Kultura

Wygłodniali robotnicy, niewypały i szwagier, który ocieplił dom „Testamentem Polski Walczącej”

– Były u mnie rewizje – zaczął Zdeterminowany, a ja – wstyd się przyznać – miałem nadzieję, że SB zarekwirowała te nieszczęsne kalendarzo-plakaty. – Musiałem je wywieźć pod Warszawę, na działkę do szwagra – dodał. – Co?! – byłem przerażony, że będę musiał taszczyć te kalendarze taki kawał. – Głupia sprawa. Szwagier ocieplił nimi domek – skończył. Odetchnąłem z ulgą... Dziwne książki – część druga.

Sędziowie słuchają obywateli. Tureckie seriale i koszerny seks. Kościół zniszczony. Spis treści Tygodnika TVP (nr 40)

Cyjanek potasu w miejskich wodociągach. Spuścizna architekta Marvela. Książki szkodliwe dla władzy. Muzeum Kolejnictwa na żyletki. Prawdziwy koniec Jugosławii.

zobacz więcej
W burzliwych latach osiemdziesiątych ubiegłego wieku, podobnie jak wielu moich rówieśników zajmowałem się kolportowaniem nielegalnych, choć my woleliśmy używać określenia „niezależnych”, wydawnictw zwanych po prostu bibułą.

Nie wszystkie pozycje udawało się łatwo sprzedawać, zdarzały się książki lub inne druki, z których upłynnieniem bywał kłopot. Powody były różne. Najczęściej – gdy jakaś książka miała kilka wcześniejszych wydań. Tak było na przykład z „Listami” Sławomira Mrożka. Zdarzały się także pozycje, które były kompletnymi niewypałami. Niektóre środowiska, szczególnie inteligenckie, były nasycone książkami, a więc bardziej wybredne. Z kolei wygłodniałe były środowiska robotnicze, ale oni czekali raczej na książki historyczne, wspomnienia, niż rozważania filozoficzne Leszka Kołakowskiego.

M. to teraz postać kontrowersyjna. Lubiłem go, w czasach studiów knuliśmy razem przeciw komunie. Przyniósł mi kiedyś wydrukowany przez siebie plakat, czy też kalendarz. Dokładnie teraz już nie pamiętam. Duży, w formacie A3, na szarej i grubej tekturze. Z tekstem „Testamentu Polski Walczącej”.

Pomysł może dobry, ale mu nie wyszedł. Nieczytelny i po prostu brzydki. Portret Lecha Wałęsy lub Józefa Piłsudskiego sprzedałby się na pniu, a tak miał z tym kłopot (co prawda M. nie znosił Wałęsy, więc nie mógł go dać). Na dodatek, z powodu tej grubej tektury, plakat był niewygodny w kolportażu. Parę sztuk zajmowało cały plecak. – Weź wszystko, masz na to dobre miejsce. Tobie się uda to sprzedać – poprosił M.
Klub Krzywego Koła, czyli inteligencja niekoniecznie socjalistyczna.
Miałem takie miejsce, bo miałem Zdeterminowanego, czyli ojca mojego przyjaciela, który też był moim przyjacielem. Robotnik, piękna postać. Nazywaliśmy go Zdeterminowanym, bo zaraz po wprowadzeniu stanu wojennego był po strajku w swojej fabryce aresztowany i jak go wypuszczono, to dał sporą kwotę na wsparcie niezależnej poligrafii. Pokwitowanie (jeśli dobrze pamiętam w „Tygodniku Mazowsze”) miało ukazać się w druku właśnie dla Zdeterminowanego, tak sobie wymyślił, ale ktoś po drodze się pomylił i poszło podziękowanie dla Zdenerwowanego. Ale ksywa Zdeterminowany została.

„Miał być zen, joga, a jakoś tak wyszło…” W PRL były jak relikwie: nie do kupienia, nie do pożyczenia

„Hipisi w poszukiwaniu ziemi obiecanej” zniknęła z bibliotek, wykradały ją dzieci-kwiaty. W „małym obiegu” krążyły publikacje erotyczne, w tym słynna „XIII Księga Pana Tadeusza”, ale też polityczne, religijne, przepowiednie i o medycynie alternatywnej. Dziwne książki – część pierwsza.

zobacz więcej
W jego sporym, robotniczym środowisku mogłem upłynnić wszystko, co się w drugim obiegu ukazało. Nawet te najbardziej nieudane wydania, więc nie bez oporów zgodziłem się na taką operację. Opory miałem, bo przerażała mnie logistyka tego przedsięwzięcia. Moim warunkiem była pomoc w transporcie, którą M. musiał mi zaoferować.

M. pomógł mi więc te kalendarzo-plakaty przewieźć z Lublina do Warszawy. Zapakowaliśmy je do starego volkswagena varianta, aż jęknęły resory, i jeszcze zabraliśmy naszego profesora, największego specjalistę od konspiracji AK, którego lojalnie ostrzegliśmy, co wieziemy. Naszemu profesorowi, a później także mojemu promotorowi, to absolutnie nie przeszkadzało. Jako stary harcerz uważał, że młodzież powinna się angażować w ważne sprawy.

Po drodze M. odmówił modlitwę – bo jest człowiekiem bardzo pobożnym – i dotarliśmy do stolicy. Przez kilka dni nosiłem ciężkie paczki do Zdeterminowanego, który potem w tej sprawie na wiele miesięcy zamilkł. Nie upominałem się, bo byłem pewien, że niczego nie sprzedał, a nie chciało mi się nosić tych ciężkich pak z powrotem. Ciężkie to i niewygodne. I jeszcze strata czasu. Ale w końcu o swoje wydawnictwo upomniał się M., więc chcąc nie chcąc musiałem pójść do Zdeterminowanego i zapytać o nie. Szedłem pełen najgorszych przeczuć.

– Były u mnie rewizje – zaczął Zdeterminowany, a ja – wstyd się przyznać – miałem nadzieję, że SB zarekwirowała te nieszczęsne kalendarzo-plakaty.
– Najpierw w pracy, więc nic nie znaleźli. Musiałem je wywieźć pod Warszawę, na działkę do szwagra. Dobrze, że zdążyłem i niczego u mnie nie znaleźli – dodał.
– Co?! – byłem przerażony, że będę musiał taszczyć te kalendarze taki kawał.
– Głupia sprawa. Szwagier ocieplił nimi domek – skończył Zdeterminowany.
Odetchnąłem z ulgą.
W owym czasie lubiłem szperać i znajdować książki o tematyce antykomunistycznej. Nie chodziło mi o tzw. drugi obieg, bo te kolportowałem, ale o rzeczy, które były wydane na emigracji lub w kraju przed wojną. „Władza ludowa” po objęciu rządów książki te – z powodu osoby autora, treści lub jednego i drugiego – uznała za szkodliwe dla ustroju i objęła zakazem. Wyszukiwałem je albo grzebiąc w prasie przedwojennej, albo po prostu przeglądając różne wydawnictwa peerelowskie. Jak znajdowałem informację, że ktoś jest autorem antyradzieckiej lub antysocjalistycznej książki, to wiedziałem, że jest to to, czego szukałem.

W 1988 roku komuniści szykowali stan wyjątkowy

30 lat temu Kreml dał Jaruzelskiemu sygnał: „Towarzyszu, ociągacie się. U nas trwa pierestrojka, więc i wy weźcie się do roboty”.

zobacz więcej
Podczas pisania pracy magisterskiej miałem zaszczyt i przyjemność korzystać z pomocy Jana Józefa Lipskiego. Kiedyś opowiadał mi, jak – przygotowując do druku dwutomowy zbiór „Warszawscy »Pustelnicy« i »Bywalscy«, felietoniści i kronikarze 1818-1939” – opracowywał biogramy twórców, których teksty znalazły się w tej publikacji. W obawie, żeby cenzura nie zablokowała żadnego nazwiska, nie podawał tych fragmentów ich życiorysów, które wskazywały na niechęć do komunizmu lub Związku Sowieckiego. A takich było wielu.

Neutralny życiorys wydawał się być gwarancją publikacji, w niektórych przypadkach jedynej legalnej w całych dziejach PRL. Cenzor na szczęście nie miał zastrzeżeń do doboru nazwisk autorów, ale nie spodobały mu się tak neutralne biogramy. Stanowczo zażądał ujawnienia antyradzieckiej i antysocjalistycznej roli niektórych pisarzy. I wskazania szkodliwych dzieł. „Skoro chcą, to niech mają” – pomyślał Jan Józef Lipski i żądania cenzury spełnił. A potem ktoś taki, jak ja, mógł poszukiwać wrogich systemowi dzieł, bo wiedział czego szukać.

A znalezienie takich dzieł nie było łatwe, ale czasami udawało się je znaleźć. W latach osiemdziesiątych niektórzy antykwariusze sprzedawali takie zakazane książki. Zdarzyło się tak coś kupić, choć zwykle nie były to tanie pozycje.

Lepiej było poczytać za darmo. W czasie pisania pracy magisterskiej mogłem oficjalnie wystąpić o prawo do korzystania ze zbioru zastrzeżonego. Najpierw tak zrobiłem na mojej uczelni, czyli Katolickim Uniwersytecie Lubelskim. A potem, ponieważ nie wszystkie interesujące książki były w naszej uczelnianej bibliotece, poprosiłem o wystawienie stosownego pisma do Biblioteki Narodowej, która wówczas mieściła się w Warszawie na ulicy Hankiewicza – dzisiaj jest tam Archiwum Akt Nowych.
Złożyłem pismo w sekretariacie dyrektora i czekając na zgodę udałem się do katalogów, a stamtąd, z przygotowanymi rewersami, do czytelni. Kiedy je wręczyłem pracownikom, ci spojrzeli na mnie i lekko ściszając głos powiedzieli: – Niech pan złoży teraz jak najwięcej rewersów i weźmie jak najwięcej książek. Przyjmujemy, że skoro pan czeka na zgodę, to może pan korzystać, a jak pan może, to pan skorzysta. Jeśli dyrektor odmówi, to i tak pan je przeczyta.

Cenzorzy chamstwa nie przepuszczali

Za to Stefanowi Kisielewskiemu zniszczyli 90 proc. tego, co chciał opublikować.

zobacz więcej
Tak też zrobiliśmy, choć dyrektor jednak nie odmówił. Ale zawsze trzeba chuchać na zimne. Nie było wtedy zresztą dla mnie tajemnicą, że sporo książek z tzw. prohibitów Biblioteki Narodowej było kopiowanych i stanowiło podstawę dla wielu wydawnictw podziemnych. Dostałem kiedyś w prezencie wydaną w Londynie „Miazgę” Jerzego Andrzejewskiego. Okazało się, że egzemplarz wykorzystany przez jedno z wydawnictw podziemnych, uległ uszkodzeniu i trzeba było go pilnie podmienić. Znajomy poprosił mnie, żebym dał swój egzemplarz, więc dałem.

Warto pamiętać też o jeszcze jednej rzeczy: niektórym udawało się w PRL legalnie wydać swoją książkę pod warunkiem, że dopisali coś do niej. Najczęściej coś pozytywnego o Związku Radzieckim lub Polsce Ludowej. Działo się tak najczęściej na etapie prac redakcyjnych. Tutaj inspiratorem nie był cenzor, ale redaktor wydawnictwa.

Różnie to w różnych książkach wyglądało. W 1985 roku „Czytelnik” wydał „Notatki z prawobrzeżnej Warszawy” Sabiny Sebyłowej, wspomnienia z okresu niemieckiej okupacji. Była ona żoną poety Władysława Sebyły, powstańca śląskiego i ofiary zbrodni katyńskiej, przed wojną założyciela Instytutu Literackiego, który wydawał „Rocznik Literacki”, kontynuowany zresztą po wojnie. Z tego, co wiadomo Sebyłowa kilkakrotnie podejmowała próby opublikowania swoich wspomnień, ale stało się to dopiero po jej śmierci.

Autorka za życia miała jednak nadzieję, że w końcu jej wspomnienia uda się wydać, więc co nieco sama dopisała. A jak je publikowano, kiedy już cenzura zelżała, to kolejny redaktor w przypisach dopisywał, że tego i tamtego nie mogła wiedzieć, bo tak nie było. Niełatwy był los autorów. Redaktorów też.

– Grzegorz Sieczkowski

TYGODNIK TVP, ul. Woronicza 17, 00-999 Warszawa. Redakcja i autorzy

Zdjęcie główne: Kadr z filmu „Co mi zrobisz jak mnie złapiesz” Stanisława Barei. Na zdjęciu Józef Nalberczak i Marian Łącz jako chłoporobotnicy na Dworcu Centralnym. Fot. printscreen
Zobacz więcej
Kultura Najnowsze wydanie
Czy Parlamentem Europejskim kieruje Antychryst?
Jak to możliwe, że nawrócony ateista, były wyznawca judaizmu, daje czytelniejsze świadectwo wiary niż wielu purpuratów?
Kultura Najnowsze wydanie
Narodowiec katolik i Żyd liberał dopełniają historię Polski
Władysław Reymont kontra Antoni Słonimski – na przeciwstawnych antypodach polskości.
Kultura Poprzednie wydanie
Żeromski niezrozumiały? Nieczytany? Nudny? Zawiły? Trudno
Po roku 1989 część krytyków literackich wyczekiwała nowego „Przedwiośnia”. Zamiast tego czytaliśmy o gwałcącym własną matkę pijanym więźniu, kobiecie, której z pleców wyrastały skrzydełka lub miała dwie łechtaczki.
Kultura Poprzednie wydanie
Negocjował z terrorystami i sławił Armię Czerwoną
Obciach i żenada. Od lat 70. nosił perukę, jego twarz pokryta była grubą warstwą pudru, widzów epatował orderami, którymi go odznaczono.
Kultura Poprzednie wydanie
Ile wysiłku jesteśmy w stanie włożyć w wywalczenie niezależności?
Wolność, walka, miłość – w muzyce i życiu. Wratislavia Cantans stawia pytania: co znaczy wyzwolenie? Czym jest dla nas niepodległość?