Wywiady

Zło nas kusi wspaniałościami

Tak się ułożyło w moim życiu zawodowym, że nie grywałem królewicza na pięknym koniu, który ratuje księżniczkę. Musiałem się zadawać z takimi typami, raczej podejrzanymi i doszedłem do wniosku, że to być może jest ciekawe. Zło to jest przedstawienie, które nas kusi różnymi wspaniałościami - mówi Janusz Gajos, odtwórca głównej roli w filmie „Układ zamknięty” w rozmowie z Kamilą Drecką.

Kamila Drecka: Pan kiedyś opowiadał, że mówiono do pana per „Panie Turecki”.

Janusz Gajos:
Taka rola, która robi się na tyle publiczna, że po prostu chodząc po ulicy człowiek jest tą postacią, a nie inną.

Kiedy Pan to znienawidził?

Od samego początku, bo już widziałem czym to grozi. No, jak niepoważny lekarz budząc z narkozy mówi: „panie Turecki budzimy się”, to ja mówię: to koniec, to już trzeba zamykać drzwi i uciekać.

Naszą rozmowę chciałabym zacząć od najnowszego filmu, w którym Pan bierze udział czyli „Układ Zamknięty” Ryszarda Bugajskiego oparty na prawdziwych wydarzeniach. Trzech właścicieli dobrze prosperującej spółki nagle zostaje zatrzymanych i osadzonych pod różnymi zarzutami, które to zarzuty formułuje pan, jako zły prokurator.

Nie opowiadając filmu, jeżeli trójka dobrze działających młodych ludzi zostaje oskarżona o działalność, za którą się siedzi w więzieniu, której nie popełniono, to jest to anomalia.



Ryszard Bugajski, mówiąc o tym filmie wskazał na to, co dla niego było najciekawsze i powiedział, że najciekawsze pytania tego filmu, to dlaczego wolny człowiek nagle wybiera zło mogąc wybrać dobro lub też obojętność.

Są tam retrospekcje z młodego życia prokuratora Kostrzewy. Ja pytałem go, dlaczego on się nie zmienił. Co się stało, że tkwi w tym, co być może zostało mu w jakiś sposób zaszczepione kiedyś tam, we wczesnej młodości. Ale przecież człowiek się rozwija, widzi popełnione błędy, stara się je korygować w sobie. Dlaczego on został na stanowisku człowieka, którego jednoznacznie się określa jako podły charakter? A może on po prostu dorobił się takiego stanowiska wobec świata ze swoich doświadczeń, od początku - od młodości do teraz, że świat jest w ogóle zły? Więc ja nie mam co udawać dobrego, będę korzystał choćby w najgorszy sposób!

Ale to jest skazywanie siebie na piekło!

No owszem, ale nie każdy ma tę świadomość.

To piekło również dotknęło inną pana postać. Mam na myśli „Przesłuchanie” również Ryszarda Bugajskiego.

Tam w „Przesłuchaniu” to był sztandar zła po prostu i nie widziałem żadnego ratunku dla tej postaci. Nie wiedziałem mimo wszystko, jak ją ocieplić W tym sensie, żebyśmy pokazali, że tacy ludzie, że to też jest człowiek.

Krytycy zwracają uwagę, że często Pan gra postaci mroczne, czarne charaktery, próbuje je jakoś ocieplać, dodać im jakąś ludzką cechę, żeby to nie było tak jednoznaczne zło.

Tak się ułożyło w moim życiu zawodowym, że nie grywałem, jak powiedziałem kiedyś, królewicza na pięknym koniu, który ratuje księżniczkę. Musiałem się zadawać z takimi typami, podejrzanymi raczej i doszedłem do wniosku, że można sobie dać z tym radę i że to być może jest ciekawe. Tym bardziej, że wszyscy wiemy, że zło to jest przedstawienie, gdzie pokazuję różne rzeczy, zło nas kusi różnymi wspaniałościami. No więc jest co graĆ!

(fot.TVP)
Był taki moment, kiedy Pan chciał zrezygnować z aktorstwa, kiedy Pan trzeci raz nie zdał do szkoły aktorskiej, prawda? Nawet pan myślał o polonistyce, o dziennikarstwie.

Pomyślałem sobie, że może rzeczywiście ci ludzie mają rację, a ja nie mam racji. A czas biegnie. Nie poszedłem na studia, poszedłem do wojska no i po tym wojsku powiedziałem, że należy coś z tym życiem dalej zrobić, czyli coś zmienić. Nie mogę wyjść z podziwu, że dzieje się coś takiego z człowiekiem, który coś postanowił i nagle jakiś głos skądś mówi: nie, tu proszę pana, w lewo poproszę! No i ja tam poszedłem jeszcze raz, w którąś tę stronę i okazało się, że jednak dobrze trafiłem.

Dobrze słyszę, że pan mówi o przeznaczeniu?


Może dobrze Pani słyszy. Jest wiele rzeczy niewytłumaczalnych w naszym życiu, w naszym postępowaniu.

Czyli czucie i wiara także?

Tak, myślę, że dokonujemy wyboru jakby podświadomie i okazuje się, że dobrze wybraliśmy. Potem ta szkoła jakoś tak przeszła mi, żeby użyć właściwego słowa, bezboleśnie. Potem serial i potem była zapaść.

Grali z panem wybitni aktorzy: Fijewski.

Wspaniały aktor!

Pieczka, Wilhelmi. Jakoś im nie zrobiło to krzywdy. Panu zrobiło.

Jeżeli mówić o jakichkolwiek korzyściach, takich solidnych korzyściach z mojego udziału w tym serialu…

Napatrzył się pan aktorstwa?

Dostałem szkołę, rzeczywiście! Spotkałem tam aktorów, wobec których czułem takie onieśmielenie, że wydawało mi się po prostu, że przyszedłem nie w to miejsce co trzeba.

Potem znowu było różnie. Tych ról ciekawych nie było wiele. I nagle Pan dostaje propozycję od Gustawa Holoubka – i Teatr Dramatyczny.

Tak, dostałem tę propozycję od Gustawa. No to się poczułem bardzo, bardzo dowartościowany.

No tak, tylko na krótko.

Na krótko niestety…

Dlatego, że za chwilę był stan wojenny i Gustaw Holoubek rzucił legitymacją poselską.

On zresztą mi powiedział piękną rzecz wtedy. Powiedział mi, kiedy mnie oglądał na próbach - graliśmy „Jak wam się podoba” Szekspira, ja grałem właśnie błazna Probierczyka - no więc wyobraża sobie Pani, jak ja chciałbym zagrać pięknie to wszystko. No i brałem udział w tych próbach, byłem szalenie czynny i na którąś z ostatnich prób, bo on tego nie reżyserował, przyszedł Holoubek, usiadł i mówi: „Słuchaj, pozwól na chwilę. Chciałem ci powiedzieć, tak wiesz bardzo pięknie to proponujesz naprawdę, ja nic nie kłamię, ale wiesz co? Widać, że się bardzo starasz. Gdybyś mógł to zniwelować, to byłoby dobrze”. To jest uwaga dla aktora bezcenna moim zdaniem, ponieważ całe zło większość zła w działaniu jest z tego starania się, żeby pokazać że ja umiem!

Czasami słyszymy tez w kontekście zawodu, który pan uprawia, „ta twarz jest ograna”. Czy to jest tak, że to ryzyko uprzedmiotowienia twarzy w pańskim zawodzie jest wkalkulowane?

„Mamy dosyć tej twarzy” – tak?. No, to się zdarza z różnych powodów, z tym, że jak ktoś zabrnie w jakąś jednakowość odtwarzania postaci, czy przypisujemy go do jakiejś grupy, już wiemy czego się spodziewać przy następnym zdarzeniu. Ja mówię o tym dlatego, ze ja staram się strasznie szybko uciekać z tego ponieważ to jest to, co mnie najmniej interesuje w tym zawodzie.
(fot.arch.TVP)
Jeśli przestają do nas przychodzić te same role, to namówienie kogoś, żeby zobaczył w Panu kogoś innego jest bardzo trudne.

No tak, ale też mieści się w tym wszystkim element miłego, czy też jakiejś niespodzianki, że my już tak się przyzwyczailiśmy do tego faceta, już prawie wszystko o nim wiemy i nagle mówimy: O!, a tego nie znamy. I to jest wspaniałe w tym zawodzie!

Na przykład „Opowieści Hollywoodu”, prawda?

Na przykład.

Mówi Pan o sobie: „Nie jestem pewny siebie”. Mówi Pan to teraz, kiedy nie musi Pan już mam grać każdej roli, może Pan sobie wybierać, właściwie nie ma żadnego zagrożenia.

Kiedy byłem bardzo pewny siebie jako młody człowiek. Potem, po drodze człowiek się potyka, przewraca, wstaje, coś tam zauważa, wyciąga z tego wnioski i coraz mniej zaczyna być pewny siebie. W tej chwili wcale nie jestem pewny siebie.

Czyli to jest ta dojrzałość osobowościowa?

Myślę, że tak. Myślę, że jak zaczynamy sobie zdawać sprawę, że tak niewiele od nas w sumie zależy, że wszystko się może zdarzyć, to pewność siebie zaczyna wyglądać na śmiesznostkę.

Kiedy Pan np. przymierza się do jakiejś nowej roli, to nie jest Pan pewny siebie?

Oczywiście, że nie i to jest po prostu urok tego zawodu. Wie Pani, nie wyobrażam sobie siebie jako człowieka wykonującego jakąś rutynową pracę.

Powiedział Pan też kiedyś, że dla Pana aktorstwo to jest sposób mówienia do ludzi. Co Pan tym ludziom chce powiedzieć?

Raczej określam siebie już po auto-obserwacji, jako introwertyka, który ma pewne trudności z komunikacją. Nie lubię się tak nachalnie komunikować. Ja wykonuje swój zawód – wychodzi się w pewnym momencie w sposób usprawiedliwiony - bo przyszli ludzie, bo kupili bilety.

Ma pan trybunę!

I rozmawiam z ludźmi, i się tego nie wstydzę, bo w razie czego mam zawsze odpowiedź - ja to uprawiam zawodowo.

Zacytuję Ingmara Bergmana, który powiedział, że najpierw aktor musi długo pić, żeby się dopić swojej twarzy.

To krąży w naszym środowisku jako takie złośliwe określenie zawodu aktorskiego, że jak się aktor dopije twarzy to traci pamięć.

Określam siebie już po auto-obserwacji, jako introwertyka, który ma pewne trudności z komunikacją. Nie lubię się tak nachalnie komunikować

W tym pierwszym zdaniu chyba jest coś ważnego powiedziane, że musi się dopić swojej twarzy czyli dojrzeć, czyli jak gdyby stworzyć osobowość.

Czyli doświadczyć życia. Żeby nie brylować, nie oscylować gdzieś na obrzeżach banałów, żeby nie opowiadać ludziom rzeczy nieważnych. Każdy musi mieć jakiś bagaż doświadczeń, żeby próbować się zwierzać ludziom. O, to jest może lepsze określenie: zwierzać się ludziom ze swoich niepokojów, ze swoich spostrzeżeń, ze swoich błędów. Czy ja nie chcę mówić do siebie przypadkiem przy pomocy ludzi, ubierając wszystkie te rzeczy w cudzy tekst? I najlepiej, żeby był dobrego gatunku. Ja bardzo lubię kabaret. I grywałem tam jeszcze w „Egidzie” kiedyś. Myśmy to grywali w jakichś takich…

W „Egidzie”, czyli „Pod Egidą” czyli u Jana Pietrzaka.

No i kiedyś, dawno temu, jak on uprawiał jeszcze tzw. „Imieniny pana Janka”, jechało się do Opola. Ja tam pojechałem pierwszy raz w życiu. Uprawiałem ten kabaret od lat, nie było mi to obce, teksty otrzaskane, „naumiane na pamięć”, omówione kilkaset razy. Wyjrzałem za kulisy i zobaczyłem ścianę ludzi na widowni! I mówię: „O nie! Tam ja nie wejdę!”. I Janek mnie wtedy prawie wykopał na tę estradę. I wyszedłem, zacząłem mówić, i zauważyłem, że kilka tysięcy ludzi reaguje, więc powoli doszedłem do wniosku, że to może jednak ma sens. I już tam zostałem.

W stanie wojennym oddał Pan legitymację partyjną. Zapisał się Pan do PZPR-u, bo wierzył Pan w komunizm?

Przyszedł do mnie człowiek godny, tak mi się wydawało, zaufania, którego nawet bardzo ceniłem. To był jeden z moich profesorów i powiedział mi, że wiele rzeczy jest do naprawienia, wiele rzeczy jest nie tak, jak trzeba i że on ma tego świadomość i że obserwując mnie powiedział: „kto to ma robić?!. Ja jestem już w pewnym wieku. Musicie to robić Wy, młodzi”. To ja chodziłem z tym kilka dni i w końcu doszedłem do wniosku - facet ma rację! Nie miałem tego spojrzenia wstecz, które mieli inni ludzie - na historię, wie Pani, na to, czego nie wolno nam było słyszeć, mówić. No i potem zaczęło się to w jakiś sposób przecierać, przecierać, aż doszło do tego, że trzeba było spojrzeć prawdzie w oczy i powiedzieć, że to jest absolutnie nie tak i koniec.

To, że cisnął pan tą legitymacją partyjną w stanie wojennym to jest zrozumiałe. Czy to się stało zaraz po tym, jak pan Gustaw Holoubek również się rozstał z teatrem?

Nie zaraz potem, ale chyba minęły jakieś dwa lata. I nie cisnąłem - nie robiłem takich gestów. Ja po prostu przyszedłem, powiedziałem, że ja już postanowiłem nie brać w tym udziału i legitymację oddałem.
(fot.arch.TVP)
„Śmierć jak kromka chleba” to też bardzo ważny film. Kolejny ważny i też gdzieś w styku z historią, prawda, bo on dotyczy stanu wojennego. Pan gra jedynego z ekipy kierowniczej, który stoi po stronie…

…strajkujących.

W tym filmie Pan też pokazał, że dramatyczne sytuacje potrafią być nie tylko śmieszne, ale tragikomiczne.

Myśmy to wymyślali… Ja nie wiem czy ja tak nie zaproponowałem Kaziowi, że to jest taka akcja, no prawie jak konspiracyjna, jak za czasów okupacji, że to się w bucie coś przenosi, no i za dużo tego papieru w tym bucie i można się potknąć i przewrócić. Życie nam funduje co chwilę takie sytuacje. Ja myślę, że ten film był bardzo szczery. Szczery w tym sensie, że dopóki nie padły pierwsze strzały, kiedy nie zawisła groza, czyli tragedia po prostu - giną ludzie, to sam Kutz mówił, że to jest taka haja, jak się mówiło na Śląsku. Taka, że na ulicach się biją, że ZOMO i ci górnicy na siebie rzucają kamieniami. Że to było w takie słusznej sprawie, ale w granicach przyzwoitości. Dopiero jak padły strzały, zaczęli padać ludzie, to powiało czymś strasznym.

Chciałam zapytać o rolę u Kieślowskiego? Rola niejednoznaczna.

Myśmy się poznali przy „Dekalogu”. I ja tam miałem cały szereg różnych propozycji na temat dialogu, jak zwykle zresztą. To wywołało taki odruch niechęci u Krzysztofa - on się zresztą z tego zwierzał - bo przyszedł aktor i coś chce inaczej, mówi tego nie będzie grał, bo przecież niepotrzebne, a ja to przecież napisałem! Powiedział to w wywiadzie, który zachowałem sobie na wszelki wypadek, żeby wnukom pokazywać, kiedy człowiek wymiaru Kieślowski przyznał się, powiedział: „wie pani - mówił do dziennikarki – ja, kiedy montowałem ten film, to doszedłem do wniosku, że on miał rację!”. No, to są takie momenty, których nie można sobie zawiesić w klapie, ale, że one są, to jest dobrze!

Wypowiedział Pan takie zdanie, że „wszystkie postaci, jakie zagrałem, są bardzo dalekie od tego, jaki ja jestem”.

Ja się o to staram!. Staram się o to z taką świadomością, że w zasadzie ja nie mogę powiedzieć, jaki ja jestem właściwie. To, jaką gram postać, jest ściśle określone i ja to rozumiem i ją świadomie przedstawiam. A żeby z ręką na sercu powiedzieć: „ja jestem taki, a taki”, to nie! Wie Pani, to są wielkie tajemnice.
Ale to już trochę powiedział Pan: jestem introwertycznym, jestem wyciszony.

No tak, to są takie cechy, które da się zauważyć, a co tam dalej jest w środku, to nie wiadomo.

Nie zagłębia się Pan w siebie?

Zagłębiem się, ale bez skutku.

Poza tym, że Pan się ludziom przygląda, to też ich Pan fotografuje.

Nie fotografuję zawodowo.

Ale mówi Pan tak: „że fotografuję to, co się mi podoba, albo to, co jest tak brzydkie, aż mi się podoba”.

Tak, bo trzeba dokonywać jakichś wyborów. To jest to, co mnie interesuje. To jakiś rodzaj estetyki. Od tego, co nazywamy rzeczą piękną, aż do…

Kiczu?

Nie, kiczu nie! Brzydota czasem jest fascynująca np. brzydota starej, rozwalającej się architektury, prawda? Czy nawet twarz bardzo starego człowieka - bo jest zapisem kilkudziesięciu lat życia. To jest bardzo ciekawe.

Mówi Pan, że ma kłopot z zajrzeniem aparatem ludziom w twarz.

Bo to jest krępujące, ja sobie zdaję z tego sprawę. Ja bym nie chciał, żeby mi ktoś chodził z aparatem i mnie fotografował. A z drugiej strony, jak jestem po tamtej stronie obiektywu, strasznie mnie do tego ciągnie.

Lubi Pan podglądać?

No tak, bo zdjęcie podglądane jest prawdą!

Czego można życzyć aktorowi tak spełnionemu?

No, nie wiem czy z tym spełnieniem to jest aż tak, ale można życzyć wszystkiego najlepszego…
Zdjęcie główne: (fot.arch.TVP)
Zobacz więcej
Wywiady wydanie 13.10.2017 – 20.10.2017
„Powinniśmy powiedzieć Merkel: Masz tu rachunek, płać!”
Jonny Daniels, prezes fundacji From the Depths, O SWOIM zaangażowaniu w polsko-żydowski dialog.
Wywiady wydanie 28.07.2017 – 4.08.2017
Definitely women in India are independent
Srinidhi Shetty, Miss Supranational 2016, for tvp.info
Wywiady wydanie 28.07.2017 – 4.08.2017
Małgosia uratowała mi życie. Dzięki niej wyszedłem z nałogu
– Mam polski paszport i jestem z niego bardzo dumny – mówi amerykański gwiazdor Stacey Keach.
Wywiady wydanie 28.07.2017 – 4.08.2017
„Kobiety w Indiach są niezależne. I traktowane z szacunkiem”
Tak twierdzi najpiękniejsza kobieta świata Srinidhi Shetty, czyli Miss Supranational 2016.
Wywiady wydanie 14.07.2017 – 21.07.2017
Eli Zolkos: Gross niszczy przyjaźń między Żydami a Polakami
„Żydzi, którzy angażują się w ruchy LGBT, przyjmują liberalny styl życia, odchodzą od judaizmu”.