Po godzinach

„Co widać. Polska sztuka dzisiaj”. Ejakulacja i „suchy pion”

Wystawa „Co widać. Polska sztuka dzisiaj” w MSN została pomyślana jako obszerny – około 90 nazwisk – przegląd współczesnej twórczości nad Wisłą. Polską sztukę cechuje zróżnicowanie – przekonują autorzy warszawskiego pokazu. Brak w niej dominujących trendów – zarówno wśród tematów, jak i artystycznych strategii, technik czy mediów. Znajdziemy tu i animację komputerową, i rękodzieło. Dlatego rozrzucone na pierwszym piętrze „Emilki” obiekty tworzą otwarte zbiory, zgrupowane pod względem relacji do akademizmu i awangard, zainteresowań percepcją czy przedmiotem, zorientowania społecznego.

Sugerowane rozwinięcie tytułu wystawy to rzecz jasna trywializacja zawartego w niej hasła i instrumentalne potraktowanie kilku spośród pokazywanych prac. Ale też propozycja wytyczenia jednej z wielu możliwych tras zwiedzania – tropem filmów.
„Co widać. Polska sztuka dzisiaj”, przewodnik interaktywny
Dlaczego ejakulacja?

Krótki materiał stanowi fragment Magic Hour – kilkunastominutowego filmu Wojciecha Pusia. Uzbrojony w kilka kamer autor wyruszył w plener na poszukiwanie chwili łączenia się dnia z nocą, uznawanej w świecie kina za szczególną ze względu na wyjątkowe światło. Klamrą spinającą utwór są ujęcia bohatera. Młody mężczyzna wynurza się i zanurza w jeziorze. Widzimy go jeszcze w blasku słońca na łące i jak zagłębia się w cień drzew. Jesteśmy też świadkami „jego” subiektywnego spojrzenia w przestrzeń nieba z jakiegoś wysoko umieszczonego punktu. Pomiędzy te sceny wmontowany został obraz kropli szybujących na niebieskim tle. Część ujęć – w tym wszystkie rejestrujące płynny stan natury, zostały utrwalone superszybką kamerą, co podczas odtwarzania dało efekt zwolnionego tempa i szczególnej ostrości obrazu.

Krótka historia inicjacji na łonie przyrody, pełna niedomówień i udźwiękowiona podniosłą muzyką z offu, ma charakter ironiczny, zwłaszcza, gdy ogniskując uwagę na materii, zmienia się w przyrodniczy dokument. Zabawa środkami, jakimi dysponuje kino, w scenach zanurzania i wynurzania ciała z wody staje się też dialogiem z klasykami sztuk wizualnych – Billem Violą, autorem studyjnych, symbolicznych „wodnych portretów” i „naturalistycznym” Józefem Robakowskim, twórcą wideo „Manifest energetyczny!”. Wojciech Puś chciałby nakręcić dokument o swoim mistrzu, jak nazywa Robakowskiego, koncentrując się na „bioenergetycznych” źródłach jego sztuki. Prace Violi ostatnio kilkakrotnie pokazywano w Zachęcie. Niedawno, jedną z najlepszych, wideo „Przemienienie” – na wystawie „In God We Trust”.
Wojciech Bąkowski, Suchy pion, 2013 wideo, 12:09 min. dzięki uprzejmości artysty i Galerii Stereo
Suchy pion, nie do długiego pokazywania

Film Suchy pion Wojciecha Bąkowskiego, można uznać za antytezę Magicznej godziny. Na ekranie oglądamy filmowe kolaże, czarno-białe albo nieznacznie podkolorowane geometryczne konstrukcje utworzone komputerowo, częściowo z nagrań wykonanych analogową kamerą. Poszczególne elementy kompozycji – zapis ruchu, światła – zdają sie drgać, pulsować. Inne pozostają nieruchome. Niektóre z nich, obrazy przestrzeni, robią wrażenie transparentnych, inne wyglądają jak mniej lub bardziej gęsta materia. Jak zrozumieć to, na co patrzymy pomaga autor. Jego głos, wraz z trudnymi do identyfikacji dźwiękami, towarzyszy obrazowi. Poetyckość tekstu dobrze skrywają potoczne zwroty i humor – autor wkręca nas w codzienność i lęki wycofanego podmiotu.

„Już myślałem, że to w ogóle koniec. Wszystkiego. Po odcięciu głównej rury, tak to wygląda” – słyszymy, patrząc na podłużny kształt przypominający elektryczny przewód nadcięty w dwóch miejscach i widoczne po obu stronach wypełniające go druty. „Tak to się zachowuje. Te cienkie, takie jakby kable, to są piosenki. (…) jak ukrwienie. (…) Tak sobie wyobrażałem rozchodzenie się piosenki w człowieku, w długim czasie”. Pojawieniu się tytułowego suchego pionu – grupy graniastosłupów – towarzyszy dźwięk przypominający szum. „Tu spuszczam. Wszystko. Do końca”. Za chwilę narrator wyznaje: „Się okazuje, zresztą to nie jest żadna niespodzianka, że to w ogóle nie pomaga. Nawet gorzej, na różne bóle i że nie mogę tego pokazywać za długo”. Na koniec znów relacjonuje, przy nieco innych szumach: „Napuszczam, napuszczam. (...). Robię nowy świat, ze strachu. To mogło być inaczej pokazane, ale jest akurat tak”.

Na ubiegłorocznej wystawie „British British Polish Polish” w Zamku Ujazdowskim w Warszawie można było oglądać inne filmy Wojciecha Bąkowskiego, wśród nich „Pogorszenie widzenia” pokazywane w sekcji Forum Expanded tegorocznego festiwalu w Berlinie. Praca należy do kolekcji MSN. Jest dostępna na stronie internetowej muzeum.

Między Magic hour a Schym pionem diametralnie różnymi formalnie, technicznie i treściowo filmami mieszczą się pozostałe prezentowane na wystawie – od łączącego technikę animacji i fotografii obrazu Mateusza Sadowskiego (Rezonans) czy eksperymentów z obrazem cyfrowym choćby Normana Leto (Photon), poprzez dokumenty lub metadokumenty jak O wyjściu w Polskę Honoraty Martin, po Nollywood Ashes and Diamonds– „konceptualny” projekt Janka Simona. Przegląd filmów prezentuje się na wystawie niezwykle ciekawie. Warto wspomnieć chociaż o kilku z nich.
Janek Simon, Nollywood Ashes and Diamonds, 2014 wideo, 12:43 min. dzięki uprzejmości artysty
„Nollywood Ashes and Diamonds”, czyli zasypywanie postkolonialnej wyrwy

Janek Simon postanowił odświeżyć w Nigerii spojrzenie na polską historię. Wziął ze sobą kopię filmu Andrzeja Wajdy, bo Popiół i diament dotyka, jego zdaniem, jednego z jej ognisk zapalnych – kontrowersji związanych z komunizmem. Na przekór perspektywie postkolonialnej artysta postanowił naświetlić problem z perspektywy innej, egzotycznej kultury. Reprezentant półperyferii – „gorszej” Europy pojechał do tak zwanego trzeciego świata po to, żeby popatrzeć na własne problemy poprzez doświadczenia jego mieszkańców. Film Nollywood Ashes and Diamonds to zapis rozmów ze współtwórcami afrykańskiej fabryki snów, zmontowany z fragmentami Popiołu i diamentu i współczesnej nigeryjskiej produkcji o – jak się zdaje – zamachu terrorystycznym z romansem w tle. Podczas rozmów dotyczących „sprzedaży” polskiego scenariusza twórcy afrykańskich filmów opowiadają o swoim sukcesie i jego kulisach.

Ogrom powodzenia – 60 premier tygodniowo – spadł nieoczekiwanie – przyznają, produkcji spróbowano tylko dlatego, że nie chodziły już mecze i musicale. Popularność filmów autorzy tłumaczą osadzeniem akcji w afrykańskich realiach, uwzględnianiem w scenariuszach miejscowych zwyczajów, trafionym językiem przekazu i interesującą fabułą. „W każdym naszym filmie są i bogaci, i biedni, jest i dobry, i zły policjant, dobry i zły pastor” – wyliczają mocne punkty scenariusza. „Ważny jest przekaz, komunikacja z widzem, a nie oświetlenie” – przekonują. Ale kiedy Simon przechodzi do konkretów i pyta o wydarzenie porównywalne z sytuacją z powieści Andrzejewskiego, okazuje się, że komunikacja z widzem i gra realiami ma wyraźnie wytyczone granice. Pada mianowicie słowo Biafra – nazwa wschodniego regionu kraju i zarazem krwawej secesyjnej wojny z lat 60. A zaraz potem deklaracja, że tego tematu ruszać nie wolno. „Nam nie chodzi o budzenie świadomości narodowej, tego nie przepuściłaby cenzura” – mówi jeden z rozmówców Simona. Nie zezwoliła już np. na produkcję filmu o zamachu na prezydenta. Takiego przekazu mogliby też nie wytrzymać skrzywdzeni ludzie. „Wciąż nie mogą się pogodzić z tym, co im uczyniono i mogą zacząć zabijać” – tłumaczy.

Na sceny przedstawiające dyskusje w biurze nakładają się czarno-białe sekwencje z krwawiącym Maćkiem Chełmickim omotanym w prześcieradła i nollywoodzka wersja zamachu w banku, może na poczcie. Zabieg obliczony prawdopodobnie na to, żeby można było sobie wyobrazić, jak mógłby wyglądać afrykański remake klasyka polskiej kinematografii. Pomóc w tym ma również kolorowy plakat przygotowany z wyprzedzeniem przez Simona.
Wysocki & Jałowiński, Run Free, 2013 wideo, 14:44 min. dzięki uprzejmości artystów
„Pokazaliśmy im, że można kopać policyjną tarczę bez agresji”

Ze zderzenia historia–współczesność i spotkania dwóch obcych sobie grup społecznych strategię uczynili także Piotr Wysocki i Dominik Jałowiński. Ich film Run Free nawiązuje do tłumienia robotniczych protestów w Radomiu, w 1976 roku. Dokument odbiega jednak od popularnych historycznych rekonstrukcji. Autorzy idą tropem podejmowanych od lat działań artystycznych, próbujących nie tyle odtworzyć jeden do jednego dawne wydarzenia, co naprawić spowodowane przez nie zniszczenia, traumy. W przypadku zdarzeń nieodległych bywa, że dawni przeciwnicy proszeni są w tego typu działaniach o zamianę ról. Piotr Wysocki i Dominik Jałowiński do udziału w filmie zaprosili osoby niezwiązane bezpośrednio z dramatycznymi wydarzeniami sprzed lat – chłopców z jednego z radomskich osiedli i policjantów z jednostki prewencyjnej miasta. Obie grupy stanowią wobec stron konfliktu sprzed 40 lat zaledwie pokoleniową zmianę warty, a konflikt polityczny został zastąpiony społecznym. Bezpośrednim odwołaniem do roku 1976 jest miejsce akcji filmu.

Hiphopowcy trenują na stadionie „Radomiaka”, gdzie organizowano partyjne wiece potępiające robotników Czerwca. Uprawiają freerun – akrobatyczną wersję parkoura, czyli metody pokonywania przeszkód w mieście. Najczęściej stosują ją podczas ucieczki przed policją. Opowiadają o sąsiadkach, które donoszą na nich na policję, o tym, jak brutalni są policjanci, gdy dopadną ofiarę bez świadków. Atmosferę filmu od początku podgrzewają rapowane teksty o ziomkach nie raz na przekręcie i przestrogi, żeby „nie nabawić się więzienia”. Wysocki i Jałowiński namówili chłopców, żeby razem z funkcjonariuszami poszukali nowych choreograficznych rozwiązań na bazie układów taktycznych formowanych podczas akcji pacyfikacyjnych. Na miejsce warsztatów wybrali halę „Łucznika”, jednej ze zbuntowanych niegdyś fabryk.

W pustym wnętrzu funkcjonariusze w pełnym rynsztunku sprawdzają wytrzymałość tarcz, zajmują pozycje, tworzą szyki. Wtedy, pojedynczo biorą rozbieg osiedlowi „chuligani”, lokalni „kibole”. Odbijają się od żywej konstrukcji, żeby zrobić w powietrzu piruet. To kluczowy punkt filmu i jednocześnie zaskakująca kulminacja w jego warstwie dźwiękowej, sugestywna przerwa w rapowanej opowieści. Zastępuje ją najpierw łoskot sprzętu, dudnienie butów, a potem bezgłośny sprint chłopaków. Niby patrzymy na znaną asymetrię – system, technika przeciw bezbronnej brawurze śmiałków. A jednak w tym przypadku relacja przypominająca konfrontację została oparta na zaufaniu. Zapewne ograniczonym, ale widać, że doszło do jakichś przesunięć. Satysfakcja chłopaków i podziw policjantów są nieudawane.

Piotr Wysocki w wywiadzie udzielonym Magdalenie Mazik podkreśla wagę rozmów prowadzonych poza kadrem: „Pierwszy raz chłopaki bez żadnych ograniczeń mogli mówić, co tak naprawdę myślą o policji i co im przeszkadza w uprawianiu ich sportu. Toczyły się naprawdę ostre rozmowy”. Ale zauważa też to, co wprawia w zdumienie widza: „Pokazaliśmy im, że można kopać tarczę policyjną i skakać po niej bez agresji”.
Wojciech Doroszuk, Festin, 2013 wideo, 7:14 min. dzięki uprzejmości artysty
Uczta Babette dla mieszkańców Palucha

Będąc w „Emilce”, koniecznie trzeba odwiedzić chtoniczno-wanitatywny fragment wystawy w podziemnej części pawilonu. Wśród kilku prezentowanych tam prac, w tym filmów, znajdziemy zapis nietypowej uczty. Pierwsze ujęcia pokazują zastawiony stół, stylizowany na XVII-wieczną holenderską martwą naturę. Cyfrowa kamera rejestruje typową dla późnych przedstawień tego gatunku obfitość jadła i zastawy. W całkowitej ciszy oko przesuwa się powoli po pstrokatych jarzynach i owocach, wyławia bardziej wyrafinowane przekąski – słodycze, owoce morza, ryby, wędliny, ale też koguci pazur i futro niesprawionego zająca. Z czasem w scenerii malarskiego tematu przedstawiającego „zatrzymane życie” (ciche, spokojne – still life) zaczyna rozwijać się filmowy scenariusz.

Na krawędzi łodygi balansuje jak najbardziej żywy konik polny, po owocowym miąższu sunie gąsienica. Wreszcie, przy krawędzi stołu, kamera napotyka węszący psi pysk. Historia zaczyna wciągać na całego. Razem z bohaterem zastanawiamy się, co wybrać. Pies wyciąga szyję do kilku produktów, wspina się przednimi łapami na blat, zahaczając delikatnie o ozdobny talerz. Idealny aktor, całkowicie nieświadomy obecności kamery, jak w transie sięga nosem coraz odleglejszych kiełbas. I tu mamy pierwszy zwrot akcji – w pewnej chwili cofa łapy i chwyta w zęby leżącą z brzegu wędzoną rybę. Wtedy okazuje się, że nie jest sam. Stół obwąchuje kilka psich pysków. W punkcie kulminacyjnym filmowej opowieści dokonuje się przewrót, rewolucja w historii malarskiego, a może i psiego gatunku. Kamera obejmuje większy plan, żeby pokazać, jak na stół wskakuje średni, krótkowłosy kundelek. I na własną rękę, z gracją szuka ulubionego dania.

W dawnym malarstwie psie uczty musiały mieć uzasadnienie, powiązanie z jakimś kontekstem, jak polowanie czy walki psów, historia biblijna czy mit. Psy nie bywały autonomicznym tematem kompozycji, ich obecność wiązała się z przypisaną im przez człowieka rolą, więc nawet w przypadku pominięcia ludzkiej postaci w kompozycji, coś sugerowało jej obecność poza kadrem. Na obrazach znajdziemy na przykład ogara ściągającego ze stołu upolowaną zwierzynę. Psy kręcą się często przy zastawionych stołach widocznych w tzw. scenach kuchennych albo biesiadnych. Tu stół jest tajemniczy, „niejednoznaczny”, tyle myśliwski co biesiadny, nakryty ani do śniadania, ani do kolacji. Uwagę przykuwają czteronożni bohaterzy pokazani tak wnikliwie i zajmująco, że ślady pozostawione przez człowieka służą jedynie podkreśleniu samowoli właściwych aktorów, ich niezależności tak od brutalności, jak i ckliwości pana. To jest świat – jak by chcieli zwolennicy animal studies pozbawiony narzuconego przez człowieka gatunkowego szowinizmu. Rewolucję symbolizuje pieskie łażenie po stole. Na dodatek, stylizowanym na wiek XVII, czasy Kartezjusza, który zwierzęta uważał za nierozumne i obojętne nawet na ból automaty.
Posthumanizm a filmowa kuchnia

Czy autor filmu Festin (uczta) Wojciech Doroszuk sprostał postulatom posthumanizmu, trudno ocenić bez znajomości filmowej kuchni. Artystom, zwłaszcza wtedy, gdy w swoich pracach przewidują udział zwierząt, przychodzi to trudno.

Człowiek w Festin nie zajmuje centralnej pozycji, nie-ludzkie formy życia w postaci czworonogów, nie są mu podporządkowane. Ale jak wyglądała praca z nimi, jak daleko sięgała inscenizacja, nie wiadomo. Czy rzeczywiście zginęli kogut i zając? Jak przebiegała feta? Zwierzęta powoli wybierają kąski. Czy to znaczy, że zostały potraktowane przedmiotowo i wcześniej nakarmione? Uwiązane? Część produktów udawała prawdziwe? Może podczas montażu przepadły sceny pustoszenia stołu? Jedno jest pewne, każdy z bohaterów – mieszkańców krakowskiego schroniska – znalazł coś naprawdę wartego uwagi. Pod koniec filmu operator wraca do zbliżeń, żeby pokazać, tym razem w niskim kluczu, nieporządek na stole i to co pod nim – rozbity talerz na podłodze i psy pochylone nad pokaźnymi porcjami, zdaje się, mięsa.

Wystawę „Co widać. Polska sztuka dzisiaj” można oglądać do końca sierpnia. Kuratorzy – Łukasz Ronduda i Sebastian Cichocki – zaopatrzyli ją w interaktywny przewodnik, a w nim tekst zawierający propozycje analizy prezentowanych prac i zjawisk. Są wyczerpujące notki o autorach i zdjęcia obiektów. Część filmów można obejrzeć we fragmentach, kilka – w całości. I co nie mniej ważne – przy okazji prezentacji artystów dołączono informacje o innych ich pracach w kolekcji muzeum, a w przypadku filmów – linki bezpośrednio do nich odsyłające.
Zdjęcie główne: Wojciech Puś, Magic Hour, 2013 wideo, dzięki uprzejmości Kolekcji Muzeum Sztuki Nowoczesnej
Zobacz więcej
Po godzinach wydanie 17.11.2017 – 24.11.2017
„To była zabawa w śmierć i życie”. Od ćpuna po mistrza świata
Historię Jerzego Górskiego opowiada film „Najlepszy” oraz książka o tym samym tytule.
Po godzinach wydanie 17.11.2017 – 24.11.2017
„Geniusz kreatywności”. Polka obok gwiazd kina, muzyki i mody
Jej prace można podziwiać w muzeach w Paryżu, Nowym Jorku czy Londynie.
Po godzinach wydanie 10.11.2017 – 17.11.2017
Zsyłka, ucieczka i samobójstwo. Tragiczne losy brata Piłsudskiego
Bronisław Piłsudski na Dalekim Wschodzie uważany jest za bohatera narodowego.
Po godzinach wydanie 10.11.2017 – 17.11.2017
„Choćby z diabłem, byle do wolnej Polski”. Pierwszy Ułan II RP
Gen. Bolesław Wieniawa-Długoszowski skupia w sobie losy II RP.
Po godzinach wydanie 3.11.2017 – 10.11.2017
Kobiety – niewolnice, karły – rekwizyty. Szokujący„złoty wiek”
Służba była formą organizacji życia w tej epoce. Każdy kiedyś był sługą, nawet królewski syn.