Historia

Przemyt „na małpę” lub kilka par jeansów w podręcznym bagażu. Prywatny handel zagraniczny w PRL

Skóry z lisów ukryte w puszkach z szynką, farba drukarska schowana w fasolce po bretońsku lub kilka par damskich majtek pod męskimi spodniami. W PRL przez polskie granice przewijał się barwny korowód ludzi, którzy stali się specjalistami od marketingu europejskiego, mieli wielki wpływ na rozwój i polityczną przyszłość kraju.

W PRL Polacy wywozili niemal wszystko, co można było wystać w krajowych kolejkach. A wiec sprzęt turystyczny i AGD, skóry z lisów czy kryształy i kremy Nivea. Przywozili waluty i to czego u nas brakowało – kosmetyki, odzież czy słodycze.

W latach 80. na polskich przejściach granicznych wrzało. Wyładowane po dach maluchy ciągnęły na południe. Na warszawskim Okęciu odprawiało się 6 tys. pasażerów dziennie. Tylko tutaj w ciągu dwóch wakacyjnych miesięcy celnicy przechwycili 1,5 kilograma złota i 36 tysięcy dolarów. Tak właśnie tępiono prywatną inicjatywę.

100 proc. rewizji

Krzysztof Engwert, celnik, który w czasach PRL pracował na warszawskim lotnisku pamięta szczególną atmosferę, jaka panowała w tym oknie na świat. Ale było to także miejsce nękania obywateli. – Każdy kto wjeżdżał lub wyjeżdżał z kraju musiał poddać się szczegółowej kontroli. Dosłownie każdą torbę i walizkę otwieraliśmy – wspomina funkcjonariusz. Zdarzało się, że ostatni pasażerowie z samolotu wracającego np. z Turcji, który wylądował o godzinie 22 port lotniczy opuszczali o 4 nad ranem. Celnicy szukali niemal wszystkiego: zbyt nowej bielizny, podejrzanie dużej liczby ubrań czy kosmetyków i oczywiście treści antypaństwowych.
Obywatele przedsiębiorczy

Na co dzień przez warszawski terminal przewijał się barwny korowód ludzi. Wielkiego kolorytu dodawali górale, którzy w latach 80. mieli zwyczaj wyjeżdżać za ocean w strojach ludowych. W walizach zabierali puchowe kołdry, grzyby suszone czy ogórki kiszone i własnej roboty kiełbasę. – Władza także w tym widziała dużo złego – wspomina Engwert.

Jednak największą liczbę podróżujących stanowili tzw. obywatele przedsiębiorczy. Każdy kierunek był dobry – bratnie demoludy czy Turcja albo Grecja. W tamtych czasach każdy podróżujący mógł wywieźć po jednym aparacie fotograficznym, lornetce, czy mikserze. A to był chodliwy towar u naszych sąsiadów.

Popularne stało się przemycanie „na małpę”. Kupowało się koledze bilet np. do Brna czy Wiednia. Dostawał aparat fotograficzny, lornetkę, mikser, jeansy, kilka kremów Nivea i miał to tylko przewieźć przez granicę. Podobny zestaw miał oczywiście organizator przerzutu.

Wakacje za 10 dolarów

– W pewnym sensie sama władza zmuszała ludzi do łączenia turystyki z handlem – uważa Engwert. Każdy podróżny, który nie posiadał konta bankowego dewizowego, czyli w praktyce niemal każdy, mógł zabrać ze sobą na wakacyjny wyjazd zaledwie 10 dolarów przydziałowej gotówki. Władza uważała, że skoro turysta jeszcze w Polsce wykupił pobyt na kempingu i wyżywienie nic więcej już nie będzie mu potrzebne do życia.

– Z czasem przerodziło się to w interes, a Polacy stali się specjalistami od marketingu europejskiego. Zawsze podziwiałem witalność i pomysłowość. Nie wiem, jak Polska wyglądałaby w tamtych czasach, gdyby nie ci mali przemytnicy – mówi Krzysztof Engwert.
Prywatny handel zagraniczny przysparzał o palpitacje
16 główek kapusty z Kanady

I tak do Rumunii jechał lek na różnego rodzaju stany zapalne – Biseptol, plastikowe okulary, kremy Nivea i różnego rodzaju sprzęt AGD. Do Turcji, Grecji i Włoch jechały skóry z lisów. W drodze powrotnej podróżni przywozili najróżniejsze przedmioty: z NRD np. szpilki z kolorowymi główkami. z Turcji jeansy i skórzane kurtki, a z Grecji futra. Z Rosji wyroby ze złota. Z USA i Emiratów Arabskich jechał sprzęt elektroniczny.

Pewnego razu Engwert w walizce z Kanady odkrył 16 główek kapusty. – To był stan wojenny. Blokada informacyjna w mediach. Ludzie za granicami wiedzieli, że tutaj jest ciężko, ale nie wiedzieli jak bardzo, więc wieźli podstawowe produkty – wyjaśnia.

Oczywiście Polacy wyspecjalizowali się też w ukrywaniu kontrabandy. Potrafili założyć na siebie kilka par spodni, majtek czy koszulek. Lub do puszek z szynką zapakować skóry z lisów. Idealne przygotowanie tego materiału wskazywało, że ktoś miał chody u producenta tych wędlin. Celnicy pamiętają postawnego, przystojnego mężczyznę, który uparcie nie chciał poddać się kontroli osobistej. W końcu okazało się, że pod koszulą miał kilka bawełnianych bluzek, a pod spodniami kilka par damskich majtek z koronkowymi różyczkami.

Wielu Polaków zajmowało się tym fachem „zawodowo”, ale część robiła to „prywatnie" na niewielką skalę. Przedsiębiorczy rodacy każdy zagraniczny wyjazd wykorzystywali, aby zarobić parę groszy. – To była prawdziwa szkoła przedsiębiorczości. Społeczeństwo tętniło chęcią zmiany swojego losu – mówi Krzysztof Englert.
10 tysięcy obrazków świętych

Odrębny problem dla służb stanowił przerzut materiałów wrogich wobec władzy ludowej. W czasach stanu wojennego były nimi nawet obrazki święte. Zdarzyło się, że pewien młody ksiądz wracający z Rzymu miał w swojej walizce 10 tysięcy takich obrazków. Funkcjonariusz, który natknął się na nie musiał szybko podjąć decyzję i ocenić ryzyko. Duchowny przyłapany z taką kontrabandą natychmiast trafiał w ręce służb.

W takich sytuacjach dobrym doradcą bywało sumienie. Jednak funkcjonariusze musieli także liczyć się z konsekwencjami. Nad ich pracą czuwali ubecy. Byli w ich szeregach. – Nie mieliśmy odwagi patrzeć, jak kontrolę przeprowadza kolega obok – wspomina Engwert. – Często ryzykując wiele, z potrzeby serca, z litości lub odwagi nie zauważano pewnych towarów. Dzięki takim postawom do kraju wjeżdżało wiele materiałów opozycyjnych – mówi celnik.

„Bibuła”w podwójnej podłodze auta

27 marca 1986 roku peerelowskie służby przechwyciły na granicy w Świnoujściu nielegalną literaturę, powielacze i ryzy papieru. „Wywrotowe” materiały ukryto w podwójnych ścianach i podłodze turystycznego busa, którym podróżowało trzech Niemców. Peerelowskim służbom nieczęsto trafiał się taki kąsek. Każdy tego rodzaju przypadek skrupulatnie nagłaśniano w Dzienniku Telewizyjnym. Pomysłowość działaczy podziemia szybko zyskała sławę.

Balony z ulotkami

Wyjątkową kreatywnością wsławił się Piotr Jegliński, jeden z twórców drugiego obiegu wydawniczego w Polsce. W latach 70. wyemigrował do Francji, gdzie stworzył wydawnictwo Editions Spotkania. Tam drukowano ulotki, pisma i książki opozycyjne, które później były przerzucane do Polski.

Jegliński był mistrzem w wymyślaniu sposobów na przewóz materiałów do kraju. Jedną z bardziej brawurowych akcji zorganizował tuż po wprowadzeniu w Polsce stanu wojennego. Z wyspy Bornholm wysłał 10 tys. balonów do których przyczepione były paczuszki z ulotkami. Zawierały instruktaż, jak zachowywać się podczas przesłuchań i jak drukować i rozprowadzać komunikaty.
Podziemna literatura dryfująca po Bałtyku

W sierpniu 1985 r. Jegliński podpłynął jachtem do wód terytorialnych PRL na wysokości Kołobrzegu. Do wody wyrzucił kilka tysięcy paczek z podziemną literaturą. Nie trudno sobie wyobrazić zamieszanie, jakie wywołał na zatłoczonej plaży, na którą fale wyrzucały „bibułę”. Władze chcąc opanować sytuację musiały w akcję włączyć marynarkę wojenną.

W rozmowie z portalem tvp.info Jegliński wspomina współpracę z francuskimi przedsiębiorcami. W jej wyniku do Polski trafiały konserwy z etykietami kiełbasek z kapustą, które w rzeczywistości zawierały ulotki. W konserwach z groszkiem przesyłano elementy powielaczy. Farba drukarska trafiała do puszek z fasolką po bretońsku. Podczas przygotowania takiego transportu bardzo dbano o szczegóły. Pilnowano wagi oraz tego, aby podczas potrząsania zawartość chlupotała.
„Treści antypaństwowe” w puszkach z żywnością
Zdjęcie główne: Pomysłowość przedsiębiorczych Polaków, którzy szmuglowali towary nie miała granic
Zobacz więcej
Historia Najnowsze wydanie
Bohater tak wyjątkowy, aż niemożliwy. Więc ogłoszono, że sypał
Najnowsza historia jest w Polsce bieżącą polityką.
Historia Najnowsze wydanie
„Pamiątki” po Hitlerze. Kłopot czy biznes?
Aligator Führera zdechł rok temu w moskiewskim zoo mając 84 lata. Wypchano go i umieszczono w Muzeum im. Darwina.
Historia Najnowsze wydanie
KGB na tropie Jana Pawła II
Sowieckie służby szybko zrozumiały, jakie zagrożenie dla systemu komunistycznego może stanowić pontyfikat papieża Polaka.
Historia Najnowsze wydanie
Stanął przeciw Piłsudskiemu i nie zamierzał się patyczkować
Gen. Rozwadowski rozkazał „użyć bomb i karabinów maszynowych celem całkowitego rozproszenia nieprzyjacielskich oddziałów”
Historia Najnowsze wydanie
Idę po swoją kulę w brzuch
Słychać było pojedyncze wystrzały z AKS-74: to nasi dobijali rannych duszmanów. Duszmani też nie brali komandosów do niewoli.