To była główna trudność. Wiele się nauczyłem, patrząc na to, jak się zmieniają media, jak się zmienia podejście artystów do mediów. Jak ta sztuka autoprezentacji się prezentuje (śmiech).

Chyba nieźle ci to wyszło, bo jesteś jednym z lepiej ocenianych uczestników tego programu.


Dziękuję. Bardzo mi miło.

Wspomniałeś o swojej nowej płycie. Ksiądz Twardowski i samba to może być dosyć egzotyczne połączenie?


Zacząłem to robić już na płycie „Spoza nas”. Zarażony pięknym charakterem bossa novy i samby zaproponowałem basiście, którego poleciła mi Grażyna Auguścik, Paulinio Garcii współpracę nad tym projektem. Paulinio tak mnie zachęcił, że pojechałem do Chicago, wynająłem studio i nagraliśmy cały materiał. Nie mam kiedy dokończyć tej płyty, nagrać głosów, bo tylko to mi zostało do zrobienia, ale myślę, że ujrzy światło dzienne już wiosną. Pracuję równocześnie nad płytą z przebojami radia Luxembourg wraz z Krzysztofem Herdzinem, a także nad projektem amerykańskim z czarnym chórem z Los Angeles. Jestem członkiem tego chóru. Nagraliśmy trzy piosenki w stylu starego soulu, niebawem robimy następne. Cieszę się z tego bardzo. Dla mnie to okno ze świeżym powietrzem.
„Dla mnie to okno ze świeżym powietrzem”
Czym dla ciebie jest wiara?

Wiara jest dla mnie jak oddech. Nigdy nie miałem z nią problemu, od dziecka. Nigdy też nie było dla mnie dwóch rzeczywistości na mistyczne rzeczy i na codzienność, a przecież jest jeden świat. Nigdy nie miałem z panem Bogiem problemów od czasów, gdy babcia nauczyła mnie pierwszego pacierza i mi o nim opowiadała. Chyba, że świadomie się odwracałem. Tak jak nie istniał dla mnie podział na dwa światy, tak nigdy nie chciałem być śpiewakiem religijnym czy świeckim. Chciałem śpiewać o ciele człowieka.

Ale twoje nazwisko pojawia się w kontekście muzyki chrześcijańskiej?


Tak, ale ja zawsze chciałem śpiewać o ciele człowieka i jego duszy, która jest równie pięknie wymyślona i pięknie służy. Tak robiło wielu artystów przede mną. Cała architektura, rzeźba, czy malarstwo miało takie inspiracje. Nie rozumiem, dlaczego nagle trzeba by to było zredukować. O Michale Aniele czy Bachu nie mówiono, że są artystami chrześcijańskimi, tylko artystami. Ja również nie chcę nikogo do niczego przekonywać, tylko o tym śpiewać.

To oznacza, że nie lubisz szufladkowania?


Uważam, że to jest bezcelowe. Nie o to mi chodzi.
„Wiara jest jak oddech”
Kiedy na twojej drodze pojawił się gospel?

Gospel jest od czasu, gdy po raz pierwszy usłyszałem Arethę Franklin. Miałem wtedy 13-14 lat. Byłem zawsze zainteresowany muzyką, dobrze śpiewałem jako dziecko, może to było trochę ponad przeciętną. Było wiadomo, że śpiewać będę, że będę muzykiem. Gdy usłyszałem Arethę z chórem nie mogłem ani ustać, ani usiedzieć. Wysłuchałem tego z uniesieniem i wdzięcznością. Bardzo to przeżyłem. To zmieniło moje patrzenie, zacząłem szukać, a nie było to proste. Nie było płyt w sklepach, Internetu. Było za to radio, gdzie Marek Niedźwiecki i Piotr Kaczkowski puszczali świetną muzykę w swoich audycjach. Moi rówieśnicy słuchali rocka, a ja – gospel, soul i jazzu. Z polskich artystów słuchałem Ewy Bem, Andrzeja Zauchy, Krystyny Prońko. Po latach ze wszystkimi spotkałem się na scenie. To było wielkie szczęście dla mnie.

Jak wspominasz swoje dzieciństwo?

Cała moja rodzina byłą muzykalna, wszyscy mieli słuch muzyczny. Nikt nie kształcił się muzycznie, ale wszyscy śpiewali i grali na różnych instrumentach, często to robili podczas imprez rodzinnych. Całą rodzinę miałem w Kaliszu. Ciotki, wujków, kuzynostwo, dziadków, rodziców. Ciągle spotykaliśmy się w trzypokoleniowym gronie i tam zawsze były śpiewy i tańce. Pamiętam, że nauczyłem się czytania i poznawania, w jakim mój domownik jest humorze za pomocą tego, jakimi dźwiękami się posługiwał, co śpiewał. Czy to było rzewne i smutne, czy to było szybkie, wesołe i chęćliwe.
„W moim domu królowała dziczyzna”
Ustawiano cię na środku i proszono o występy przed rodziną?

Oczywiście, że tak. Moim popisowym numerem było „O gwiazdo miłości”, którą z repertuaru Kunickiej. To była ulubiona piosenka mojego dziadka, po którym mam imię. Z babcią śpiewałem przedwojenne szlagiery. Mam do nich duży sentyment. Dla mnie te melodie były uniwersalne. Mogły równie dobrze powstać przed wojną, jak i teraz.

Babcia była dla ciebie bardzo ważną osobą?


Mieszkaliśmy w trzypokoleniowym domu. Dziadkowie byli równie ważni jak rodzice.

Jakie smaki z dzieciństwa zapamiętałeś?


Dziczyzny. W mojej rodzinie mężczyźni byli myśliwymi. Przepraszam wszystkich wegetarian i wegan, ale takie były realia. Nie było problemów z mięsiwem nawet wtedy, gdy były kartki. Marzyliśmy o normalnych mięsach, bo mieliśmy dość tych smaków, wciąż tych samych, ale było w tym coś naturalnego. Dziadek przynosił te zabite zwierzęta do domu. Jeździłem z nim na polowania, byłem w nagonce. Byłem zaprawiony w bojach, to nie było dla mnie nic szczególnego.

Dziś można by się było wybrać z tobą na polowanie?

Nie. Dziś już nie. Jem mięso, ale w małych ilościach. Na polowanie bym się jednak nie udał.
„Zwróciłem się do bliskiej mi osoby”
W jednym z odcinków programu zdobyłeś się na bardzo intymne wyznanie, skierowane do jednego z członków twojej rodziny. Dotyczyło dopalaczy. Dlaczego to zrobiłeś?

Dopalacze to tragedia. To są narkotyki, bo od października zostały za nie uznane. Rujnują zdrowie młodych ludzi, są łatwo dostępne i najeżone świństwami. Niszczą organizmy, powstają z tego psychozy, ludzie umierają. Z punktu widzenia rodziców i opiekunów jesteśmy bezradni. Sprawa dotyczyła mnie bezpośrednio. Postanowiłem nie w ramach walki, ale w ramach tego, co może zrobić człowiek, który jest piosenkarzem, powiedzieć coś bezpośrednio do niego. Gdybym był dziennikarzem zrobiłbym o tym program albo napisał artykuł, ale jako piosenkarz mogę tylko coś powiedzieć lub zaśpiewać. W programie mierzymy się z różnymi gatunkami muzycznymi, a odcinek, w którym się na ten apel zdecydowałem, był poświęcony rapowi.

Według ciebie ten gatunek najlepiej przemawia do młodych ludzi?


Przypatruje się temu zjawisku od dłuższego czasu, zawsze byłem dotknięty i poruszony prawdą, która bije z ludzi, którzy rap uprawiają, sposobem, w jaki operują emocjami, wyrażając ważne dla nich sprawy życiowe. Robią to w tak wrażliwy i prawdziwy sposób, że ja z szacunku też dla tego gatunku i starań ludzi, którzy to robią, zdecydowałem się na ten gest. Po pierwszej zwrotce już wiedziałem, co chcę powiedzieć. Na godzinę przed programem miałem to w głowie. Zwróciłem się do tej bliskiej mi osoby i dałem wyraz swoim odczuciom. Pomyślałem, że jeśli nie pomagają telefony, spotkania, może pomogą oczy, które patrzą na niego z telewizora. Media mają siłę, nie wyobrażamy sobie czasem, jak wielką.

Pomogło?

Jest reakcja, nie wiem, czy pomogło. Dobrze zrobiłem. Udało się dotknąć serca tej osoby. Tak myślę. Nie chcę moralizować, przestrzegać młodzieży. Mówiłem do jednego konkretnego człowieka, na którym mi zależy.
„Każdy z nas jest nierówny”
Jakie są teraz twoje fascynacje muzyczne?

Są dokładnie takie jak rzeczy, nad którymi pracuje. Płyta nagrywana w Los Angeles z czarnym chórem to coś, o czym marzyłem i czym się fascynowałem. Kolejna to przeboje radia Luxembourg z Krzysztofem Herdzinem. Jestem wręcz zafascynowany tekstami księdza Twardowskiego, które będą na mojej nowej płycie. To poeta, który obłaskawia trudne chwile. Ludzie nie potrafią go cytować, poza tym jednym cytatem: „Spieszmy się kochać ludzi, tak szybko odchodzą”. Chcę, aby mogli nosić jego słowa przy sobie, słuchać ich. Sprawdzałem to na koncertach, śpiewając po trzy, cztery piosenki. One się niosą, ludzie ich słuchają, śpiewają je ze mną.

A jakie są ważne dla ciebie słowa księdza Twardowskiego?

Jest ich wiele. Gdybym miał wybrać jeden cytat, to byłby to kawałek mojego ulubionego wiersza „Sprawiedliwość”; nazwałem tę piosenkę „Nierówni”. „Gdyby wszyscy mieli po cztery jabłka, gdyby wszyscy byli silni jak konie, gdyby wszyscy byli jednakowo bezbronni w miłości, gdyby każdy miał to samo, nikt nikomu nie byłby potrzebny”. Refren „To, co mam i to, czego nie mam nawet to, czego nie mam komu dać, zawsze jest komuś potrzebne, nierówni potrzebują siebie”. Może tak nazwę płytę „Nierówni”. Bośmy wszyscy właśnie tacy.

To tej nierówności ci życzę…

Z przyjemnością przyjmę te życzenia (śmiech).

Zwróciłem się do tej bliskiej mi osoby i dałem wyraz swoim odczuciom. Pomyślałem, że jeśli nie pomagają telefony, spotkania, może pomogą oczy, które patrzą na niego z telewizora. Media mają siłę, nie wyobrażamy sobie czasem jak wielką.

Za pomoc w realizacji wywiadu dziękujemy ApartHotel Stalowa52.
Zdjęcie główne: Mietek Szcześniak jest jednym z uczestników programu "SuperSTARcie" (fot.mat.pras.)
Zobacz więcej
Rozmowy Najnowsze wydanie
Stres nie ma znaczenia. Jesteśmy ofiarami klątwy psychologów
Terapia pokryzysowa jest nieskuteczna, a nawet szkodliwa. Intensywne mielenie traumatycznych wydarzeń nie pozwala emocjom wygasnąć, lecz przeciwnie: utrwala je – mówi psycholog Tomasz Witkowski.
Rozmowy Najnowsze wydanie
Zanussi uświadomił mi, że nie powinienem się niczego bać
„Kino z duszą” to impreza niezwykła. Choć nie jest to festiwal z metką „chrześcijański”, to wyświetlane są tam filmy z wartościami – mówi Krzysztof Żurowski, reżyser.
Rozmowy Najnowsze wydanie
Śmierć w górach nie jest najpiękniejsza ani wymarzona
Jurek Kukuczka nie musiał jechać na tę wyprawę, bo zdobył już wszystkie ośmiotysięczniki. Ale on nie wyobrażał sobie życia bez gór – wspomina himalaista Walenty Fiut.
Rozmowy Poprzednie wydanie
Nawet ksiądz ma ornat łącki, a liturgia jest w gwarze
Grają na listku, chodzą w gurmanie, a w zeleźnioku pędzą bimber, co niejednego cepra praśnie w młako.
Rozmowy wydanie 4.10.2019 – 11.10.2019
Zło nie tylko dobrem trzeba zwyciężać, ale też walką
Kornel Morawiecki w wywiadzie z 2017 roku: Czasem walka o ewangeliczne wartości może skutkować tragedią.