Wywiady

Chciał być jak bohaterowie westernów

– Różni ludzie po latach mówią mi jak był niesamowity. Kiedyś jedna pani, nauczycielka z liceum Batorego, powiedziała mi, że miała okazję rozmawiać z nim pięć minut i przez te pięć minut czuła się jak Sophia Loren, a ja czułam się tak przez 25 lat z małymi wyjątkami – mówi o swoim mężu prof. Lechu Falandyszu w rozmowie z portalem tvp.info jego żona Barbara Falandysz w 11. rocznicę jego śmierci.

Kiedy zadzwoniłam do pani z prośbą o wywiad, podziękowała mi pani za to, że chcę rozmawiać o pani mężu zanim jeszcze wywiad się odbył. Muszę przyznać, że to rzadko się zdarza…

A ja kiedy odebrałam telefon, to aż mnie ciarki przeszły. To jest dla mnie wielka niespodzianka, bo w obecnych czasach, gdy popularność jest ulotna i trwa krótko, przypomniała sobie pani o 11. rocznicy śmierci mojego męża i niezwykle mnie to wzruszyło. Jeszcze raz dziękuję.

Czas leczy rany?

Zabliźnia. Z każdym rokiem, po zatoczeniu pewnego koła, znowu zaczyna mi go mocno brakować, tak jak na samym początku, gdy odszedł. To był niezwykły człowiek, to nie był tylko mój mąż i tata, to był mój przyjaciel, osoba, która niezwykle imponowała mi swoją wiedzą. To było strasznie fajne, że był ode mnie mądrzejszy i na każdym kroku mnie przyłapywał jak się próbowałam mądrzyć. Wtedy sprowadzał mnie do parteru, to było strasznie fajne. Imponował mi swoją wiedzą. Teraz wiele decyzji muszę podejmować sama. Kiedy jest się skazanemu na samego siebie, to człowiek krąży wokół tych samych myśli, nie posuwa się do przodu. Gdy czułam się szczególnie przygnębiona to mąż miał dar powiedzenia kilku słów, które od razu powodowały, że się prostowałam.

Co to były za słowa?

To były często lekko szydercze żarty albo takie proste słowa „Nie martw się, jeśli nawet coś to coś”. Miał zawsze plan B. Potrafił się tak wstrzelić, że znalazł inne rozwiązanie, to było celne i przekonywujące i dzięki temu można było uwierzyć, że nie będzie tak źle.

Powiedziała pani kiedyś, że mogła zrobić wiele głupstw, a on zawsze panią z nich uratował, odkręcił…


To mi dawało ogromne poczucie wolności. Miałam za sobą kogoś takiego, dzięki komu mogłam sobie pozwolić na znacznie więcej ryzyka, wiedziałam, że jest ta druga osoba, która mnie za to skarci, nakrzyczy, ale na pewno mnie z tych tarapatów wyciągnie.

Jak wyglądało wasze pierwsze spotkanie?
Pamięta pani ten pierwszy błysk w oku, po którym stwierdziła, że to ten mężczyzna?

Powiem rzecz kompletnie niepoprawną politycznie. Kolegowałam się z Piotrem Mierzejewskim, który był sekretarzem w Instytucie Prawa Karnego. Wpadłam do niego na kawę i na ploteczki i wszedł Lech Falandysz i mówi, czy ktoś z was ma papierosa. Piotr miał Caro, ja miałam Marlboro. On wybrał Marlboro. Zapaliliśmy, a później zaproponował kawę w Pałacu Kazimierzowskim. Z błyskiem w oku było ciężko, bo mąż lekko zezował i mnie to krępowało, bo podnosiłam oczy i nie wiedziałam, w które patrzeć i szybko opuszczałam wzrok. Było zabawnie. To była szybka kawa w środku dnia, wyszliśmy stamtąd, żegnaliśmy się. Piotrek wyczuł sprawę i szybko zostawił nas samych. Lech Falandysz zapytał mnie wtedy czy nie miałabym ochoty spotkać się z nim na kawę. Powiedziałam, że nie wykluczam, ale nie wcześniej, niż w przyszłym tygodniu. Dopytywał, kiedy, dałam mu swój telefon. Zadzwonił i poszło, i już tak zostało.
Jaki jest przepis na to żeby przeżyć ze sobą 25 lat?

Paradoksalnie wszystkie przykre doświadczenia, bo my w tym samym czasie straciliśmy ojców. Mój zmarł w lipcu, a jego we wrześniu. To były osoby dla nas bardzo ważne, znacznie ważniejsze, niż matki. Jak na siebie wpadliśmy, to byliśmy na podobnym etapie emocjonalnym, wielkiej wyrwy w sercu. Mieliśmy podobne zainteresowania, mimo różnicy wieku. Ja znałam muzykę z jego okresu, trudno powiedzieć młodości, bo miał wtedy 36 lat, ale okresu, kiedy człowiek najwięcej słucha muzyki. Moja mama była od niego o pięć lat starsza, więc to, czego on słuchał ja znałam z nagrań mojej mamy. Mogliśmy sobie razem podrygiwać do tych samych utworów.

Lubiliśmy muzykę z przedwojennych filmów. Podobne życiorysy naszych ojców, obydwaj brali udział w Powstaniu Warszawskim. Mieliśmy też bardzo podobne poczucie humoru, usposobienie. Lubiliśmy żartować ze wszystkich rzeczy na każdym kroku, wychodząc z założenia, że życie nie jest wesołe. Śmialiśmy się dużo, podszczypując się złośliwie.

Kogo szukała pani w starszym od siebie mężczyźnie? On miał 36 lat, pani, 19 gdy się poznaliście.


Mój mąż miał ogromne powodzenie na uniwersytecie. Potrafił zawrócić w głowie każdej kobiecie. Uważam, że intelekt i poczucie humoru są niezwykle seksowne. To było u niego niesamowicie pociągające. Poza tym miał pewien luz, dystans do wielu rzeczy, które teoretycznie wydają się ważne. On mi w dużym stopniu przewrócił światopogląd. Psychologowie twierdzą, że szuka się modelu podobnego jak w swojej rodzinie, mój ojciec też był 15 lat starszy od mojej mamy.

Miałam z ojcem bardzo bliski kontakt, przyzwyczaił mnie do pewnego podciągania się intelektualnego, a tego rówieśnicy nie potrafili mi zapewnić, nawet ci najbardziej oczytani. A Falandysz to czynił. Był lekko bałaganiarski, a ja byłam panienką z dobrego domu, a to niezwykle pociąga. A poza tym odkryłam, że młodzież czerpie z filmów, które ogląda, ma bohaterów, których chce naśladować, a mój mąż próbował naśladować mniej lub bardziej świadomie bohaterów westernów. Kobietę z jednej strony się odpycha, a z drugiej jest się dla niej rycerskim – otwiera się drzwi, podaje płaszcz, nie ma mowy żeby zapłaciła za swoją kawę.

Jeśli chodzi o sposób bycia myślę, że wzorował się trochę na Humphreyu Bogarcie. Różni ludzie po latach mówią mi jak był niesamowity. Kiedyś jedna pani, nauczycielka z liceum Batorego, powiedziała mi, że miała okazje rozmawiać z nim pięć minut i przez te pięć minut czuła się jak Sophia Loren, a ja czułam się tak przez 25 lat z małymi wyjątkami.

Lubiliśmy żartować [...] Śmialiśmy się dużo, podszczypując się złośliwie.

Mówił, że płaci cenę za zabałaganione życie. Co było tym bałaganem?

Jego młodość przypadła na lata 60. – dzieci kwiaty, hippisi, a z drugiej strony pokolenie powojenne, życiorysy rodziców, na które człowiek próbuje się powoływać. W tym ciężko się było odnaleźć, do tego doszły jego ambicje naukowe. Był głową naukową, doktorat zrobił mając 29 lat. Jednocześnie wcześnie został ojcem, w tym też nie potrafił się odnaleźć. Z jednej strony powiew wolności, a z drugiej obowiązki. Powiedział kiedyś, że wstydził się chodzić z wózkiem. Coś, co później po 20 latach robił z największą przyjemnością, choć wiązało się to ze złośliwymi uwagami, czy to są wnuki i wtedy się tego wstydził.

Miał poczucie słabości, kompleksów, choć nie powinien ich mieć, do tego doszedł alkohol. Pytałam, kiedy się to zaczęło, a on powiedział, że w szkole średniej. To był model prastary, polski – „chłop jest, to może wypić”. Ma doskonałe wyniki w nauce – to czego się czepiać? Na jakimś etapie to nie zostało zatrzymane. Mąż przyznał się do tej choroby.

Ja to porównuję dosyć brutalnie, że gdybym ja mojemu psu codziennie o godzinie 11 zaczęła dawać 25 gramów, to mam za miesiąc psa alkoholika. Jeśli tego alkoholu jest dużo, to najpierw psychicznie jest się silnym, ważnym, mówił mi, że miał śmiałość do dziewczyn, on, który był niezwykle przystojny, męski, pociągający, miał kompleksy, bał się nawiązać kontakt. A potem przychodzi uzależnienie fizyczne. Pije się, bo się musi, a za tym idą kłopoty. Gdyby przede mną ktoś go porządkował to nie miałabym okazji go poznać.

Można powiedzieć, że dzięki pani pokonał tę chorobę…


Ja byłam trochę zazdrosna, bo mówił, że pomogła mu w tym Baśka i „panna Solidarność”. To był powiew nadziei. Myślę, że trochę było wstyd witać wolność w stanie nadmiernego upojenia, bo u męża to się przeradzało w ciągi. Niewątpliwie gdyby mnie nie spotkał, to by sobie z alkoholizmem nie poradził.

Kiedy zorientowała się pani, że żyje z alkoholikiem?


Otóż wcale nie tak prędko. Byłam studentką, alkohol był elementem stylu życia. Myśmy dużo pili, w przeciwieństwie do mojego domu gdzie nie piło się w ogóle, może kieliszek wina do karpia na Wigilię. Nie wiedziałam, kto to jest pijany, czy alkoholik.

Dzisiaj o alkoholizmie się mówi, dzięki Wiktorowi Osiatyńskiemu, który pod koniec lat 70. napisał tekst o alkoholizmie i podpisał go „Anonimowy alkoholik Wiktor O.”, wszyscy się wtedy z tego śmiali, ale od tamtej pory się o tym mówi, pisze, robi filmy.

Kiedy to zauważyłam? Wtedy, gdy po imprezach ja rano wstawałam, co prawda głowa bolała, ale trzeba było pójść na uczelnię, załatwić różne sprawy, a mąż pił dalej. Potem zorientowałam się, że on ma jakieś problemy z metabolizmem. Wstawał rano w takim samym stanie, w jakim się położył, był tak samo pijany. Gdy nawalił mi w ważnych sprawach, to zaczęłam się domyślać, że coś jest nie tak. Dowiedziałam się, że miał już przygodę z esperalem, powoli zaczęło to do mnie docierać. To wielki temat, ale on wielu rzeczy dokonał mimo tego, że był alkoholikiem.

Trochę było wstyd witać wolność w stanie alkoholowego upojenia.

Dzięki temu, że potrafiła pani powiedzieć „nie”, udało się tę chorobę pokonać?

Myślę, że tak. Odważyłam się i powiedziałam „nie”. Pomagałam mu w tej walce, on też się na nią zdecydował i udało się. Byłam w tym sama, wiele razy usłyszałam, że jestem podłą, wyrodną żoną. A ja zacisnęłam zęby i nie wpuszczałam do domu, gdy był pijany. Gdy pewnego razu taksówkarz przywiózł go pijanego i chciał żebym zapłaciła za kurs, powiedziałam, że płaci ten, kto jechał. Byłam w takich sytuacjach nieugięta, nasłuchałam się wielu przykrych słów, bolało bardzo, ale okazało się skuteczne.

Czy polityka, w której profesor Falandysz uczestniczył, była obecna w waszym domu, czy gdy wracał z pracy zostawiał ją za drzwiami?

A skąd. Wszyscy czekali na ojca, męża, a wchodziła postać. Łapaliśmy go (śmiech). Oczywiście trochę przesadzam, ale wiadomo było, że jeżeli było nagranie programu albo mecz tenisowy to żeśmy ojca, ani męża nie oglądali, bo miał inne zajęcia.

Wiele spraw omawialiśmy wspólnie, ale nie chcę mówić, że mu coś doradzałam, mogłam mieć wpływ, ale decyzje podejmował on sam. Jeśli chodzi o wychowanie dzieci to ja to wzięłam głównie na swoje barki, bo mam usposobienie klawisza. Męża prosiłam o pomoc w sytuacjach szczególnych kłopotów, bo był człowiekiem niezwykle łagodnym, ale stanowczym. Czasem straszyłam dzieci mężem. Tak potrafił z nimi rozmawiać, że to trafiało do serca. Ja głównie krzyczałam, wyciągałam konsekwencje, a on był taki od czasu do czasu żeby powiedzieć coś ważnego i to działało.

Musiało być coś naprawdę precyzyjnego do zrobienia żeby zamknął się w pokoju, zazwyczaj biegające i krzyczące dzieci w ogóle mu nie przeszkadzały. Potrafił się tak skoncentrować, że nic nie słyszał.

Co ważnego według pani profesor zostawił dla Polski?

Był współtwórcą konstytucji. To trudne pytanie, ale niezwykle miło mi się zrobiło, gdy teraz przy okazji sprawy amnestii i wypuszczenia z więzień ludzi skazanych na karę śmierci, okazało się, że mój mąż ostrzegał przed tym. Gdy ten temat się pojawił zadrżało mi serce, czy on z tym swoim liberalizmem przypadkiem nie zapomniał o tym.

Tak naprawdę to było zadanie pionu penitencjarnego, dopilnować ludzkiego inwentarza, kto przebywa w tych więzieniach i zgłosić taki problem. Okazało się, że mój mąż, który było kryminologiem i karnistą w ogóle o tym nie zapomniał. Ostrzegał, proponował inne rozwiązania, niestety senatorowie tak strasznie uważali, że wszystko, co się odbywało za komuny było złe, uznali, że widocznie wszystkie wyroki sadów były błędne i doprowadzili do tej sytuacji, która jest obecnie. Tutaj nagle się okazało, że profesor też o takich rzeczach myślał.

Nie chcę mówić górnolotnie. Był fajną postacią, wiele osób mi mówi, że rozmowa z nim wielu z nich otworzyła oczy. Był wzorem wykładowcy, który nie stawiał dwój. To mnie też denerwowało. Mówił, że nie lubi tego, uważał to za upokorzenie.

Mąż był człowiekiem niezwykle łagodnym. Czasem straszyłam nim dzieci.

Kiedy przyszedł czas choroby mówił: „Baśka nie płacz, to nie jest czas na płacz”?

Tak właśnie mówił i znowu miał rację. Ten czas później przyszedł. Pozostawił po sobie ogromną wyrwę. Nawet teraz to odczuwam. Wszystkie moje dzieci poszły drogą prawniczą i tak strasznie by się teraz przydał. Byłam matko-ojcem, brakowało mi męża, który za moimi plecami coś by z nimi spiskował. Do dziś jest mi smutno z tego powodu, że ich dzieciństwo było uboższe.

To byli młodzi ludzie, gdy zmarł. Nie zdążyli doczekać momentu, kiedy po czasie nastoletniego sporu z rodzicami, zaczyna się z tymi rodzicami przyjaźnić. Urodziła się wnuczka, kolejne jest w drodze i muszę to sama brać na klatę. Radość z kimś jest zawsze fajniejsza. Nie jestem skłonna do płaczu, ale po jego śmierci przepłakałam rok. Jak człowiek jest mały, to widzi po tamtej stronie wampiry, duchy, a im jest starszy to widzi tam coraz więcej fajnych osób. Czas łez minął, przyszedł czas refleksji, smugi cienia.

Jest jakieś motto, myśl, którą pani zostawił?


Najbardziej charakterystyczna była ta, że nie trzeba niczego za bardzo chcieć. Zawsze się z moim mężem kłóciłam o różne rzeczy i na ten temat też był spór. Mówił, że jeśli czegoś nie chcesz za bardzo i tego nie dostaniesz, to się nie zawiedziesz, a jak bardzo będziesz chciała, to będzie ci bardzo smutno jak tego nie uzyskasz. Nie mówił, że nie trzeba w ogóle chcieć, tylko za bardzo chcieć. Chodziło o to żeby znaleźć złoty środek.

Tak było z prezentem na 40. urodziny, kiedy dostała pani traktor?


To było trochę inaczej. Zaczął od rozmowy, przemyśleń, że warto go kupić. Stwierdził, że jak będzie traktor, będzie łatwiej. Powiedziałam, że nie chcę. Przyszedł dzień moich 40. urodzin i nagle pod dom podjechała laweta z małym traktorem Lamborghini przewiązanym białą kokardą. Nie zeszłam, protestowałam, mówiłam, że tyle żeśmy rozmawiali, że nie chcę traktora.

Po dłuższej dyskusji prezent wjechał na posesję. Zaczęłam jeździć nim po ogródku, ale za bardzo hałasował więc przestałam. Miałam traktor, rzecz kompletnie zbędną. Dziś to wspominam z rozrzewnieniem, teraz przyjęłabym 15 takich traktorów. To był taki przekaz, że chcę ci dać coś fajnego. Być może nie trafiam, ale to jest ta moja ręka, którą do ciebie wyciągam.
Zdjęcie główne: f
Zobacz więcej
Wywiady wydanie 13.10.2017 – 20.10.2017
„Powinniśmy powiedzieć Merkel: Masz tu rachunek, płać!”
Jonny Daniels, prezes fundacji From the Depths, O SWOIM zaangażowaniu w polsko-żydowski dialog.
Wywiady wydanie 28.07.2017 – 4.08.2017
Definitely women in India are independent
Srinidhi Shetty, Miss Supranational 2016, for tvp.info
Wywiady wydanie 28.07.2017 – 4.08.2017
Małgosia uratowała mi życie. Dzięki niej wyszedłem z nałogu
– Mam polski paszport i jestem z niego bardzo dumny – mówi amerykański gwiazdor Stacey Keach.
Wywiady wydanie 28.07.2017 – 4.08.2017
„Kobiety w Indiach są niezależne. I traktowane z szacunkiem”
Tak twierdzi najpiękniejsza kobieta świata Srinidhi Shetty, czyli Miss Supranational 2016.
Wywiady wydanie 14.07.2017 – 21.07.2017
Eli Zolkos: Gross niszczy przyjaźń między Żydami a Polakami
„Żydzi, którzy angażują się w ruchy LGBT, przyjmują liberalny styl życia, odchodzą od judaizmu”.