Historia

„Dzisiaj uczniem, jutro Gagarinem”. Początek roku szkolnego w PRL

Mundurki albo nylonowe fartuszki, tarcze, książki i zeszyty obłożone w kartki z kalendarza oraz obowiązkowe lekcje języka bratniego narodu. Wszystko po to, „aby Polska rosła w siłę”. 1 września w PRL.

Piosenki, plakaty z gołąbkami pokoju, przemówienia dyrekcji, ważni goście z centrali w osobie pierwszych sekretarzy lub inni działacze. Jak każda szkolna uroczystość, także inauguracja roku była dobrą okazją do odrobiny indoktrynacji. Tak, aby wszyscy dobrze zapamiętali, „komu zawdzięczamy to, że możemy obchodzić naszą uroczystość w Ludowej Ojczyźnie” oraz by podkreślić znaczenie edukacji dla „budowy nowej, lepszej przyszłości”. Potem hymn szkoły, kwiatki dla gości i plan lekcji na najbliższy semestr.

Jednak nie tylko takie sprawy spędzały sen z powiek uczniów. Danuta Holecka, prowadząca w TVP1 główne wydanie „Wiadomości” wspomina stres związany z decyzją dotyczącą wyboru koleżanki, z którą usiądzie w ławce. – Musiałam się dobrze zastanowić, bo to była decyzja na cały rok szkolny. Zamiany nie wchodziły w grę – opowiada. Z dziennikarką chciały usiąść aż dwie koleżanki. – Żadnej nie chciałam urazić – wspomina. Wpadła jednak na salomonowy pomysł i w jednym roku usiadła z Tereską a w kolejnym z Beatką.
Nylonowe fartuszki, tarcze szkolne i zeszyty obłożone w kolorowe papiery. Tak witano szkołę w PRL
Obowiązkowe mundurki nylonowe

W socjalistycznej szkole dzieci nie mogły zbytnio się wyróżniać. A więc wszystkie nosiły fartuszki szkolne. Wykonane z granatowego, sztucznego materiału, z czasem niemal dla każdego stawały się przedmiotem nienawiści. Właśnie elementy garderoby zapadły w pamięć prezenterce Beacie Chmielowskiej-Olech, która w latach 80. chodziła do podstawówki. – Nienawidziłam fartucha z obrzydliwego, śliskiego materiału i pepegów – specjalnych butów na gumowej podeszwie, w których wszyscy musieliśmy wtedy chodzić po szkole – wspomina dziennikarka.

Za to marzyła o ludziku z plasteliny, bohaterze „Plastusiwego pamiętnika”, który mieszkał w piórniku. – Wyobraźnia już we wczesnym dzieciństwie przychodziła mi w sukurs i chyba nawet miałam Plastusia, był jednak problem z piórnikiem, bo te dostępne w sklepach były bardzo skromne, no i wszystkie bardzo do siebie podobne – wspomina Chmielowska-Olech. Z pomocą przyszedł wujek japonista, który z racji częstych podróży mógł jej sprezentować kolorowy gadżet.

Danuta Holecka, która miała wówczas włosy do pasa, miała inne zmartwienie. – Mama uznała, że najlepszą fryzurą dla mnie będą dwa warkocze – wyjaśnia dziennikarka, która miała nieco inne zdanie na ten temat. Negocjacje niewiele dały. Dopiero w starszych klasach mogła trochę zaszaleć. – W rozpuszczonych włosach pojawiłam się na zakończeniu ósmych klas – wspomina Holecka.

Niestety, w PRL niełatwo było się wyróżnić. – Teoretycznie elementem, którym mógłby wyróżniać się uczeń, był jego ekwipunek, ale z tym też nie było najlepiej. Większość przyborów szkolnych wychodziła spod tej samej matrycy. I tak wszyscy mieli podobne plecaki, kredki, zeszyty czy buty – wspominają ówcześni uczniowie. Chyba, że ktoś był szczęściarzem i miał rodzinę za granicą, która wspierała paczkami wypełnionymi podstawowymi artykułami szkolnymi. Najczęściej jednak dzieci posiadały identyczne nawet stroje na gimnastykę.
Obowiązkowe mundurki nylonowe
„Wielki październik nam to dał”

Szarą rzeczywistość dzieci próbowały ubarwić na różne sposoby. Jednym z nich były kolorowe szlaczki, którymi podkreślało się tematy czy inne ważne informacje zapisane w zeszytach podczas lekcji. – Kiedy oglądam swoje stare zeszyty, widać, że szlaczki rzeczywiście były ważnym elementem estetycznym – wspomina Beata Chmielowska–Olech, która ukończyła warszawską szkołę podstawową nr 122, wówczas im. Hanki Sawickiej, komunistycznej działaczki.

W PRL obowiązkowo uczono języka bratniego narodu. Na rocznicę rewolucji październikowej organizowano uroczyste apele. 1 maja obowiązkowo trzeba było pójść w pochodzie pierwszomajowym. Przy każdej okazji wsączano w uczniów propagandowe hasła i idee. Dzieci z lat stalinowskich wspominają wierszyki ku czci rewolucji październikowej: „Wielki październik nam to dał, to rewolucja dała, żeś w jasnej izbie, Jaśku, wstał, a izba w słońcu cała”.
„Wielki październik nam to dał”
Wyprawka szkolna

W czasach PRL, aby skompletować wyprawkę szkolną, trzeba było wykazać się nie lada umiejętnościami. W sklepach brakowało wszystkiego, więc wyposażenia ucznia w niezbędne rzeczy było trudną sprawą. Przezorni rodzice mogli zabrać się do tego jeszcze przed wakacjami, ale dopiero na progu nowego roku szkolnego można było liczyć na specjalne dostawy do sklepów. Już samo kupowanie zeszytów wymagało czasu i rozeznania, w którym sklepie, którego dnia rzucą zeszyty w linię, a gdzie w kratkę.

Odrębny problem był z podręcznikami. Talony na nowe książki dostawali tylko najlepsi, a reszta musiała sobie jakoś „załatwić” komplet. Więc odkupowano od kolegów z wyższych klas. Zdarzało się, że niepotrzebne już książki oddawano do szkoły i potem rozdzielano kolejnym potrzebującym uczniom. Zwykle książki nosiły ślady wieloletniego użytkowania, zdarzało się, że brakowało kartek lub okładek.
Wyprawka szkolna - karkołomne zadanie
Szkolna Kasa Oszczędności

Szkoła w tamtych czasach miała oferować coś więcej niż tylko edukację. Nad kondycją uczniów czuwała pani higienistka, do obowiązków której należało pilnowanie terminu obowiązkowych szczepień czy fluoryzacja. Jak ktoś nie miał szczotki, zęby czyścił palcem owiniętym w ligninę. Mleczaki, i nie tylko, wyrywała szkolna dentystka.

Co jakiś czas wprowadzano akcje mleczną. Pieniądze można było oszczędzać w SKO - Szkolnej Kasie Oszczędności, a dodatkowe punkty zdobyć porządkując podwórko szkolne w czynie społecznym. Wszyscy uczniowie musieli nosić tarcze z nazwą szkoły. Pilnowała tego woźna stojąca przy szkolnych drzwiach. W sytuacjach ekstremalnych, kiedy niesubordynacja manifestowana brakiem plakietki powtarzała się, można było nawet nie zostać wpuszczonym do szkoły.
Będą ołówki, ale o dresach producenci zapomnieli
Zdjęcie główne: Tak witano szkołę w PRL (fot. NAC/Rutowska Grażyna)
Zobacz więcej
Historia Najnowsze wydanie
Czy nadchodzi wojna światowa? Pamiętajmy o historii
Entuzjaści geopolityki znów snują apokaliptyczne scenariusze.
Historia Najnowsze wydanie
W Wannsee zamiast „zagłada Żydów” mówiono „ewakuacja”
Większość z tych nazistów po wojnie żyła spokojnie w RFN jako adwokaci, biznesmeni, aż do naturalnej śmierci.
Historia Najnowsze wydanie
Szkoły nie tylko dla szlachty, opera nie tylko dla króla
Współczesna historiografia dowartościowuje znaczenie i jakość jezuickiego kształcenia.
Historia Poprzednie wydanie
Synku, gdzie jesteś?
Szukali go 45 lat. Był zaledwie kilka kilometrów od rodzinnego domu...
Historia Poprzednie wydanie
Sto tysięcy procent przesady
Mickiewicz jest „brudny, karczemny” – pisał Koźmian. Ich spór to przestroga przed zacietrzewieniem.