Historia

Musztardówka na łańcuchu, sok z cukru i barwnika albo z landrynek – saturator, wielki hit PRL

Poobijane i skopane. Ze szklankami na uwięzi. Często niesprawne. Mimo to do saturatorów ulicznych ustawiały się kolejki, bo woda sodowa sama lub z sokiem cieszyła się wielką popularnością w PRL. Nie zrażał do niej fakt, że szklanki były tylko pobieżnie płukane, przez co napój zasłużył na miano „gruźliczanki”.

Woda sodowa i do tego zimna – to był hit! Zwłaszcza w dobie, kiedy wodę mineralną sprzedawało się wprost z samochodu dostawczego, zanim jeszcze dotarła na sklepowe półki. O zimnych napojach można było wtedy pomarzyć. W PRL woda z saturatora cieszył się bardzo dużym uznaniem. Do wyboru była sama woda za 50 groszy lub z sokiem za złotówkę.

Musztardówka na łańcuchu

Eugeniusz Chojnacki przez wiele lat jako pracownik WSS Społem doglądał saturatorów stacjonarnych. Po jego opieką były dwa – na ul. Targowej przy słynnym barze Oaza oraz przy ul. Wileńskiej 5 w okolicy ówczesnej pętli autobusowej. – Pracy było przy nich sporo. Codziennie trzeba było sprawdzić stan techniczny, umyć, uzupełnić sok i sprawdzić, czy nie został po prostu zdewastowany – wspomina Chojnacki.

Największy problem był oczywiście ze szklankami, które ciągle ginęły. Zostały więc przyczepione do automatu za pomocą łańcucha. – Najlepiej do tego nadawały się szklanki po musztardzie, bo posiadały wręby, które ułatwiały mocowanie – wyjaśnia. Ale i one ginęły lub były zbijane. Pan Eugeniusz wspomina, że czasem szklanka stała 2-3 dni, a niekiedy kilka minut. – Kradli ją po prostu do wódy – opowiada. Problem z tym był tak duży, że jeden z dyrektorów Społem wpadł na pomysł, aby kupić tysiąc szklanek od zakładu produkującego musztardę. – Na jakiś czas starczyło.
I właśnie te szklanki na uwięzi stały się bohaterem wielu żartów i drwin m.in. gości ze świata. Chojnacki pamięta, jak kiedyś zagraniczna ekipa telewizyjna nagrywała saturator stojący na Bazarze Różyckiego. – Zaśmiewali się przy tym do rozpuku, że coś takiego można stworzyć – mówi. Pamięta też automaty radzieckie, które oglądał we Lwowie, do których bardzo grubym łańcuchem przytwierdzone były aluminiowe kubki.

Woda z sokiem za darmo


Automaty wielokrotnie padały ofiarą wandalizmu. – Znajdowałem je poobijane i skopane – wspomina pan Eugeniusz. I właśnie takie traktowanie ujawniło pewien mankament saturatora. Mianowicie – kiedy się go mocno uderzyło z lewej strony w wyniku drgań uruchamiał się mechanizm wewnątrz i można było napić się czystej wody z bąbelkami. Natomiast cios w prawy bok pozwalał napić się za darmo wody z sokiem. – Kiedy to odkryliśmy, musieliśmy zamontować dodatkowe zabezpieczenia wewnątrz, które ukróciły ten proceder – wspomina.

– Potem po uderzeniu automat wyłączał się na kilkanaście sekund, ale po włączeniu wody już nie wydał – wyjaśnia konserwator.
Odremontowany saturator, który można obejrzeć w warszawskim Muzeum PRL (fot. Muzeum PRL)
Napój za żeton

Mimo to pomysłowi Polacy szukali innych sposobów obejścia płatności. Wsuwali do monetnika różnego rodzaju płytki i metalowe podkładki, które zwykle blokowały maszynę. Chojnacki wspomina, że różnego rodzaju służby, jak pocztowcy czy milicja, otrzymywali specjalne żetony, które pozwalały im dzwonić z budek telefonicznych czy właśnie korzystać z saturatorów. – Kiedy opróżniałem automat z pieniędzy zdarzało się, ze aż jedną trzecią stanowiły te żetony – opowiada.
Sok z landrynek

Chojnacki wspomina, że woda gazowana cieszyła się bardzo dużą popularnością. – W sklepach nie było dużego wyboru, a czasem nawet zwykłej Mazowszanki nie można było dostać – mówi. Więc kiedy, jak zwykle około 21, podjeżdżał do saturatora, aby skontrolować jego stan, czekała już na niego kolejka spragnionych z butelkami po mleku.

– Butelki były zbyt duże, aby podstawić je pod dystrybutor wody. Ale po otwarciu maszyny bez kłopotu można było je napełnić – wyjaśnia. W tamtych trudnych czasach reglamentacji nie łatwo było o sok do saturatora. Kiedy zabrakło go na półkach przygotowywano go samodzielnie z cukru i barwnika spożywczego. – A kiedy zabrakło cukru, to w gorącej wodzie rozpuszczało się landrynki – tłumaczy.
Sok z landrynek
Woda z hydrantu

Oprócz saturatorów stacjonarnych WSS Społem dysponowała także saturatorami na wózkach.

Składał się nań dwukołowy wózek na kołach od motoroweru. Urządzenie było wyposażone w parasol. Posiadało 50-litrowy zbiornik na wodę oraz zbiornik na dwutlenek węgla. Aby nasycić nim wodę, sprzedawca kręcił specjalną korbą. Napój schładzał tzw. suchy lód. W niektórych typach wózków wodę czerpano wprost z miejskich hydrantów.

Także w tym przypadku używane były szklanki wielorazowego użytku myte za pomocą specjalnego natrysku. I właśnie przez ten rodzaj czyszczenia ukuto potoczną nazwę napoju „gruźliczanka”. – Uważano powszechnie, że naczynie myte jest wodą, która później trafia do zbiornika i z powrotem do szklanki. Ale to nie prawda – wyjaśnia pan Eugeniusz. Były dwa niezależne zbiorniki. Ale faktem jest, że kiedy woda się skończyła, trzeba było pojechać w jakieś podwórko i ją uzupełnić . Dlatego niektórzy sprzedawcy mogli ją oszczędzać.

Saturator do lamusa

Saturatory ostatecznie zniknęły z polskich ulic w latach 90. Wcześniej plastikowe kubeczki wyparły szklanki wielorazowego użytku. Swój saturator Eugeniusz Chojnacki przekazał warszawskiego Muzeum PRL. Zanim to nastąpiło, właściciel myślał, aby go uruchomić, ale przez lata zagubiło się wiele części, a dorobienie ich stało się zbyt skomplikowane i nieopłacalne.
Zdjęcie główne: Saturatory królowały latem na ulicach (fot. NAC/Grażyna Rutkowska/Wikipedia/PAP/CAF/Marian Sokołowski)
Zobacz więcej
Historia Najnowsze wydanie
SLD-PSL: koalicja z wrogiem
Postkomuniści i ludowcy po 1989 roku już razem tworzyli wspólne rządy. Ale nie było to współpraca łatwa.
Historia Najnowsze wydanie
Pół wieku na Woronicza. Kultowe miejsca, pamiętne programy
Jedna z pierwszych telewizyjnych emisji zakończyła się podtruciem artystów i ekipy. Dlaczego? Bo studia szykowane w pośpiechu na 25-lecie PRL miały podłogi z klejem nie przystosowanym do wysokiej temperatury lamp.
Historia Najnowsze wydanie
Telewizyjna kronika agonii
Trudno w najnowszej historii znaleźć przykład konfliktu lepiej udokumentowanego audiowizualnie niż rozpad Jugosławii.
Historia Najnowsze wydanie
Granice II RP podpaliły mniejszości narodowe. Dwie V kolumny
W przeciwieństwie do zachodnich rejonów kraju, na wschodzie trudniej mówić o wyszkolonych karnych oddziałach dywersantów.
Historia Poprzednie wydanie
Tomasz Kot w roli „Władcy piorunów”. Kim był Nikola Tesla?
Syn popa i popadii, wynalazca prądu zmiennego. Bez niego nie byłoby kart zbliżeniowych, bezprzewodowych ładowarek i dronów.