Wywiady

Jestem rzemieślnikiem, nie artystą

– Jestem rzemieślnikiem nie artystą. Jeżeli więc zachowuję rytm pracy i piszę jedną książkę rocznie dla dużej grupy czytelników, to można z tego wyżyć. Nie jestem jakimś nababem. Nie mam jachtu na Riwierze, ani domu w Alpach. Nie mam wielkich potrzeb, żyję dość skromnie i potrafię z tego utrzymać siebie i swoją rodzinę – przekonuje pisarz Marek Krajewski. Nakładem wydawnictwa Znak ukazała się kolejna powieść pt. „W otchłani mroku”, w której przenosimy się w brutalne realia powojennego Wrocławia.

W piekle powojennego Wrocławia

Nic nie jest takie, jakie się wydaje – mówi Edward Popielski, bohater „W otchłani mroku”, nowej powieści Marka Krajewskiego, która otwiera trylogię wrocławską.

zobacz więcej
W najnowszej książce wraca Pan do Wrocławia. Ale tym razem nie jest to już miasto Eberharda Mocka, ale Edwarda Popielskiego…

Wrocław to moje ukochane miasto, nie mogłem już dłużej zatrzymywać Popielskiego we Lwowie. Nadszedł czas na powrót, tym razem do powojennego miasta. Wraz z moją nową powieścią w „W otchłani mroku” zacząłem trylogię wrocławską z Edwardem Popielskim. Jak wielu mieszkańców Lwowa został wygnany i musiał znaleźć nowe miejsce dla siebie i dla swojej kuzynki. Wybrał Wrocław. Niezbyt szczęśliwie, jak się na początku okazało – przecież za działalność wojenną był prześladowany przez NKWD i UB. Naraził się im jako kapitan AK o pseudonimie Cyklop, szkoleniowiec żołnierzy z działań w konspiracji, a przede wszystkim jako szef plutonu likwidacyjnego, którego działalność była reakcją na mordy dokonywane na Polakach przez UPA. Przez wiele osób był postacią znienawidzoną. Jego życie we Wrocławiu polegało przede wszystkim na działaniu w ukryciu.
W pewnym momencie co prawda wrocławskie UB zaczęło go tolerować – wyjaśniam to w powieści Rzeki Hadesu. Popielski nie przeszedł jednak na ciemną stronę mocy. Nie został agentem czy konfidentem, ale zrobił coś, co miało wielkie znaczenia dla szefa UB. To wyjątkowa kanalia, która w mojej książce nosi imię Placyda Brzozowskiego, a w rzeczywistości to Faustyn Grzybowski. I tak ukrywając się przed UB, które na tyle przymyka oko, że pozwala mu egzystować w strefie półmroku, Popielski działa we Wrocławiu.

Jako kto? Przecież jako sanacyjny policjant, żołnierz AK, raczej nie służyłby władzy ludowej.


To prawda i dlatego muszę przyznać, że miałem z tym pewien problem. Nie mógł zostać milicjantem, chociaż sanacyjni policjanci wstępowali do MO. Broń Boże nie mógł być także ubekiem. Musiałem wymyślić mu jakąś rolę, w której mógłby występować we Wrocławiu i jednocześnie prowadzić śledztwo. Uznałem, że może być takim pełnomocnikiem adwokatów zbierających informacje o swoich klientach, a więc kimś w rodzaju prywatnego detektywa. I w takiej właśnie roli wynajmuje go profesor, który wykłada na tajnych kompletach – wśród uczniów jego gimnazjum jest ubecki szpieg. Popielski ma go zdemaskować, ale śledztwo doprowadzi go w zupełnie inne rejony – do prawdziwego inferno pełnego zhańbionych kobiet, sowieckich bestii i ich ubeckich mocodawców.
Marek Krajewski
Czy Wrocław A.D. 1946 to naprawdę takie piekło na ziemi?

Wrocław w mojej powieści to miasto straszne. Mamy tam ludzi z przerażającą traumą wojenną, którzy uciekli tu z innych rejonów Polski, lub których przesiedlono tu na siłę. To ludzie, których bliscy zginęli w czasie wojny, często w obozach koncentracyjnych albo pod sowieckim czy niemieckim bagnetem. I jednocześnie to ludzie próbujący nauczyć się żyć na nowo – to właśnie tu mają znów pracować, kochać się, chodzić na dansingi. Wraz z życiem pojawia się nowa szansa, optymizm, który znika wraz z nadejściem mroku. O godzinie 20-21 ludzie zamykają się w swoich domach ze strachu przed szabrownikami, bezkarnie grasującymi bandytami, sowieckimi bestiami, które hańbią kobiety i zabierają wszystko, co wartościowe z domów. Przed bandami zdegenerowanych sierot wojennych, chłopców, którzy napadają, gwałcą i rabują. Ludzie modlą się, aby doczekać do rana. To także miasto, gdzie z jednej strony są zapełnione główne ulice, ale już na podwórkach dochodzi do szemranych transakcji, również cielesnych. Na podwórkach są stosy śmieci i szczury spasione na trupach.

To także miasto wielu szemranych interesów, gdzie walutą jest m.in. spirytus czy kobiece ciało.

Po wojnie kwitł handel wojenny. We Wrocławiu mieścił się największy plac targowy w Polsce tzw. szaberplac, obecnie plac Grunwaldzki. Handlowano tam wszystkim, począwszy od darów z UNRY, poprzez szczeniaczki, niedostępne na rynku lekarstwa, jak te na astmę i epilepsję. Przy okazji można było sfinalizować transakcje między budami, kupując spirytus z sokiem wiśniowym. Nazywano ten drink „tata z mamą”. Spirytus czy wódka to była ważna waluta. Szabrownicy sowieccy sprzedawali wszystko za wódkę.

Wrocław w mojej powieści to miasto straszne. O godzinie 20-21 ludzie zamykają się w swoich domach ze strachu przed szabrownikami, bezkarnie grasującymi bandytami, sowieckimi bestiami, które hańbią kobiety i zabierają wszystko, co wartościowe z domów. Ludzie modlą się, aby doczekać do rana.

Stąd ten wątek zdegenerowanych sowietów?

Po pierwsze z książki Marcina Zaremby „Wielka trwoga”, opisującej powojenny świat. Tam jest dłuższy passus poświęcony gwałtom żołnierzy sowieckich na Polkach. Niemki były gwałcone masowo i żołnierze mieli na to przyzwolenie od góry. Chyba sam Stalin, a może jakiś innych bardzo wysoko postawiony funkcjonariusz sowiecki chwalił się, że po przejściu Armii Czerwonej przez Niemcy narodzi się 2 mln obywali mających krew radziecką. Gwałty na Polkach groziły już jednak karą śmierci lub w najlepszym wypadku zesłaniem na Sybir. Mimo to, o czym Marcin Zaremba pisze bardzo wyraźnie, zdegenerowani sowieccy żołnierze regularnie, nie zawsze dezerterzy jak u mnie, napadali na kobiety.
Drugim źródłem inspiracji był film, który wywarł na mnie ogromne wrażenie. Sprawił, że wręcz zmieniłem sporo w planie powieści. To była „Róża” Wojciecha Smarzowskiego. Ten film naprawdę mną wstrząsnął.

Co z innymi źródłami inspiracji? Znajomy prokurator uważa, że ma Pan rozległą wiedzę kryminalistyczną. Czy docierał Pan do dokumentów procesowych z czasów opisywanych w Pańskich książkach?

Nie, raczej po nie nie sięgam, choć ostatnio to właśnie zrobiłem. Przygotowując się do pisania „Otchłani mroku” przeglądałem bardzo dokładnie akta milicji obywatelskiej we Wrocławiu z lat 1946-48. Nie znalazłem niczego, co by mnie zainspirowało. Natomiast odkryłem kopalnię informacji natury obyczajowej. O tym, że np. zlikwidowano dom publiczny, a u 10 na 20 pracujących tam kobiet stwierdzono chorobę weneryczną. To jest bardzo ciekawe tło społeczne do wykorzystania w książce.
Marek Krajewski wrócił ze swoimi powieściami do swojego ukochanego Wrocławia.
Fot. Wydawnictwo Znak
Policjanci z kolei twierdzą, że oddaje Pan ducha ich pracy. Konsultuje Pan swoje pomysły z prawdziwymi stróżami prawa?

Mam serdecznego kolegę, emerytowanego policjanta, który przeszedł pomyślnie weryfikację i był szefem komendy dzielnicowej. Opowiada mi różne ciekawe historie i przyznaję, że przechyliłem z nim nie jedną pięćdziesiątkę. Wiem też od niego, że alkohol jest na porządku dziennym w pracy policjantów. W latach 80. powstała praca doktorska „Alkoholizm jako choroba zawodowa policjantów”. Nie została nigdzie opublikowana, co zapewne było działaniem cenzury. Chyba więc nie powinno nikogo dziwić, że mój bohater nadużywa alkoholu. Ja sam jestem wierny powiedzeniu Tuwima, że alkohol jest zbyt dobrą rzeczą, aby jej nie szanować, zwłaszcza w towarzystwie mojego kolegi, od którego dowiaduję się znacznie bardzie ciekawych rzeczy, niż te, które mógłbym znaleźć w kronikach kryminalnych.

Najnowsza Pana książka przesycona jest poza tym tęsknotą za przedwojennym systemem edukacji i wyraźną krytyką obecnego…

Osobiście tęsknię za systemem edukacji dowartościowującym języki klasyczne, zwłaszcza łacinę. Taki system edukacji jest bardzo popularny w krajach zachodnich, np. w Niemczech, gdzie 25 procent gimnazjalistów uczy się łaciny. U nas łacina została zepchnięta na margines życia szkolnego. W moich czasach była w jedenastu spośród czternastu wrocławskich liceów. W tej chwili mamy ich trzydzieści pięć, a jest zaledwie w trzech. I to tylko w niewielkim wymiarze godzin, a przecież na Zachodzie można zauważyć renesans łaciny. Europa szuka swoich korzeni i odnajduje je po pierwsze w rzymskim poczuciu sprawiedliwości, a po drugie w greckim poczuciu piękna i w chrześcijańskiej moralności. I powrót do łaciny czy też jej ożywienie jest moim marzeniem, które przemycam mojej najnowszej powieści. Choć na ogół nie staram się stroić w piórka autorytetu moralnego, człowieka udzielającego rad czy stawiającego diagnozy społeczne, bo uważam się za skromnego rzemieślnika, autora kryminałów, to jest jeden wyjątek: łacina. Jestem łacinnikiem, przez piętnaście lat nauczałem łaciny na Uniwersytecie Wrocławskim i na tym się po prostu znam. Wiem, o czym mówię.

W latach 80. powstała praca doktorska „Alkoholizm jako choroba zawodowa policjantów”. Nie została nigdzie opublikowana, co zapewne było działaniem cenzury. Chyba więc nie powinno nikogo dziwić, że mój bohater nadużywa alkoholu.

Ile z Pana jest w profesorze Remusie, drugim bohaterze „W otchłani mroku”?

Zarówno Edward Popielski jak i profesor Wacław Remus mają ze mną wiele wspólnego. Po pierwsze jeden i drugi jest filologiem klasycznym, tak jak ja. Remus uwielbia języki starożytne, jest również profesorem filozofii, którą jestem niezwykle zainteresowany. Obaj mężczyźni są pedantami. Ubierają się niezwykle starannie. Ja zaś nie wyobrażam sobie, by wyjść na ulicę w brudnym butach. To tyle.

Jako autor powieści kryminalnych pracuję od 1999 roku, mam za sobą dwanaście książek, tak więc siłą rzeczy muszę obdarzać moich bohaterów własnymi cechami. Są pisarze tacy jak Andrzej Sapkowski, którzy mówią: „moi bohaterowie nie mają nic wspólnego ze mną”. Ja zazdroszczę panu Andrzejowi tej wirtuozerii pisarskiej. Tej maestrii. Ja tak nie potrafię. Dlatego obdarzam moich bohaterów różnymi moimi cechami, jak choćby zamiłowaniem do brydża czy do szachów. Dodajmy jeszcze słabość do pewnych charakterystycznych potraw. Moi bohaterowie uwielbiają jeść golonkę. To ich ulubiona potrawa, którą spożywają pod stopkę mrożonej wódki. Przyznaję, że taka kombinacja jest mi bardzo bliska.

Planował Pan kiedyś morderstwo doskonałe?

Nigdy o tym nie myślałem. W ogóle uważam, że to bardzo niejasne sformułowanie. Zgodnie z definicją jest to morderstwo, którego sprawcy nie wykryto, a takich morderstw jest przecież sporo. Ponadto słowo „doskonałe” nie pasuje do „morderstwa” i walczyłbym z nadużywaniem takiego określenia.

Jak to jest być zawodowym pisarzem w kraju, w którym czyta się tak mało książek?

To jest moje życie. Mój zawód. Pracuję po prostu osiem godzin dziennie. Kiedy moje dzieci studiowały i ok. godz. 10 przychodziły na śniadanie, to odrywałem się od pisania, bo ich wizyta była świętem. Dlatego wolałem pisać od godz. 5 do 10. Teraz jest już inaczej. Dzieci studia pokończyły i nie odwiedzają mnie już tak często. I teraz mogę sobie spokojnie pracować od godz.8 do 15.
A czy da się wyżyć? W ciągu tych dwunastu lat moje książki zyskały spore grono czytelników. Ponadto pracuję bardzo intensywnie. Produkuję, świadomie użyję tego słowa, jedną książkę rocznie. Jestem rzemieślnikiem nie artystą. Jeżeli więc zachowuję ten rytm pracy i piszę jedną książkę rocznie dla dużej grupy czytelników, to można z tego wyżyć. Nie jestem jakimś nababem. Nie mam jachtu na Riwierze, ani domu w Alpach. Nie mam wielkich potrzeb, żyję dość skromnie i potrafię z tego utrzymać siebie i swoją rodzinę.

Europa szuka swoich korzeni i odnajduje je po pierwsze w rzymskim poczuciu sprawiedliwości, a po drugie w greckim poczuciu piękna i w chrześcijańskiej moralności.

Wydawałoby się, że pisarz, którego twórczość przetłumaczono na 20 języków, winien opływać w luksusy?

To mity. Ze sprzedaży w niektórych krajach nie zobaczyłem ani grosza, albo jakieś niewielkie sumy, jak choćby z Holandii czy ze Słowacji. Natomiast są trzy kraje, w których cieszę się sporą popularnością, co przekłada się na tantiemy na moim koncie. Nie są to ogromne kwoty, ale czasami okazują się bardzo potrzebne i ogromnie radują mnie i moją rodzinę. To są takie kraje jak Włochy, Niemcy czy Ukraina.

Może tam bardziej doceniają ten totalny mrok utrzymujący się w Pana powieściach, choć jednak w nowej nie jest on aż tak dekadencki, jak w sadze o Mocku. Jednocześnie w każdej powieści widać poczucie sprawiedliwości.

Poczucie sprawiedliwości to bardzo ważna kwestia w kryminałach. Zbrodnia narusza porządek świata, czytelnik zostaje wrzucony w sam środek chaosu, a na samym końcu książki ten porządek świata zostaje przywrócony. Zbrodniarz zostaje zdemaskowany, bestia ukarana. I to poczucie sprawiedliwości, które pan dostrzega, jest spowodowane gatunkiem, który uprawiam. Tak naprawdę jestem pogodnym człowiekiem, po prostu piszę mroczne kryminały. Uważam, że mam odrobinę talentu i staram się to po prostu dobrze robić.

 Co w następnej kolejności zamierza Pan „wyprodukować”?

Na razie koncentruję się na nowej trylogii wrocławskiej, której motywem przewodnim jest właśnie mrok. Tak jak w serii poświęconej Mockowi w tytułach zawsze był „Breslau”, w lwowskiej serii – nawiązanie do mitologii, tak teraz tytuły będą związane właśnie z mrokiem. Kolejną powieść zatytułuję prawdopodobnie Korowód upiorów. I powinna się ukazać drukiem we wrześniu przyszłego roku.

– rozmawiał Rafał Pasztelański
Zdjęcie główne: Marek Krajewski. Fot. wydawnictwo Znak
Zobacz więcej
Wywiady wydanie 13.10.2017 – 20.10.2017
„Powinniśmy powiedzieć Merkel: Masz tu rachunek, płać!”
Jonny Daniels, prezes fundacji From the Depths, O SWOIM zaangażowaniu w polsko-żydowski dialog.
Wywiady wydanie 28.07.2017 – 4.08.2017
Definitely women in India are independent
Srinidhi Shetty, Miss Supranational 2016, for tvp.info
Wywiady wydanie 28.07.2017 – 4.08.2017
Małgosia uratowała mi życie. Dzięki niej wyszedłem z nałogu
– Mam polski paszport i jestem z niego bardzo dumny – mówi amerykański gwiazdor Stacey Keach.
Wywiady wydanie 28.07.2017 – 4.08.2017
„Kobiety w Indiach są niezależne. I traktowane z szacunkiem”
Tak twierdzi najpiękniejsza kobieta świata Srinidhi Shetty, czyli Miss Supranational 2016.
Wywiady wydanie 14.07.2017 – 21.07.2017
Eli Zolkos: Gross niszczy przyjaźń między Żydami a Polakami
„Żydzi, którzy angażują się w ruchy LGBT, przyjmują liberalny styl życia, odchodzą od judaizmu”.