Wywiady

Budka Suflera: nikt tak nie zaśpiewa ani nie zagra jak my

– Przeżyliśmy razem różne sytuacje – wspaniałe, niemiłe. Wiele momentów chętnie wspomnimy w przyszłości – mówi Krzysztof Cugowski, lider zespołu Budka Suflera. O tym, dlaczego zespół kończy działalność, czy warto było rozstać się na pięć lat i jak potoczyła się kariera śpiewających w zespole dziewczyn, opowiadają wraz z nim Tomasz Zelichowski i Romuald Lipko.

Pierwsze pytanie, jakie ciśnie się na usta, to dlaczego kończycie?

Krzysztof Cugowski: Dlatego, że kiedyś to się musiało stać. Myślę, że chyba dobrze, że staje się to w momencie, kiedy jesteśmy w bardzo dobrej formie fizycznej i psychicznej. To chyba jest dobry pomysł. Gramy ponad 40 lat. Tyle minęło w tym roku, w lutym od nagrania pierwszej piosenki, która stała się znana i wprowadziła nas na rynek, ale graliśmy jeszcze cztery lata wcześniej. To jest szmat czasu.

A więc tak jak śpiewa Perfect: „Trzeba wiedzieć, kiedy ze sceny zejść niepokonanym”?


K.C. Jeżeli tak na to patrzeć, to rzeczywiście schodzimy niepokonani.

Długo podejmowaliście tę decyzję?

Tomasz Zelichowski: To przewijało się w zasadzie od paru lat. Na pewno nie jest to dla nas coś, co sprawia, że skaczemy do góry z radości, nie jest czymś wesołym. Rozstania i pożegnania są smutne, ale tak jak Krzysiek mówił, kiedyś takie rzeczy muszą nastąpić. Czy się z nich cieszymy czy nie? W tej chwili trudno powiedzieć. Jeszcze nas parę miesięcy od tego pożegnania dzieli, ale z pewnością będzie się nam o tym mówiło coraz trudniej. Być może za chwilę nie będziemy chcieli w ogóle o tym rozmawiać.
„Nie jest to dla nas nic wesołego”
Jaki jest przepis na to, żeby przez 40 lat wspólnie tworzyć i grać?

K.C. – Przeżyliśmy razem różne sytuacje – wspaniałe, niemiłe. Mamy za sobą wiele momentów, które chętnie wspomnimy w przyszłości.

Można powiedzieć, że jesteście zżyci ze sobą bardziej niż z rodzinami?


K.C. W pewnym sensie tak. My z Romkiem znamy się od siódmego roku życia. Nie będziemy tutaj wymieniać daty, ale minęło już wiele, wiele lat. Znamy się dłużej, niż znamy nasze żony. W pewnym sensie jest więc tak, że czujemy się sobie bliscy.

T.Z. (śmiech) Teraz to poszliśmy w niebezpieczne rejony i do tego bardzo poważne.

Na pewno nie jest to dla nas coś, co sprawia, że skaczemy do góry z radości, nie jest czymś wesołym.

„Znamy się dłużej, niż znamy nasze żony”
Jak wyglądały wasze pierwsze kontakty z muzyką?

Romuald Lipko: Przyjęte normy dzisiaj są takie, że są castingi, najprzeróżniejsze oceny komisyjne. Juror mówi, kto będzie artystą, a kto nie. Ja w to nie wierzę, że można być artystą tylko dlatego że komisji coś się spodobało. Wierzę, że artystą się jest, kiedy człowiek urodzi się z takimi predyspozycjami, ma w sobie sztukę, przestrzeń, talent i wszystko, co potrzebne do zrobienia kariery, która trwałaby tak długo jak nasza. To się potwierdza w moim życiu. Czas to udowodnił i potwierdził mój talent. Szanuję to, że nim zostałem. Osiągnąłem ogólnie bardzo dużo. Jeśli mówimy o artystycznych początkach w ogóle, to najpierw musi być coś dobrego, dzieło, które zrobi na ludziach wrażenie. Nagle się okazuje, że ludzie tego chcą i idzie się tą drogą. K.C. Na początku była zabawa. Myśmy z kolegami rówieśnikami bawili się w granie w domu i to przerodziło się w zawód. Nigdy nie myślałem, że będę to robił przez całe życie. A tak się stało. Nasze początki przypadły na takie lata, że szkoda wspominać. Ze mną to był przypadek, ale zgadzam się z Romkiem, że do tego trzeba mieć predyspozycje, zawodowe i psychiczne. To bardzo trudna profesja. Nie jest tak, że to wszystko po nas spływa, wręcz przeciwnie. Rzadko bywa tak, że otoczenie nam pomaga. Z reguły jest odwrotnie. Dziś jesteśmy w takim momencie, że powiedzieć prawdę jest już nam dużo prościej. Nabraliśmy dystansu, nie zależy nam już na wielu rzeczach, które kiedyś były bardzo ważne i trudne do osiągnięcia. Jako zespół z tak zwanej prowincji musieliśmy mieć skórę trzy razy grubszą niż wykonawcy z innych miejsc. Ta odporność nam pozostała. Dziś nie ma już problemu, gdy nas atakują. Umiemy i umieliśmy dać sobie z tym radę.

Byliście świadkami początków rocka w Polsce. Jakie one były?


K.C. Jestem nie tylko muzykiem, ale i słuchaczem. Od połowy lat 60., poza oczywiście zespołami z przełomu lat 50. i 60., których nie można nazwać rockowymi, miałem przyjemność obejrzeć na żywo całą branżę muzyki big beatowej. Gdy patrzę na polską muzykę rockową z perspektywy jej początków do współczesności, widzę, że jest w niej szereg elementów, których być nie powinno. Ma taki trochę posmak prowincjonalny. Niestety w latach 60. byliśmy odcięci od świata. Słuchało się radia Luxemburg i Trójki, która była najbardziej wolna od indoktrynacji. Do wszystkiego dochodziliśmy podpatrując. Przypominam sobie piosenkę „Satisfaction”. Tam jest motyw gitarowy w przesterze. Nam się wydawało, że to jest saksofon. Nikt nie wiedział, że istnieje urządzenie, dzięki któremu gitara zaczyna tak brzmieć. Do wszystkiego dochodziliśmy krok po kroku, metodą prób i błędów.
„Na początku była zabawa”
Wytwórnie dawały wam wolną rękę, czy bardzo mocno ingerowały w to, co nagrywacie?

T.Z. Można było albo nagrać płytę akceptując układ, albo jej nie nagrać. Nikt nie pytał o takie rzeczy. Już samo to, że usłyszeliśmy, że możecie państwo nagrać płytę, to było coś niebywałego. Usłyszeć piosenkę w radiu, wystąpić w telewizji, to było spełnienie marzeń. Nikt nie pytał o stylistykę, rodzaj akompaniamentu, czy reżysera dźwięku. Po prostu robiło się płytę.

Dlaczego powiedział pan, panie Krzysztofie w jednym z wywiadów, że dla polskiej muzyki lata 70. i 80. to nie był dobry okres?


K.C. Zły okres w muzyce rozrywkowej to lata 90. i obecne. Lata 80. i wcześniejsze, przełom lat 60. i 70. były inne. W mainstreamie była muzyka rockowa. Wykonawcy, którzy tworzyli muzykę rozrywkową, byli wtedy kojarzeni z rock’n’rollem, ale nie mieli z nim nic wspólnego. Próbowali jednak się w ten klimat wbić, żeby ktoś ich zauważył. Dziś jest inaczej. Rock jest trochę na uboczu. Lata 60. i 70 to był najlepszy czas na rozwój muzyki rockowej. Wtedy startowaliśmy. Sukcesy odnosił zespół SBB i Czesław Niemen. To były ekipy, które nadawały polskiej muzyce rockowej charakter. Potem dopiero była muzyka młodej generacji. Lata 70. i 80. – Perfect, Lady Pank, czy Manaam. Wysyp zespołów, z których część jeszcze gra. Lata 80. to były już te doświadczone zespoły, ale nic nowego się nie pojawiło.

Przypominam sobie piosenkę „Satisfaction”. Tam jest motyw gitarowy w przesterze. Nam się wydawało, że to jest saksofon. Nikt nie wiedział, że to jest pudełko, które się naciska i gitara zaczyna tak brzmieć.

„Po prostu robiło się płytę”
Zgodzicie się z opinią, że lata 80. pomogły wam przetrwać wyjazdy do Stanów Zjednoczonych?

K.C. Na pewno. Przełom lat 80. i 90. to był okres transformacji, dla rynku muzycznego bardzo trudny czas. Niewątpliwie często do USA jeździliśmy i dużo tam graliśmy. Te wyjazdy pomogły nam przetrwać okres trudny dla muzyki. Zaczęliśmy też inaczej patrzeć na naszą twórczość. Przykładem jest płyta „Cisza”, która różni się bardzo od poprzednich i pokazuje, że czegoś innego się nałykaliśmy. Ta płyta ma duże znaczenie w naszym dorobku. Gramy kilka piosenek z „Ciszy” na koncertach, bo jest dla nas bardzo ważna.

Budka Suflera kojarzy się zawsze z wokalistą Krzysztofem Cugowskim, ale był taki okres, kiedy go w zespole nie było…


K.C. Nie było mnie i tyle. Oczywiście, źle się stało, że się rozstaliśmy. Może jednak gdyby tej pięcioletniej przerwy nie było, nie dotrwalibyśmy aż do dzisiaj razem. To było bardzo potrzebne, a przy okazji z korzyścią dla polskiej muzyki. Dzięki Romkowi na naszym rynku muzycznym pojawiły się zdolne, śpiewające panie. To na pewno ubarwiło scenę rozrywkową w Polsce.
„Wyjazdy do Stanów pozwoliły nam przetrwać”
Pan panie Tomku tak mówił o tym okresie: „Współpraca z wokalistkami miała konkretny zamysł. Miała pomóc jednej, drugiej dziewczynie na starcie. Jeśli uda ci się stanąć na nogi, dziękujemy za współpracę, dalej musisz radzić sobie sama”

T.Z. Oczywiście to jest prawda. Warto dodać, że to się udało. One stały się gwiazdami, a my byliśmy w ich blasku. Płyta nagrana dla Izy Trojanowskiej odniosła wielki sukces i praktycznie w przeciągu kilku miesięcy sprawiła, że Iza stała się gwiazdą pop kultury. Panie czesały się, chciały wyglądać tak jak ona. Naprawdę to był totalny sukces. Myśmy też z tego skorzystali. Romek napisał muzykę, teksty – Andrzej Mogielnicki. Podobnie było z Urszulą.

Które z waszych piosenek lubicie najbardziej?

K.C. Na pewno „Sen o dolinie”, od którego rozpoczęliśmy naszą przygodę. Ta piosenka nas wypromowała, choć nie była to nasza kompozycja. Inne to „Cień wielkiej góry”, „Cisza jak ta”, Takie tango”.

R.L. Moje wyobrażenie o piosenkach nie pokrywa się z wyobrażeniami publiczności. Chciałbym, żeby to była piosenka „Jest taki samotny dom” – jest wizjonerska, ma humanistyczny przekaz.

T.Z. Nie można nie wymienić „Jolki”. Pieśni, która rozpatrywana w surowo-poważnym tonie, może być krytykowana za to i owo. Mijają lata i kochają ją kolejne pokolenia. Dzięki niej przeżyliśmy wiele wzruszeń. Szczególną piosenką jest „Za ostatni grosz”. Z płyty „Cień wielkiej góry” uwielbiam każdą nutę, bo to płyta wielka, piękna i wspaniała. Każde słowo, każdy dźwięk. Gdy je gramy, mam przed oczami, to, o czym śpiewamy. Nikt tak tego nie zaśpiewa ani nie zagra tak jak my.

Płyta nagrana dla Izy Trojanowskiej odniosła wielki sukces praktycznie w przeciągu kilku miesięcy sprawiła, że Iza stała się gwiazdą pop kultury. Panie czesały się, chciały wyglądać tak jak ona.

„Jolkę” kochają kolejne pokolenia
Zdjęcie główne: Budka Suflera (fot. Facebook.com/BudkaSuflera)
Zobacz więcej
Wywiady wydanie 13.10.2017 – 20.10.2017
„Powinniśmy powiedzieć Merkel: Masz tu rachunek, płać!”
Jonny Daniels, prezes fundacji From the Depths, O SWOIM zaangażowaniu w polsko-żydowski dialog.
Wywiady wydanie 28.07.2017 – 4.08.2017
Definitely women in India are independent
Srinidhi Shetty, Miss Supranational 2016, for tvp.info
Wywiady wydanie 28.07.2017 – 4.08.2017
Małgosia uratowała mi życie. Dzięki niej wyszedłem z nałogu
– Mam polski paszport i jestem z niego bardzo dumny – mówi amerykański gwiazdor Stacey Keach.
Wywiady wydanie 28.07.2017 – 4.08.2017
„Kobiety w Indiach są niezależne. I traktowane z szacunkiem”
Tak twierdzi najpiękniejsza kobieta świata Srinidhi Shetty, czyli Miss Supranational 2016.
Wywiady wydanie 14.07.2017 – 21.07.2017
Eli Zolkos: Gross niszczy przyjaźń między Żydami a Polakami
„Żydzi, którzy angażują się w ruchy LGBT, przyjmują liberalny styl życia, odchodzą od judaizmu”.