Cywilizacja

Wychowanie dzieci wymaga pewnych form przymusu. A czasem przemocy

Niemal każdy człowiek, posługujący się własnym rozumem, jest w stanie odróżnić dopuszczalną karę fizyczną od niedopuszczalnego dręczenia i nadużywania siły wobec dziecka - publicysta tygodnika "Do Rzeczy" i Polskiego Radia 24 spiera się z przeciwnikami klapsów.

Kiedy klaps przeradza się w bicie

Adam Bodnar: Kiedy chodziłem do szkoły. regularną metodą wychowawczą – za brak pracy domowej, nieprzygotowanie do lekcji – było bicie uczniów po rękach pięćdziesięciocentymetrową linijką. Dziś to nie do pomyślenia.

zobacz więcej
„Najsmutniejszy sondaż tego tygodnia, prawie połowa badanych akceptuje bicie dzieci” – napisała kilka dni temu na Twitterze dr Sylwia Spurek, zastępczyni rzecznika praw obywatelskich, a zarazem wykładowczyni tzw. gender studies na UW – kierunku skrajnie zideologizowanego, zdaniem wielu niemającego nic wspólnego z nauką, za to hołubionego przez skrajną lewicę.

Cóż tak wstrząsnęło panią Spurek? Jak to możliwe, żeby prawie połowa Polaków w drugiej dekadzie XXI wieku akceptowała bicie dzieci, a więc – jak można by sądzić – ich fizyczne dręczenie, katowanie, upokarzanie? Dr Spurek przygnębił sondaż, przeprowadzony dla „Rzeczpospolitej”. W zadanym pytaniu nie chodziło jednak o akceptację „bicia” dzieci, ale dawania klapsów. 47,6 proc. pytanych odpowiedziało, że akceptuje tę metodę, 36,1 proc. stwierdziło, że jej nie akceptuje, a 16,3 proc. nie miało zdania.

Zatrzymajmy się na moment przy sondażu. Przede wszystkim pytanie nie dotyczyło tego, czy samemu stosuje się klapsy jako metodę wychowawczą ani tego, jak często się to robi. Nie dotyczyło też tego, czy jest to dobra, skuteczna i pożądana metoda wychowawcza oraz jak ważny element wychowania dziecka powinna stanowić. Pytano jedynie o jej akceptację.
Sondaż opublikowany w Dniu Dziecka przez "Rzeczpospolitą". Fot. printscreen
Akceptacja oznacza tylko tyle, że blisko połowa Polaków nie uważa klapsa za coś skrajnie nagannego i nie godzi się z tym, że za jego wymierzenie powinna rodzica spotkać kara – nic ponadto. Każdy, kto twierdzi, że sondaż oznaczał apologię klapsa, zachwyt nad nim czy jego pochwałę – najzwyczajniej kłamie lub w najlepszym wypadku mocno manipuluje.

Najpoważniejsza, choć nie nowa, manipulacja znalazła się jednak w tłicie pani Spurek, która niby mimochodem zrównała danie klapsa z „biciem dzieci”. Zatarcie granicy pomiędzy klapsem a katowaniem lub przynajmniej biciem to od dawna żelazny punkt w agendzie społecznej i politycznej lewicy, do którego to obozu ideowego pani Spurek bez żadnych wątpliwości się zalicza.

Na straży zdrowego rozsądku

Lewica od lat walczyła w Polsce o delegalizację wszelkiego rodzaju kar cielesnych, we wszelkich okolicznościach, zgodnie z wyznawanym przez siebie paradygmatem „partnerstwa” między dzieckiem a rodzicem, który to paradygmat kwestionuje w gruncie rzeczy jakąkolwiek władzę rodzicielską, nawet jeżeli nie jest to wypowiadane wprost. Jak to często bywa w przypadku lewicowych idei, tak i tutaj na szczytne hasła o zapobieganiu przemocy wobec dzieci złapała się jakaś liczba porządnych, ale niezbyt przenikliwych ludzi.

Wydawało się, że lewica dopięła swego, gdy w 2010 roku, za rządów Platformy Obywatelskiej, do Kodeksu Rodzinnego i Opiekuńczego wprowadzono przepis o tym, że opiekunom zabrania się stosowania kar cielesnych wobec dzieci. Okazało się jednak, że sprawa szczęśliwie nie wygląda tak prosto jak choćby w krajach skandynawskich, gdzie nawet lekkie szarpnięcie dziecka – gdy na przykład zapiera się i nie chce wyjść z placu zabaw – może być podstawą do wszczęcia postępowania i odebrania lub ograniczenia praw rodzicielskich.

Superbohaterowie, kapłani, intelektualiści.
Spis treści Tygodnika TVP (nr 29)

Kto może bić po pupie swoje dzieci, a kto bił w tyłek Andrzeja Dobosza. Jak oszukano twórców Supermena. Dlaczego konserwatyści lubili Roberta Brylewskiego. Czy Paweł Pawlikowski jest polakożercą. Czemu bojkotują izraelskich sportowców. O tym i nie tylko w 29. wydaniu Tygodnika TVP.

zobacz więcej
Jeszcze w 2015 roku rzecznik praw dziecka (urząd, nawiasem mówiąc, całkowicie zbędny, który jak najszybciej powinien zostać zlikwidowany) Marek Michalak oburzał się, że polskie sądy, gdy wpływały do nich sprawy rodziców, stosujących kary cielesne, okazywały się zbyt łagodne. Podkreślmy: nie chodziło tutaj o rodziców znęcających się regularnie nad swoimi podopiecznymi lub nawet nieregularnie po prostu je krzywdzących. Chodziło o sprawy, dotyczące lekkich, okazjonalnie stosowanych kar cielesnych, takich właśnie jak klaps.

W opublikowanej wówczas na portalu Lex.pl analizie mecenas Andrzej Nogal wyjaśniał, skąd takie, a nie inne stanowisko sądów:

Ogólnie, w polskim prawie karnym przyjmuje się istnienie tzw. kontratypu pozaustawowego karcenia małoletnich, który wyłącza bezprawność stosowania środków przymusu wobec małoletnich, o ile wynika to z konieczności wychowawczej i mieści się w akceptowalnych społecznie normach. Wbrew pozorom chodzi tu nie tylko o tytułowe klapsy, ale np. ograniczenie dziecku wolności poruszania się, gdy chce wbiec na ulicę, albo w nocy włóczyć się po osiedlu, niepozwalanie dziecku na gry na komputerze, czy objadanie się słodyczami. I inne tego rodzaju ograniczenia wolności osobistej. Warto tu zauważyć, że nawet art. 96(1) Kodeksu Opiekuńczego i Rodzinnego nie zakazuje stosowania w ogólności przemocy, a jedynie kar cielesnych. W literaturze podkreśla się, że chodzi tu o specyficzny typ przemocy rodzicielskiej, mającej na celu poniżenie dziecka poprzez stosowanie nieuzasadnionej przemocy fizycznej.

Znaczy to, mówiąc prostszym językiem, że polska doktryna prawna, a za nią sądy, mimo formalnego zwycięstwa lewicy, stoją szczęśliwie na straży zdrowego rozsądku. Znaczy to również, że całkowicie mijała się z prawdą dr Spurek, gdy pisała na Twitterze do Krzysztofa Bosaka: „Dyskusja: bicie dzieci kontra »klapsy« odbyła się ponad 10 lat temu. Wygrały, na szczęście, prawa człowieka dziecka. I przypominam, że każda przemoc wobec dziecka jest w Polsce zakazana zarówno przez prawo cywilne, jak i karne”.

„Matka! Pod łóżko!”

Jednak słowa dr Spurek są bardzo charakterystyczne. Jest swego rodzaju freudowską pomyłką, gdy zastępczyni rzecznika praw obywatelskich oznajmia, że „każda przemoc wobec dziecka jest zakazana”. Gdyby potraktować to stwierdzenie dosłownie, otrzymalibyśmy to, o co lewica zabiega, ale co na szczęście w Polsce nie następuje: całkowity rozpad władzy rodzicielskiej. Ta bowiem, podobnie jak całe wychowanie, opiera się na różnych rodzajach przymusu, forsowanego zwykle za pomocą jakichś form przemocy, niekoniecznie fizycznej.

Jest całe mnóstwo czynności, których zdecydowana większość dzieci, przynajmniej na pewnym etapie rozwoju, nie wykonuje chętnie. Należą do nich sprzątanie po sobie, mycie się, systematyczna nauka. Wychowanie polega na tym, żeby wpoić dziecku związane z tymi czynnościami nawyki, a przełamanie naturalnej do nich niechęci wymaga nierzadko właśnie jakichś form przymusu, czasem przemocy.
Czy każde dziecko w każdych okolicznościach i w każdym wieku jest dojrzałym, cierpliwym partnerem do dyskusji? Fot. Shutterstock
Gdyby potraktować poważnie elukubracje pani Spurek, wychowanie dziecka oraz ułożenie sobie z nim codziennych relacji mogłoby się odbywać jedynie w ramach idealistycznego modelu negocjacyjnego. I to właśnie proponują zwolennicy lewicy, którzy niczym mantrę powtarzają, że z dzieckiem trzeba rozmawiać.

To oczywiście bardzo dobra rekomendacja i z całą pewnością z naszymi dziećmi powinniśmy rozmawiać jak najwięcej. To jednak nie znaczy, że rozmowa i negocjowanie mają być jedyną dopuszczalną metodą postępowania.

Dzieci bowiem – jak ludzie w ogóle – mają różne charaktery, w ich przypadku będące dopiero w fazie kształtowania się. Są więc typy spokojne i rozumne, ale są też cholerycy i szantażyści, którzy ograniczenie się rodzica do negocjacji, bez próby wprowadzania kar i elementów przymusu, odbiorą jako przejaw rodzicielskiej niemocy.

Stąd już tylko krok do powtórki z „Ballady o Januszku” ze słynnym okrzykiem rozpieszczonego jako dziecko młodego bandziora, głównego bohatera serialu: „Matka, pod łóżko!”. Wbrew bowiem temu, co twierdzi lewica, do „efektu Januszka” prowadzą równolegle dwie drogi: zarówno domowa przemoc – bo młody człowiek uczy się jej jako jedynego sposobu rozwiązywania problemów, jak i domowa niemoc – bo młody człowiek przyjmuje, że wszystko mu wolno, a normy kształtuje sobie on sam, nie obyczaj, społeczny konsens, tradycja.

Nie bez powodu lewica chce jak najszerzej traktować definicję „przemocy”. Poszerzanie zakresu pojęć to jej stała metoda zmieniania rzeczywistości. Ten sam sposób zastosowano w przypadku pojęcia tolerancji. Za przemoc można by więc uznać nie tylko klapsy czy nawet jakiekolwiek fizyczne działanie wobec dziecka, ale też na przykład szlaban na telewizję, na wychodzenie z domu, podniesienie głosu czy wymuszenie wykonania czynności, na którą dziecko nie ma ochoty, poprzez zabronienie mu czegoś, na co ochotę akurat ma.

Bardzo słodka trucizna

Lewica ma to do siebie, że jest z zasady oderwana od rzeczywistości. Jeśli poczytać dyskusje, jakie z tradycjonalistami toczą w sieci zwolennicy lewicowego, „bezprzemocowego” modelu wychowania, można by dojść do wniosku, że każde dziecko w każdych okolicznościach i w każdym wieku jest dojrzałym, cierpliwym partnerem do dyskusji.

Że, dla przykładu, zmęczona, spóźniona do pracy matka, której odwożony do przedszkola pięciolatek urządza rano w sklepie histerię przed półką z zabawkami, powinna zasiąść z nim do spokojnej rozmowy i negocjacji, tłumacząc przez trzydzieści minut, dlaczego jego zachowanie jest niestosowne. A pięciolatek, gdy mu się to spokojnie wyjaśni, ze zrozumieniem pokiwa głową, przestanie ryczeć i da się odprowadzić do placówki, cytując z pamięci „Etykę nikomachejską” Arystotelesa.

To oczywiście absurd. Tak jak dzieci mają różne charaktery, tak życie przynosi różne sytuacje. Czasem jedyną adekwatną metodą jest krzyk, który przerwie dziecięcą histerię, czasem potrzebny jest do tego klaps. Co nie znaczy, że nie należy dziecku wyjaśnić w dogodniejszym momencie, co się stało.
Zdrowy rozsądek pozwala nam odróżniać karcącego klapsa od znęcania się nad dzieckiem. Fot. Shutterstock
Dziecko nie jest jednak na ogół subtelnym intelektualistą, skłonnym do głębokiego namysłu nad rzeczywistością. Reaguje często automatycznie, zapamiętuje proste impulsy, przechodzi przez różne etapy rozwoju, z buntem przeciw rodzicielskiej władzy włącznie.

Czemu lewica chce tę władzę zniszczyć? To całkiem proste: bo chce zniszczyć tradycyjny model społeczny. A ten najlepiej przekazują dzieciom rodzice za pomocą tradycyjnych narzędzi wychowawczych. Odbierzmy je rodzicom, a dzieci staną się podatne na sączoną im z zewnątrz przez lewicę truciznę. Bo to jest trucizna bardzo słodka.

Nikt przecież – a zwłaszcza dzieci ze swoją naturalnie rebeliancką naturą – nie lubi, gdy mu się coś nakazuje albo czegoś zakazuje. Lewica to właśnie dzieciom mówi: dla rodziców macie być partnerami. A partner partnerowi nie może niczego kazać, może was najwyżej przekonywać albo prosić. Ale to od was zależy, czy się zgodzicie. Nic dziwnego, że to przesłanie znacznie atrakcyjniejsze niż dyscyplina, obowiązki, zakazy i nakazy.

Zdrowy rozsądek

Wróćmy do nieszczęsnych klapsów. Częścią lewicowego paradygmatu jest walka ze zdrowym rozsądkiem. To zdrowy rozsądek pozwala nam odróżniać karcącego klapsa od znęcania się nad dzieckiem, tak jak pozwala odróżnić koszarowy żart, ale jednak żart, od molestowania seksualnego. Zdrowy rozsądek jest barierą przeciwko skodyfikowaniu każdego, najdrobniejszego nawet elementu życia.

Do czego prowadzić może zniszczenie tej bariery, widzimy już w przypadku akcji #metoo i jej konsekwencji. Biorąc sobie do serca zalecenia, jakie przedstawiają w jej rezultacie lewicowi aktywiści, na każdą randkę należałoby się udawać z notariuszem i pakietem dokumentów w zanadrzu, aby uniknąć późniejszych oskarżeń o seksualne napastowanie.

Na zadawane przez zwolenników paradygmatu bezprzemocowego wychowania pytanie o wyraźną granicę między znęcaniem się a klapsem nie ma oczywiście precyzyjnej odpowiedzi – bo być jej nie może. Wystarczy stwierdzić, że niemal każdy człowiek, posługujący się własnym rozumem, jest w stanie odróżnić dopuszczalną karę fizyczną od niedopuszczalnego dręczenia i nadużywania siły wobec dziecka.

Pokaż mi swój PESEL, a powiem Ci kim jesteś! Sprawdź, do jakiego należysz pokolenia

O czym marzyłeś, kto był Twoim idolem, jakiemu sportowcowi kibicowałeś, na jakim filmie byłeś 10 razy? Kamienie milowe kolejnych generacji Polaków.

zobacz więcej
Zwolennicy ustawowego zakazu wszelkich kar cielesnych przytaczają na poparcie swoich tez rozmaite badania, dowodzące, że niekarane fizycznie dzieci rozwijają się lepiej niż te, które klapsa dostają choćby sporadycznie. Problem w tym, że – jak doskonale wiadomo – w naukach społecznych można zawsze znaleźć ekspertów, którzy przeprowadzą badania, dowodzące tezy, na jaką jest zapotrzebowanie.

Niezależnie od tego każde studium prowadzone nie w warunkach laboratoryjnych, ale realnych, a więc badające dzieci w ich naturalnym środowisku i na tej podstawie dowodzące, że rezultaty wychowania bez jakichkolwiek kar cielesnych są lepsze niż gdy takie kary bywają stosowane – jest obarczone immanentnym błędem.

Broń atomowa

Skoro bowiem wobec dziecka kar cielesnych nie stosowano, to można założyć, że przynajmniej w części przypadków było to dziecko spokojniejsze, inteligentniejsze, mniej krnąbrne. A jeśli tak, to pozytywny rezultat niestosowania klapsów może być skutkiem tego, jaki charakter ma dane dziecko, a nie tego, że nigdy nie dostało w tyłek. Nie dostało, bo nie było takiej potrzeby.

Wszystko to nie oznacza, że klaps powinien być główną metodą wychowywania. Przeciwnie – najlepiej byłoby, gdyby dla rodzica był bronią atomową, której używa się może zaledwie kilka razy w życiu. A może nawet nigdy, bo przecież nie każde dziecko i nie każda jego relacja z rodzicem tego wymaga. Ale też nie wolno ulegać demagogicznym kliszom, które zawsze się przy okazji podobnych dyskusji pojawiają – że klaps to to samo co patologiczne „bicie dzieci”, że przeciwnicy prawnego zakazywania klapsów sami byli w dzieciństwie „bici”, a może nawet „maltretowani” lub że klaps jest zawsze świadectwem „wychowawczej porażki”.

Fakt że mimo systematycznego prania mózgów wciąż niemal połowa Polaków klapsy akceptuje nie świadczy o tym, że jesteśmy zacofani. Wręcz przeciwnie – to znaczy, że Polacy nie zatracili zdrowego rozsądku. I bardzo dobrze.

– Łukasz Warzecha
Zdjęcie główne: Wśród dzieci są też cholerycy i szantażyści, którzy ograniczenie się rodzica do negocjacji, bez próby wprowadzania kar i elementów przymusu, odbiorą jako przejaw rodzicielskiej niemocy. Fot. Shutterstock
Zobacz więcej
Cywilizacja Najnowsze wydanie
Chasz na kaca i marynowane kwiaty. Kaukaz zaskakuje
O duchach, smakach i podróżach.
Cywilizacja Najnowsze wydanie
Bądźcie bierni i obojętni!
Nie znajdziemy żadnego poradnika, wydanego przez jakąkolwiek służbę w jakimkolwiek kraju Zachodu, który w razie zamachu zalecałby ocenę szans na powodzenie aktywnej obrony i – jeśli takie szanse są – uderzenie na zamachowca. Wszystkie zalecają pochowanie się po kątach.
Cywilizacja Najnowsze wydanie
Będą zabijać 10 milionów osób rocznie. Odporne superbakterie
Antybiotyk musi być cudowny jak woda z Lichenia, a skuteczny jak piorun kulisty. Nadużywając go, gotujemy sobie los dinozaurów. Niebawem zabraknie skrótów na określenie dziadostwa, które możemy „złapać”, a którego nie będzie czym zabić.
Cywilizacja Najnowsze wydanie
Glifosat, Monsanto i nierychliwy sąd
Może wpływać na nasz mózg i powodować raka. Sugerowano jego związek z chorobą Parkinsona, depresją czy autyzmem. Jego pozostałości są wszędzie: w glebie, wodzie pitnej, ziarnie siewnym i jedzeniu. Na zachodzie Europy bywa stosowany… na obszarach chronionych.
Cywilizacja Poprzednie wydanie
Dobre miejsce na wakacje? Tam, gdzie kogoś zatłuczono, odcięto...
Świat przemierzają turyści, którzy chcą poczuć dreszcz emocji w miejscu, gdzie czuć jeszcze zapach krwi.