Wywiady

Byli tacy, jak współczesna młodzież

Nie chcieliśmy tworzyć rozwlekłych scen, wypełnionych rozważaniami o ideałach i patriotyzmie. To byłaby klapa. Ideały oczywiście są, ale widać je w działaniu. Bohaterów widzimy w ruchu – mówi reżyser Robert Gliński. Do kin wszedł jego film „Kamienie na szaniec”, adaptacja legendarnej powieści Aleksandra Kamińskiego.

Dedykował pan film „Kamienie na szaniec” swojej mamie. Co opowiadała panu o powstaniu i Szarych Szeregach?

W czasie Powstania Warszawskiego mama była zwyczajną harcerką, sanitariuszką w batalionie „Zośka”. Wcześnie została ranna i pewnie dlatego przeżyła. Opowiadała różne historie o sobie, o kolegach i koleżankach, o tym jak walczyli i umierali. O Baśce, której pożyczyła buty, a Baśka potem przechodziła koło barykady i ją zastrzelili. Mama obiecała sobie wtedy, że już nigdy nikomu butów nie pożyczy. Wspominała, jak opatrywała młodego, umierającego Niemca. To było po ataku na Gęsiówkę. On był pierwszym tak poważnie rannym człowiekiem, z którym się spotkała jako sanitariuszka. Mówiła, że chciała, żeby ten chłopak przeżył, a z drugiej strony pamiętała, jak kilka miesięcy wcześniej Niemcy zastrzelili jej mamę. Jednocześnie przeżywała traumę, spowodowaną jej śmiercią i miała do czynienia z umierającym człowiekiem. To były niezwykle silne przeżycia, które naznaczają na całe życie.

Opowiadamy o akcji pod Arsenałem, gdy krystalizowała się konieczność walki. Koncepcja zbrojna w Szarych Szeregach rozwijała się od końca 1942 do 1944 r. W filmie pokazujemy to odpryskowo.



Kolegą mojej mamy był „Anoda”, który po wojnie został uwięziony w 1949 r. przez UB i potem wyrzucony przez okno z więzienia na ul. Rakowieckiej. Drugim kolegą mamy, też z oddziału, był Stanisław Sieradzki „Świst”. Poznałem go. Też więziło go UB, wydano nawet na niego wyrok śmierci. Widziałem, jak wojna, czasy stalinowskie odcisnęły się na mamie. Była bardzo zamknięta w sobie i wycofana. To było częściowo spowodowane barbarzyństwem wojny. 1 sierpnia szliśmy wszyscy na Powązki Wojskowe, do kwatery batalionu "Zośka". Zapalaliśmy znicze. Kiedy byłem dzieckiem czytałem „Kamienie na szaniec” z wypiekami na twarzy.

Tamto odczytanie „Kamieni na szaniec” różni się jednak od pana współczesnej lektury?

Teraz patrzę na to inaczej, to oczywiste. Ważne dla mnie jest teraz, jakiego momentu dotyczy książka, czyli okresu jeszcze przedpowstańczego, kiedy kształtowała się świadomość tych młodych ludzi. Zastanawiali się, czy uczyć się i pracować dla przyszłości, czy walczyć. Ich poglądy z biegiem czasu ulegały zmianie, krystalizowała się idea walki. To był proces, który trwał kilka lat. Bardzo silne były w harcerstwie postawy, że trzeba pracować i uczyć się dla wolnej Polski. Wierzyli, że będzie wolna wkrótce.

Te dwie postawy reprezentują „Rudy” i „Zośka”.

Tak. Opowiadamy o akcji pod Arsenałem, gdy coraz ważniejsza była konieczność walki. Koncepcja zbrojna w Szarych Szeregach rozwijała się od końca 1942 do 1944 r. W filmie pokazujemy to odpryskowo.

Aktorzy stanęli na Powązkach nad „swoimi” mogiłami – „Alka”, „Zośki”, „Rudego” – i płakali.

„Kamienie na szaniec” (fot. Monolith)
To nie pierwszy pana film, sięgający w głąb historii.

Zrobiłem kilka filmów historycznych. Akcja mojego debiutu, „Niedzielnych igraszek”, rozgrywa się w 1953 r., w dniu śmierci Stalina. We „Wszystko co najważniejsze” jest II wojna światowa i zsyłki. Scenariusz powstała na podstawie wspomnień Oli Watowej. Były też „Wróżby kumaka”, wg Guntera Grassa, w którym historia wojenna i stalinizm są mocno zaakcentowane, choć akcja dzieje się współcześnie. Tak więc ciągle się gdzieś o tę historię ocieram. Inna sprawa, że trudno teraz zrobić film historyczny. Powód jest prozaiczny – olbrzymie koszty.

Na „Kamienie na szaniec” się znalazły.

Duża część funduszy jest prywatna. Chcieliśmy razem z producentami zrobić współczesny, gorący film, który będzie oglądany, ponieważ jest na podstawie książki należącej do kanonu polskiej kultury, książki głęboko wrośniętej w świadomość społeczną. Ona się zmitologizowała. Każde pokolenie, które czytało tę książkę, miało swoje wyobrażenie o postaciach „Zośki”, „Rudego”, traktowano ich jak spiżowe pomniki. Ci chłopcy byli jednak normalni, wspaniali i odważni, ale też narwani i głodni życia.

Trudno się zmierzyć z mitem?

Nie miałem żadnego obciążenia. Przede wszystkim postanowiłem wyrobić sobie stosunek do tych postaci. Dowiedzieć się o nich jak najwięcej jako o ludziach. Aleksander Kamiński stworzył w „Kamieniach na szaniec” pewną wizję. To powieść napisana na postawie wydarzeń autentycznych, ale jest tych wydarzeń interpretacją. Kamiński pisał w czasie okupacji „ku pokrzepieniu serc”. Teraz już nie musimy „krzepić serc”, teraz musimy krzepić pewne wartości. Nie ma okupacji, inaczej kształtują się postawy młodych ludzi. Szukając klucza do naszych bohaterów, przeczytaliśmy mnóstwo materiałów, listów, książek. Z nich wyłoniły się postaci „Zośki”, „Rudego”, „Alka” i ich kolegów.

Aleksander Kamiński stworzył w „Kamieniach na szaniec” pewną wizję. To powieść napisana na postawie wydarzeń autentycznych, ale jest tych wydarzeń interpretacją.



Jak pan pracował z młodymi aktorami, którzy dorastali w XXI wieku, w rzeczywistości tak diametralnie różnej od tej, o której opowiada film. Dylematy ich bohaterów są fundamentalne, stoją przed wyborem między życiem i śmiercią.

Opozycja życie – śmierć, rozważania o piątym przykazaniu, są konsekwentnie prowadzone od pierwszej sceny filmu. „Rudy” stawia na naukę i pracę dla przyszłości, „Zośka” rwie się do walki. Młodzi aktorzy zostali wybrani bardzo starannie, to zdolni, chętni do pracy wspaniali ludzie. Weszli w kierat pracy. Przed zdjęciami było wiele prób i rozmów. Szukaliśmy sposobów interpretacji scen, konsekwencji budowania postaci, sposobów na dialogi. Staraliśmy się też, by aktorzy mieli odpowiedni background. Dawałem im do czytania książki, o których potem rozmawialiśmy. Wykonali swoją pracę, weszli w okupacyjną rzeczywistość i poznali swoich bohaterów. Utożsamili się z nimi. Widać to było, kiedy 1 sierpnia poszliśmy wszyscy na Powązki, a oni stanęli nad „swoimi” mogiłami – „Alka”, „Zośki”, „Rudego”. Stali tam godzinę i płakali. Co ciekawe, tak zrośli się ze swoimi postaciami, że kiedy rozmawiali między sobą nie używali „cywilnych" imion, tylko filmowych pseudonimów. Słyszałem np. „Rudy”, podaj cukier.

Jak wyglądała praca nad filmem z operatorem Pawłem Edelmanem?

On jest wspaniałym specjalistą, miałem więc ogromny luksus pracując z nim. Ja jestem dość solidny, Paweł też, przygotowaliśmy się więc do pracy solidnie. Dużo rozmawialiśmy, rozrysowaliśmy każdą scenę filmu. Uzupełnialiśmy się. Na planie oczywiście czasem coś trzeba było zmienić, ale w pracy najważniejszy jest dobry background.

Zawsze znajdą się niezadowoleni. Chciałem zrobić prawdziwy, gęsty od emocji i wieloznaczny film.

„Kamienie na szaniec” (fot. Monolith)
Film ma szybki, dynamiczny montaż, widz zderzany jest z kolejnymi wydarzeniami. Napięcie podbija muzyka. Ta współczesna forma jest po to, by złapać kontakt z młodą publicznością?

Tak, chodziło o to, by młodym dobrze się „Kamienie na szaniec” oglądało, żeby się od filmu nie odwrócili. Nie chcieliśmy tworzyć rozwlekłych scen wypełnionych rozważaniami o ideałach i patriotyzmie. To byłaby klapa. Ideały oczywiście są, ale widać je w działaniu. Bohaterów widzimy w ruchu. Organizują akcje sabotażowe, rozmawiają, sprzeczają się, wspierają i walczą – o broń, o Polskę, o „Rudego”. Chcieliśmy zrobić współczesny i wciągający obraz.

Jak określiłby pan gatunek tego filmu?

To nie jest takie proste. Film ma wyraźne trzy części i każda z nich ma troszkę inny charakter. Pierwsza to dramat obyczajowy, druga – film akcji, western nawet, czyli pojmanie „Rudego” przez gestapo, przygotowania do akcji i sama akcja pod Arsenałem. Trzecia część to kino psychologiczne, jesteśmy skupieni na „Zośce”, który przeżywa śmierć „Rudego” i kolegów i czuje się za to odpowiedzialny.



Tę część otwiera scena, w której matka „Rudego”, tuż po tym, jak dowiedziała się o śmierci syna, zaprasza „Zośkę” do oglądania starych zdjęć. Tak było, czy scena została napisana teraz?

To jest bardzo dobra scena, mrozi krew w żyłach. Wymyśliliśmy ją. Prawdziwa jest inna scena, gdy matka widzi po raz pierwszy skatowanego syna i pyta: „Co cię boli, synku”. A „Rudy” pokazuje jedyny niepołamany palec. W tej scenie, o której pani wspomniała, szukaliśmy niebanalnej ekspresji, by pokazać ból bez histerii, ból zamrożony. Danka Stenka, która gra matkę „Rudego” zagrała po mistrzowsku, jest spokojna i kamienna, a przez to wstrząsająca.

Jak odnosi się pan do oskarżeń, że film burzy legendę Szarych Szeregów?

Nie sposób na nie odpowiadać. Zawsze znajdą się niezadowoleni. Chciałem zrobić prawdziwy, gęsty od emocji i wieloznaczny film. Poza tym, historia jest wieloznaczna, nie ma jednej, kanonicznej jej wersji.

– rozmawiała Beata Zatońska

Robert Gliński (fot. PAP/Radek Pietruszka)
Robert Gliński reżyser, scenarzysta i producent, zrealizował takie filmy jak m.in. „Wszystko, co najważniejsze”, „Cześć, Tereska”, „Wróżby kumaka”. Był rektorem Łódzkiej PWSTiF i dyrektorem Teatru Powszechnego w Warszawie.
Zobacz więcej
Wywiady wydanie 13.10.2017 – 20.10.2017
„Powinniśmy powiedzieć Merkel: Masz tu rachunek, płać!”
Jonny Daniels, prezes fundacji From the Depths, O SWOIM zaangażowaniu w polsko-żydowski dialog.
Wywiady wydanie 28.07.2017 – 4.08.2017
„Kobiety w Indiach są niezależne. I traktowane z szacunkiem”
Tak twierdzi najpiękniejsza kobieta świata Srinidhi Shetty, czyli Miss Supranational 2016.
Wywiady wydanie 28.07.2017 – 4.08.2017
Małgosia uratowała mi życie. Dzięki niej wyszedłem z nałogu
– Mam polski paszport i jestem z niego bardzo dumny – mówi amerykański gwiazdor Stacey Keach.
Wywiady wydanie 28.07.2017 – 4.08.2017
Definitely women in India are independent
Srinidhi Shetty, Miss Supranational 2016, for tvp.info
Wywiady wydanie 14.07.2017 – 21.07.2017
Eli Zolkos: Gross niszczy przyjaźń między Żydami a Polakami
„Żydzi, którzy angażują się w ruchy LGBT, przyjmują liberalny styl życia, odchodzą od judaizmu”.