Historia

Sowieci chcieli więcej. Czy sojusz Polski z Niemcami był konieczny?

Polska-sojusznik Rzeszy miała być atrakcyjnym partnerem (protektorem) dla małych i średnich państw naszego regionu. „Do potęgi państwa drugorzędne dochodzą przez satelictwo państwa pierwszorzędnego” – tłumaczył Studnicki, który gotów był nawet pogodzić się ze zwasalizowaniem Polski przez Rzeszę.

Mutanty z Niemiec. Nowa wojna. Czerwone rebelie. Spis treści Tygodnika TVP (nr 43)

Komu pomógł egzorcysta? Jak zaatakowano Serenę? Czy Polakom należą się reparacje od Niemiec?

zobacz więcej
„Na poparcie tezy o konieczności zawarcia przymierza z Niemcami mam kilka milionów argumentów” – pisze Piotr Zychowicz w głośnej książce „Pakt Ribbentrop-Beck”. – „Argumentem takim jest bowiem każdy zamordowany przez okupantów obywatel Polski” – dodaje.

Maciej Korkuć, jeden z przeciwników sojuszu z III Rzeszą, w tekście „W obronie polityki Becka. Ani Hitler, ani Stalin nie chcieli być sojusznikami Polski. Chcieli naszego upadku” opublikowanym jakiś czas temu na portalu Rebelya.pl, broni polityki Józefa Becka, zestawiając scenariusze alternatywne z wojennymi losami innych państw naszego regionu.

Wydarzenia z lat 1939 – 1945 i późniejszych stanowią dziś punkt odniesienia dla oceny wyborów dokonanych przez władze II RP. Argumenty formułowane zarówno przez zwolenników, jak i przeciwników tytułowego sojuszu często opierają się na faktach, które kierownikom polskiej polityki zagranicznej lat 30. nie były znane. A świadomość wszystkiego tego, co nastąpiło później – od paktu niemiecko-sowieckiego z sierpnia 1939 roku, przez wrzesień ’39, dwie okupacje po Jałtę i zamknięcie Polski na pół wieku w bloku komunistycznym – musi wpływać na ocenę zarówno polityki Becka, jak i alternatywnych programów polskiej polityki zagranicznej.
Czołowi polscy „germanofile”: Stanisław Cat-Mackiewicz, Adolf M. Bocheński i Władysław Studnicki. Fot. NAC i Wikimedia
Nie negując intelektualnej wartości eksperymentów myślowych opartych na słowie „gdyby”, chciałbym jednak zaproponować spojrzenie z innego punktu widzenia. Zamiast zastanawiać się, czy i jak można było uniknąć losu, jaki nas spotkał, spróbujmy odpowiedzieć na pytanie: co polska dyplomacja powinna była robić w latach 30., do czego dążyć, jakie cele sobie stawiać?

Te problemy zaprzątały uwagę trzech czołowych przedwojennych zwolenników porozumienia polsko-niemieckiego, w mniejszym lub większym stopniu związanych z wileńskim „Słowem”: Władysława Studnickiego, nestora orientacji niemieckiej w Polsce, jego ideowego ucznia Stanisława Cata-Mackiewicza oraz młodego Adolfa M. Bocheńskiego, czerpiącego zarówno z dorobku obu starszych kolegów, jak i z myśli politycznej Romana Dmowskiego oraz szkoły krakowskiej.

„Germanofile” (używając tego określenie trzeba mieć na uwadze, że ich proniemieckość była wyłącznie natury politycznej, nie kulturowej) nie byli idealnie zgodni w każdej sprawie, nawet ich „proniemieckość” miała różne odcienie, jednak wszyscy trzej zgadzali się w sprawach zasadniczych.

„Lex Bocheński, lex Mackiewicz”

Byli zgodni na przykład co do tego, że w polityce funkcjonuje tzw. zasada relatywizmu politycznego, nazywana też przez Mackiewicza „lex Bocheński” ze względu na zasługi młodego publicysty w jej popularyzowaniu. Według tej zasady „potęga państwa jest odwrotnie proporcjonalna do siły państw i narodów, z którymi ma ono sprawy sporne”.

Mackiewicz ujmował to często bardziej lapidarnie, pisząc, że silne państwo to takie, które ma słabych sąsiadów, a słabe państwo to takie, które ma silnych sąsiadów. Zatem działanie na rzecz osłabienia sąsiadów jest równie naturalnym elementem racji stanu, co wzmacnianie sił własnych.


Drugie prawo Cat nazwał pretensjonalnie „lex Mackiewicz” i sformułował w sposób następujący: „Dola i niedola polityczna Polski jest uzależniona od stosunków pomiędzy Niemcami a Rosją. Jeśli stosunki rosyjsko-niemieckie są dobre, jeśli istnieje współpraca polityczna niemiecko-rosyjska to sytuacja Polski jest zła, katastrofalna, rozpaczliwa. Jeśli odwrotnie stosunki między Rosją a Niemcami są złe, jeśli wzbiera antagonizm, lub wybucha wojna, sytuacja Polski staje się dobra, mocna, a nawet otwierająca nam mocarstwowe perspektywy.”

Jakie wnioski należy zatem wyciągnąć z tak sformułowanych założeń? Przede wszystkim w interesie Rzeczypospolitej leży prowokowanie i utrzymywanie antagonizmu niemiecko-rosyjskiego.

Gra na zmianę układu sił

Stosunki międzynarodowe stanowią jednak obszar o dużej dynamice. Trudno więc liczyć na to, aby najsprawniejsza nawet polityka Warszawy zdolna była utrzymywać antagonizm niemiecko-rosyjski w nieskończoność, a jego wygaśnięcie zawsze grozić będzie Polsce kolejnym rozbiorem.
Koncepcję aliansu z Zachodem wszyscy trzej publicyści odrzucali zdecydowanie. Na zdjęciu: wizyta ministra propagandy i oświecenia publicznego Josepha Goebbelsa (drugi z prawej) w Warszawie. Spotkanie z marszałkiem Józefem Piłsudskim i ministrem spraw zagranicznych Józefem Beckiem (pierwszy z prawej). Fot. Getty Images
Trwałe oddalenie tego zagrożenia mogła zapewnić, w myśl zasady relatywizmu politycznego, zmiana układu sił. Dawałaby ona nadzieję na obronę niepodległości w razie, gdyby sąsiedzi wrócili do ekspansji w kierunku Rzeczypospolitej.

„Germanofile” uważali, że II Rzeczpospolita powinna być państwem rewizjonistycznym, wbrew popularnemu – nie tylko wśród ówczesnych polityków, ale także w naszej tradycji myślenia o Dwudziestoleciu Międzywojennym – przekonaniu, że Polska, jako beneficjent traktatu wersalskiego, powinna była go bronić w całej rozciągłości.

Na początku lat 20. przekonanie to znalazło wyraz w sformułowanej przez Konstantego Skirmunta doktrynie „obrony traktatów”. Przewidywała ona występowanie przeciwko nie tylko obojętnym, ale nawet pożądanym dla Polski zmianom traktatów powojennych (np. kwestii przywrócenia historycznej granicy polsko-węgierskiej) z obawy przed stworzeniem precedensu, który ułatwiłby Niemcom rewizję ich granicy wschodniej.

„Nawet gdy chodziło o Szanghaj, o Mandżurię – zżymał się Cat („W odpowiedzi posłowi Czapińskiemu”, „Słowo” z 15 października 1934) – to się w pałacu Brühlowskim mówi, czy aby nie wziąć strony Chińczyków, bo… nienaruszalność traktatów.”

Agresorów było dwóch. Jeden wyszedł z tego w glorii wybawiciela ludzkości. Nigdy nie poniósł kary

Niemcy wciąż chodzą w worach pokutnych, ale chętnie by zwalili część winy za II wojnę światową na Związek Sowiecki. W Rosji zaś obarczanie ZSRR współodpowiedzialnością może skutkować nawet więzieniem.

zobacz więcej
Doktryna ta była uważana przez „germanofilów” za kompletny absurd.

„Cała historia od początku istnienia państw aż do roku 1937 roi się od precedensów łamania traktatów. Nie można przypuścić, aby człowiek będący przy zdrowych zmysłach żądał, aby obawie przed dodaniem do tych wszystkich precedensów jeszcze jednego, podporządkowywać najkardynalniejsze wskazania polskiej narodowej racji stanu” – pisał Bocheński w książce „Między Niemcami a Rosją”.

Sojusznik pilnie poszukiwany

Potencjał państwa polskiego był różnie postrzegany przez „germanofilów”, o czym w sugestywny sposób świadczą rozmaite oczekiwania, jakie wysuwali wobec Józefa Becka i Ministerstwa Spraw Zagranicznych.

Mackiewicz stawiał przed polską dyplomacją zadanie uzgadniania polityki francusko-niemieckiej, i to na dodatek tak, aby nie naruszyć interesów Londynu.

Studnicki chciał jedynie, by Warszawa godziła Rumunów z Węgrami. A Bocheński formułował „polską doktrynę Monroe” (izolacjonizmu – przyp. red). Niemniej żaden nie uważał, aby Polska samodzielnie mogła dokonać pożądanych zmian w konfiguracji politycznej Europy Środkowej i Wschodniej. Potrzebowała sojuszników.

Zachód to za mało

Koncepcję aliansu z Zachodem jako podstawy bezpieczeństwa państwa wszyscy trzej odrzucali zdecydowanie, choć z innymi uczuciami robili to kulturowi frankofile Mackiewicz i Bocheński, a z innymi ewidentny frankofob Studnicki.

Polska u boku Hitlera rusza na Sowietów. Co by było, gdyby…

Namiestnikiem Adolfa Hitlera w Polsce zostaje Władysław Studnicki, zwolennik sojuszu z Niemcami. Powołuje dwie dywizje Waffen-SS, aby na nich oprzeć obronę kraju...

zobacz więcej
Doświadczenie historycznych kontaktów polsko-francuskich (możemy je określić jako tzw. zasada silniejszego sojusznika) uczyło, że państwo Zachodu poszukujące sprzymierzeńca przeciwko Niemcom będzie się rozglądać przede wszystkim za sojusznikiem możliwie najpotężniejszym i jego interesom będzie poświęcać interesy słabszych aliantów. Problem Polski polegał na tym, że – jak pisał Bocheński - „w ciągu dziejów była bardzo rzadko tym możliwie najpotężniejszym sprzymierzeńcem. Co więcej, była prawie zawsze w zatargach z tymi cennymi, potężniejszymi sprzymierzeńcami” – Szwecją, Turcją, wreszcie Rosją.

Zachód nie może być więc dla Polski pewnym sojusznikiem ani przeciw Niemcom, przed którymi zabezpieczenia będzie szukał w porozumieniu z silniejszym partnerem, ani przeciw Rosji, którą będzie chciał skaptować do obozu antyniemieckiego.

Ryzyko wojny na dwa fronty

„Germanofile” byli przekonani – i uważali to za fakt nieulegający wątpliwości dla żadnego dyplomaty na świecie – że Polska utrzymująca zaognione stosunki z Niemcami i z ZSRR jest narażona na wojnę na dwa fronty, a w momencie wybuchu konfliktu na jednej z granic, w zasadzie na pewno dostanie uderzenie w plecy. A takie państwo nie jest atrakcyjnym partnerem dla nikogo: ani dla mocarstw Zachodu, ani dla małych państw Europy Środkowej i Wschodniej, ani dla Japonii.

„Sojusznik to ten – pisał Mackiewicz – który może dać pomoc, a nie ten, którego trzeba ratować”, a Polsce zaatakowanej ze wschodu i z zachodu nawet na pomoc samej sobie sił by już nie starczyło. Co więcej, utrzymywanie złych relacji z obu sąsiadami w naturalny sposób prowokowało koalicję niemiecko-sowiecką przeciw Polsce.

W polityce tak jak w sztuce wojennej obowiązuje zasada koncentracji na jednym przeciwniku. Oczywistym wymogiem racji stanu państwa mającego sprawy sporne z kilkoma sąsiadami musi być dążenie, aby w danej chwili załatwiać je tylko z jednym, a nie z wszystkimi na raz.

Rzeczpospolita nie może więc – konkludowali „germanofile” – prowadzić jednocześnie antyniemieckiej i antyrosyjskiej polityki, a uzyskanie jakiejkolwiek swobody manewru w polityce międzynarodowej, a tym samym – możliwości realizacji wybranej koncepcji politycznej, wymaga wygaszenia antagonizmu na przynajmniej jednej z granic.

Koszt wygaszenia konfliktu

Ich zdaniem w polityce międzynarodowej konieczne zatem było:

• Wygaszenie antagonizmu na granicy polsko-niemieckiej lub polsko-sowieckiej;
• Podtrzymanie antagonizmu niemiecko-rosyjskiego;
• Wskazanie tego miejsca w aktualnej konfiguracji politycznej regionu, w którym możliwe będzie przeprowadzenie korzystnych dla Polski zmian – oraz podjęcie odpowiednich działań względnie przyjęcie postawy sprzyjającej takim zmianom.

Warunkiem wygaszenia antagonizmu z państwem, z którym mamy sprawy sporne, musi być jakiś kompromis. Skoro zaliczamy uspokojenie jednej z granic do podstawowych nakazów racji stanu, siłą rzeczy powinniśmy być przygotowani na poświęcenie interesów leżących niżej w przyjętej hierarchii. Nawet jeżeli nie będziemy zmuszeni do ustępstw od razu, to przynajmniej należałoby się liczyć z tym, że utrzymanie pożądanego na danym kierunku spokoju może postawić nas wobec takiej konieczności.
Dla prawidłowego ukierunkowania polityki zagranicznej niezbędna będzie więc odpowiedź na pytanie: na której granicy łatwiej i bezpieczniej będzie zlikwidować antagonizm? Z którym z sąsiadów niższym kosztem możemy dojść do porozumienia?

Rosja chciała więcej

W publicystyce „germanofilów” problem ten rozstrzygnięto poprzez analizę skali zagrożenia terytorialnego oraz ideologicznego z jednej i drugiej strony.

Ich zdaniem Polska zrealizowała w całości swój program terytorialny na zachodzie, wobec czego nie miała żadnego interesu w utrzymywaniu konfliktu. Niemieckie roszczenia terytorialne cechował natomiast względnie ograniczony zasięg. W najgorszym wypadku Rzesza groziła Polsce zaborem ziem zachodnich oraz uzależnieniem politycznym i gospodarczym, co nie pozbawiało nas szans na poprawę sytuacji przy zmianie koniunktury.

„Germanofile” liczyli przy tym na czynniki ekonomiczne i demograficzne, kierujące ekspansję niemiecką z dala od terytorium Rzeczypospolitej: na zachód, zgodnie z kierunkiem migracji ludności, przenoszącej się z terenów rolniczych do centrów przemysłowych, i na południe, gdzie lokowali najważniejsze interesy gospodarcze Rzeszy. Deficyt surowców mógł również skłaniać Berlin do rewindykacji utraconych kolonii. Nawet zwrot na wschód w poszukiwaniu terenów rolniczych nie musiał oznaczać zagrożenia ziem polskich, które ze względu na przeludnienie nie były dla Niemców atrakcyjnym terenem kolonizacji; ekspansja taka mogła ominąć Polskę i skierować się w stronę państw bałtyckich lub ZSRR.

Na wschodzie natomiast „germanofile” dostrzegali niebezpieczeństwo większe, i to niezależnie od kolorów flagi powiewającej nad Kremlem. „Biała” Rosja aspirowała przynajmniej do połowy obszaru odrodzonej Rzeczypospolitej. Komunistyczny „wojujący kościół rewolucji” nie tylko rozszerzał te pretensje na całość terytorium Polski, ale zagrażał również jej ustrojowi politycznemu, dorobkowi kulturowemu i cywilizacyjnemu, a także fizycznej egzystencji elit państwa.

Co więcej, Studnicki i Cat postrzegali wschód jako teren możliwej ekspansji terytorialnej, zarówno ze względu na sentymenty historyczne, pozostawioną na zachodnich obszarach ZSRR ludność polską, konieczność pozyskania terenów kolonizacyjnych, wreszcie strategiczno-militarny wymóg korzystniejszego ukształtowania granicy.

Trwałe odprężenie na jednej granicy mogło wiązać się z łatwiejszym przenikaniem do Polski ideologii komunistycznej bądź narodowosocjalistycznej. Zdaniem „germanofilów” zagrożenia te nie były równoważne. Naród niemiecki był jedynym polem ideowej ekspansji hitleryzmu, którego rasistowski charakter nie czynił go atrakcyjnym ani dla Polaków, ani dla większości pozostałych obywateli Rzeczypospolitej. Komunizm natomiast mógł pociągać znacznie większą część społeczeństwa.
„Germanofile” niebezpieczeństwo widzieli na wschodzie i to niezależnie od kolorów flagi powiewającej nad Kremlem. Na zdjęciu: Żołnierze Armii Czerwonej na letnich manewrach. Lipiec 1939 rok. Fot.Getty Images
Warto przy tym zwrócić uwagę, że orientacja polityczna „germanofilów” nie wiązała się z sympatią do nazizmu, postulatem zainstalowania podobnego ustroju w Polsce czy też przemilczaniem hitlerowskich zbrodni.

Realizacja drugiego zadania – podtrzymywania antagonizmu niemiecko-rosyjskiego – wymagała zastosowania pewnego ogólnego schematu stosunków między Polską, Niemcami i Rosją. U jego podstaw leżało założenie, że w ramach każdego antagonizmu wyróżnić można stronę, która pragnie porozumienia oraz drugą, która porozumienie odrzuca. Trwałość antagonizmu jest uzależniona od siły strony, która jest bardziej nieustępliwa; im silniejsza zaś będzie strona nastawiona ugodowo, tym większe prawdopodobieństwo zażegnania konfliktu. Jeżeli więc Polska pragnęła przedłużyć antagonizm niemiecko-rosyjski, powinna występować przeciw stronie, która pragnie porozumienia z przeciwnikiem, wzmacniać zaś stronę usposobioną agresywnie.

W latach 30. XX wieku nie było wątpliwości, kto jest stroną zaczepną. Bocheński zwracał uwagę na niebezpieczeństwo, jakie kryło się w ewentualnym dołączeniu Polski do bloku antyniemieckiego: osłabienie strony agresywnej przybliża porozumienie rosyjsko-niemieckie, a jak już ustalono – nie ma dla Polski gorszej koniunktury.

Podział Niemiec czy ZSRR

W pierwszych latach działalności „Słowa” zabezpieczenie przed niemieckim rewizjonizmem publicyści widzieli w rozbiciu Rzeszy na mniejsze państwa (królewską Bawarię, republikańską Nadrenię, etc.), co miało Polsce pozwolić nie tylko na odsunięcie zagrożenia utraty „korytarza”, ale i poszerzenie terytorium o część Prus Wschodnich.

Jedynie Studnicki od początku odrzucał tę koncepcje, ze względu na zwiększenie niebezpieczeństwa zbliżenia niemiecko-sowieckiego.

Z czasem pozostali „germanofile” również uznali, że historii do czasów przedbismarckowskich cofnąć się nie da, a koncepcję podziału Niemiec trzeba zaliczyć do rejestru niewykorzystanych okazji – zarówno z powodu fatalnych błędów polityki francuskiej, jak i przede wszystkim z powodu siły nacjonalizmu niemieckiego.

Ta sama jednak siła (idea narodowa), która działała przeciwko Polsce na zachodzie, stanowiła szansę na wschodzie. Fakt, że większość ludności ZSRR stanowiły mniejszości narodowe, pozwalał liczyć na rozbicie wschodniego sąsiada na szereg zwalczających się nawzajem organizmów państwowych, co zlikwidowałoby zagrożenie rosyjskie oraz niebezpieczeństwo koalicji niemiecko-rosyjskiej. Co więcej, podział ZSRR, jak to ujął Bocheński, leżał „na linii rozwoju dziejów”, co wpisywało się znakomicie w podkreślaną wielokrotnie przez Cata zasadę, że „polityka zagraniczna udaje się dobrze dopiero wtedy, gdy płynie z prądem wydarzeń politycznych, gdy płynie z nurtem historii”.

Zaremba do Zychowicza i Ziemkiewicza: Musicie się bardziej starać, panowie rewizjoniści

O perspektywie walki Polski u boku swastyki myślę ze wstydem.

zobacz więcej
Nawet jeżeli podział Sowietów nie miałby być przeprowadzony bezpośrednio przez Polskę, Warszawa powinna przyjąć wobec niego sprzyjające stanowisko, niezależnie od tego, czy wywołałby go rozkład wewnętrzny, konflikt na Dalekim Wschodzie czy też ewentualne starcie niemiecko-sowieckie.

Publicystyka „germanofilów” dostarcza przy tym argumentów do polemiki ze stawianym do dziś zarzutem, jakoby rozbicie ZSRR przez Rzeszę grozić miało niebezpiecznym dla nas wzmocnieniem zachodniego sąsiada. Największym atutem takiego scenariusza było oddalenie zagrożenia koalicją rosyjsko-niemiecką. Upadek Rosji i choćby czasowe wyeliminowanie jej z rozgrywki mocarstw, podniosłoby wartość Polski jako potencjalnego sojusznika Zachodu, Berlin zaś, pozbawiony możliwości powrotu do polityki Rapallo, zmniejszyłby, a nie zwiększył, swoje pole manewru wobec Warszawy. Błędem byłoby uważać rozbicie ZSRR za „koniec historii”, skazujący Polskę na wieczną podległość Rzeszy, która miałaby rzekomo w sprawie wschodniego sąsiada rozwiązane ręce.

Zabezpieczenie przed niemieckim rewizjonizmem

Sprawę „korytarza” i generalnie niemieckich roszczeń terytorialnych wobec Polski „germanofile” uważali za kwestię drugorzędną i dla niemieckiej racji stanu mało istotną. Daleko ważniejszymi jej elementami były Anschluss, zwrot kolonii, równouprawnienie w dziedzinie zbrojeń, przyłączenie Sudetenlandu.

Poparcie tych postulatów przez Warszawę miało stanowić rekompensatę za rezygnację Berlina z roszczeń terytorialnych wobec Polski i punkt wyjścia do dalszej współpracy, czyli: formowanie politycznego lub gospodarczego bloku państw europejskich („blok środkowoeuropejski” Studnickiego), rozbiór Czechosłowacji, a w dalszej perspektywie – rozbicie ZSRR.

„Germanofile”, postrzegający politykę jako dziedzinę dynamiczną, trwałą współpracę polityczną i gospodarczą z Berlinem uznawali za najlepsze zabezpieczenie przed niemieckim rewizjonizmem, a także szansę na wzmocnienie pozycji naszego kraju wobec małych i średnich państw regionu, dla których Polska-sojusznik Rzeszy miała być atrakcyjniejszym partnerem (protektorem), niż państwo zagrożone wojną na dwa fronty. Pozycję Niemiec miało z kolei wzmacniać istnienie buforu, oddzielającego ich od agresywnego ZSRR.

Warszawa satelitą Berlina

Najsłabszym punktem stworzonej przez „germanofilów” koncepcji była trudność z utrzymaniem równoprawnych stosunków Warszawa – Berlin, wynikająca z różnicy siły obu państw. Już w punkcie wyjścia można było dostrzec, że III Rzesza dysponuje również znacznie większym potencjałem wzrostu, przede wszystkim w postaci kilku milionów rodaków pozostających poza granicami państwa.
Rok 1939 oznaczał koniec idei porozumienia polsko-niemieckiego w takim kształcie, w jakim propagowano ją w kręgu „Słowa”. Na zdjęciu:7 października 1939 roku. Adolf Hitler przedstawia efekty zakończonej właśnie inwazji na Polskę. Fot. Getty Images
Przekonanie Mackiewicza, że porozumienie pozwoli na równomierne wzmocnienie obu partnerów, było więc fałszywe.

Studnicki, najbardziej wytrwały z „germanofilów”, gotów był pogodzić się nawet z ewentualnym zwasalizowaniem Polski przez Rzeszę. Jego zdaniem państwa „słabe” nie mogły uniknąć takiego losu – nawet Francja poddała się wpływom brytyjskim, nawet Włochy stały się wasalem Niemiec.

Rozgrywkę między mocarstwami postrzegał jako szansę, a jeden z ostatnich artykułów opublikowanych na łamach wileńskiego dziennika zamknął słowami: „5 potęg (Wielka Brytania, USA, ZSRR, Niemcy i Japonia – przyp. JS) występuje do walki o hegemonię nad światem. Los tej walki nie jest obojętny dla innych państw; w charakterze satelitów mogą one dużo zdobyć lub dużo stracić. Do potęgi państwa drugorzędne dochodzą przez satelictwo państwa pierwszorzędnego” („Podstawy systemu politycznego świata”, „Słowo” z 11 marca 1939).

Rok 1939 oznaczał koniec idei porozumienia polsko-niemieckiego w takim kształcie, w jakim propagowano ją w kręgu „Słowa”. Z upadkiem idei – nawet po wrześniu ‘39 – nie pogodził się tylko Studnicki.

„Ciężko jest każdemu człowiekowi – pisał Mackiewicz w swoistym epitafium dla propagowanej przez kilkanaście lat koncepcji – patrzeć na katastrofę, przed którą przestrzegał, która powinna być zwycięstwem, gdyby się jego plan wykonało. I ciężko jest znosić wyniosłą obojętność poczciwców wobec myśli inteligentnej” („Ci, którzy przekonać nie umieją”, „Słowo” z 10 czerwca 1939).

Lekcja realizmu politycznego

Pozostaje pytanie, czy ta lekcja realizmu politycznego zostawiła po sobie coś wartościowego?

Bez jej uwzględnienia trudno o rzetelną ocenę polityki zagranicznej II Rzeczypospolitej. Dorobek „germanofilów” zawiera przy tym elementy uniwersalne dla refleksji o historii i polityce. Formułowane przez nich reguły funkcjonowania państwa w otoczeniu międzynarodowym do dziś mogą stanowić źródło inspiracji.

Publicyści „Słowa” postrzegali stosunki międzynarodowe jako pole gry, której wynik nie jest zdeterminowany stosunkiem sił poszczególnych graczy, podobnie jak o losach bitwy nie decyduje z góry przewaga liczebna jednej ze stron. Przyznawali oni polityce zagranicznej duże znaczenie w prowadzeniu państwa i narodu w górę lub w dół międzynarodowej hierarchii. Towarzyszyło im przekonanie, że jest przywódcy są w stanie zawsze osiągnąć lepsze lub gorsze efekty, wykorzystać lub zmarnować dobrą koniunkturę, zminimalizować lub pogłębić skutki koniunktury złej, wreszcie – nie pozostaje bez wpływu na koniunkturę, w której musi funkcjonować.

Złamały życie milionów ludzi. Stały po stronie zła. Zmagały się ze sobą. Nie warto przymykać oka na jeden totalitaryzm

W debacie publicznej powinno się sprawiedliwie, mniej więcej po równo, rozdzielać argumenty krytyczne względem komunizmu i nazizmu – mówi prof. Bogdan Szlachta.

zobacz więcej
A w chwili powrotu mocarstwowych aspiracji Niemiec i Rosji szczególnie cenne wydaje się być zwrócenie uwagi na prymat stosunków z wielkimi sąsiadami.

„Polityka polska – pisał Mackiewicz po latach – to zawsze i jedynie polityka w stosunku do Rosji i do Niemiec. Nasza sytuacja geograficzna, stosunek naszych sił do sił sąsiadów przesądziły o tym. Polityka polska wobec Francji, Anglii, Ameryki czy kogokolwiek bądź na świecie była tylko odblaskiem, tylko konsekwencją, tylko skutkiem naszego stosunku do Rosji i do Niemiec. Prawdę tę o wiele mniej niż Piłsudski czy Dmowski rozumiał Beck.”

– Jan Sadkiewicz, historyk, wicedyrektor krakowskiego wydawnictwa Universitas. Autor książki „»Ci, którzy przekonać nie umieją«. Idea porozumienia polsko-niemieckiego w publicystyce Władysława Studnickiego i wileńskiego »Słowa« (do 1939)” (Kraków 2012). Redaktor „Pism wybranych” Stanisława Cata-Mackiewicza. Przygotowuje pracę poświęconą myśli politycznej Aleksandra Bocheńskiego.

Szersza wersja tekstu ukazała się na portalach Rebelya.pl oraz Kresy.pl.


TYGODNIK TVP, ul. Woronicza 17, 00-999 Warszawa. Redakcja i autorzy

Zobacz więcej
Historia Najnowsze wydanie
Mordowano polskich ziemian, urzędników i księży
„Pchnięcie Polski nożem w plecy” – tak zachodnie media nazwały we wrześniu 1939 roku napaść ZSRR na wschodnie tereny II RP. Na Kresach przedstawiciele wszystkich mniejszości etnicznych wykazali czynnie, że nic ich nie łączy z państwem polskim.
Historia Poprzednie wydanie
Viktor Orbán ogląda bezgłowe zwłoki kozła
Premier na tropie pokrewieństwa Węgrów z koczowniczymi ludami Azji Środkowej.
Historia wydanie 31.08.2018 – 7.09.2018
Niemcy napisali na mogile: „Tu leży polska mniejszość narodowa”
Sam Hitler decydował, jak opanować polskie mosty na Wiśle. Niemcy wysłali więc do Tczewa pociąg pancerny, piechotę i lotnictwo. Tu 1 września 1939 roku padły pierwsze strzały.
Historia wydanie 31.08.2018 – 7.09.2018
Strzelali z bliska, grzebali ludzi żywcem, główki dzieci...
W lasach piaśnickich, niedaleko Wejherowa, Niemcy zabili od 12 do 14 tysięcy ludzi. Ich tożsamość – w większości – do dzisiaj nie jest znana.
Historia wydanie 31.08.2018 – 7.09.2018
W służbie cara, Hitlera i Pinocheta. Byle bić bolszewików
Chilijski generał, potomek Kozaków, płaci słoną cenę za kontynuację walki z komunizmem. Wyrok, który odsiaduje, uważa za zemstę lewicy.