Cywilizacja

Od siedmiu lat walczy z sądową machiną, by odzyskać dziecko. Prawnicy mówią o sprawie: „Paragraf 22”

Ninie Królak z odebrano niemowlę pięć tygodni po urodzeniu. Jej siedmioletni dziś syn lada dzień może trafić do adopcji. – To jedna ze spraw, które źle prowadzone na początku ciągną się latami, wciąż kulejąc – komentuje znany adwokat. 5 czerwca ma odbyć się ostatnia rozprawa w sądzie, a akta sprawy nagle stały się niedostępne.

Wielu psychoterapeutów to ignoranci i naciągacze niebezpieczni dla naszego zdrowia i życia

Niszczą psychikę pacjentów, wmawiając im, że w ich życiu „coś jest nie tak”

zobacz więcej
– Jako pełnomocnik pani Królak nie jestem w stanie przygotować się do sprawy apelacyjnej, gdyż nie mam wglądu do akt. Są niedostępne od wielu tygodni , co jest niezrozumiałym utrudnieniem ze strony sądu – alarmuje mec. Anna Szulborska z Warszawy.

– W łódzkim Sądzie Okręgowym od ponad 6 lat nasze sprawy wciąż trafiają w ręce tych samych osób i odwoływanie się tam z góry skazane jest na porażkę – dodaje Nina.

Rzecznik prasowy Sądu Okręgowego w Łodzi Monika Pawłowska-Radzimierska tłumaczy, że pozbawienie władzy rodzicielskiej nie ma w przypadku Niny charakteru penalnego, czyli nie zmierza do „ukarania” rodziców, lecz do ochrony interesu dziecka. Zdaniem sądu, zaburzenia chorobowe matki nie pozwalają jej na właściwe zajmowanie się synem.

Łódzcy prawnicy mówią, że to „ bardzo dziwny przypadek” , „paragraf 22”.

Nina

Filigranowa szatynka po czterdziestce. Krótkie wijące się włosy i łagodne oczy. Na spotkanie przyjeżdża na rowerze. Gdy rozmawiamy, starannie waży i dobiera zdania tak jakby obawiała się wypowiadania zbędnych słów.

W latach 90. studiowała polonistykę i filmoznawstwo, ale po kilku semestrach zapadła na anoreksję. W szczytowych momentach choroby ważyła niespełna 40 kg. W latach 90. „leczenie” zaburzeń odżywiania polegało na szpitalnym tuczeniu. Po trzech latach, zmęczona chorobą, Nina sama porzuciła studia.

Ordynator szpitalnego oddziału młodzieżowego zaproponowała jej wtedy rentę dla niepełnosprawnych. – Byłam młoda, niedoświadczona i sama na świecie. Nie wiedziałam, że anoreksja to rozpoznanie psychiatryczne, tak samo jak depresja. Nie przewidziałam, że korzystanie z takiej renty wrzuci mnie na całe życie do jednego worka z „wariatami” i ciężko chorymi psychicznie, którym nikt nie wierzy – mówi Nina.

Opowiada, że feralna renta inwalidzka puściła potem w ruch wyobraźnię urzędników i innych ludzi. A – co boli najbardziej – tak łatwo pozwoliła państwu zawłaszczyć jej dziecko. – Wraz z faktem, że nie mam rodziny, otworzyło to drzwi wymuszanej przez instytucje adopcji mojego syna – twierdzi Nina.

O tym, że samo przekroczenie progu gabinetu psychoterapeuty czyni z nas przed sądem „wariatów”, opowiadał w Tygodniku TVP psycholog Tomasz Witkowski „ Sąd bardzo łatwo daje się przekonać, że osoby niezaburzone nie zgłaszają się na psychoterapię” – zwracał uwagę.

Związek

O dzieciństwie Nina mówi niechętnie. W ogóle go nie miała. Rodzice zaglądali do kieliszka. Ojciec bił. Nina broniła matki, by jej nie skrzywdził w atakach „niewyobrażalnego sadyzmu”. Gdy rodzice się rozwiedli, zamieszkała z babcią. Mieszkanie po niej zajmuje do dziś. Do renty dorabia masażem, opiekuje się też starszymi i chorymi.

Miłość dopadła ją późno. Szukając przyjaciół, odpowiedziała na ogłoszenie w jakimś piśmie. – Przegadaliśmy przez telefon kilka nocy i odtąd stał się dla mnie niczym brat. Bardzo się do niego przywiązałam – wspomina Nina.
Po dwóch latach etap zakochania minął. Fot. Shutterstock
Andrzej, z zawodu mechanik, z upodobania romantyk, uwielbiał motocykle i miłosne szaleństwa. Przez dwa lata spotykali się weekendy – raz w Łodzi, raz u niego na wsi.

Z ojcem dziecka rozmawiam przez telefon. Nie ujawnia nazwiska, bo – jak twierdzi – odkąd o sprawie zaczęło być głośno, spotyka go społeczny ostracyzm.

– Nina potrafi oczarować. Roztacza wokół siebie gęstą, zmysłową aurę, a to działa na mężczyzn. Zakochałem się w niej – mówi.

Po dwóch latach etap zakochania minął i wtedy zaczęło się psuć. A ciąża i związek na odległość pogorszyły ich relację.

– Byłam 36 -letnią singielką. Nie śmiałam nawet marzyć o byciu matką. Mój synek był i wciąż jest dla mnie jak dar – zapewnia Nina.

Będąc w ciąży, myślała, że ona zatroszczy się o dziecko, a jej partner zadba o resztę. – Andrzej jednak oddalił się, uciekł, porzucił nas. Na każdym z dziewięciu ciążowych USG byłam sama – mówi cicho.

– Nie uciekłem – oponuje mężczyzna. – Próbowaliśmy wspólnego życia co najmniej kilka razy. Każda próba kończyła się głośnym i bolesnym „nieporozumieniem”. A ja wracałem za miasto, do swojego domu zdruzgotany i poobijany aż w końcu się poddałem – tłumaczy.

Zarzuty

Mieszkanie Niny wymagało remontu, nie nadawało się do życia z noworodkiem. Złożyła więc wniosek o pobyt w Domu Samotnej Matki w Łodzi, by dojść do siebie po porodzie i połogu.

– Tam właśnie, w Domu Samotnej Matki rozpoczął się mój dramat. Po kilku tygodniach naszego pobytu placówka wystąpiła do sądu o umieszczenie mojego dziecka w sierocińcu. To zaś automatycznie wszczęło postępowanie o ograniczenie władzy rodzicielskiej – relacjonuje Nina.

We wniosku dyrekcja Domu Samotnej Matki napisała, że kobieta „ma wskazania do natychmiastowej hospitalizacji”. Jak twierdzi Nina dokument ten, wielokrotnie powielany, stał się podstawą dalszego biegu wydarzeń.

Dyrektor Domu Samotnej Matki, s. Magdalena Krawczyk nie chce ze mną rozmawiać. W oficjalnym mailu pisze o latach pracy na rzecz ochrony życia i wspierania macierzyństwa, zasłania się „tajemnicą służbową i szacunkiem dla pani Niny”.

„Jestem zobowiązana do informowaniu sądu rodzinnego o nieprawidłowościach opiekuńczo-wychowawczych i o przesłankach uniemożliwiających sprawowanie opieki. A następnie o działaniu zgodnie z postanowieniem sądu.(…) Pani Królak zaś podaje wybiórcze informacje, nie obrazujące w pełni całej sprawy ” – pisze s. dyrektor, grożąc krokami prawnymi w razie opublikowania nieprawdy.

(…)„Pomówienie o przyczynek do handlu dziećmi czy innych nielegalnych procederów jest niezwykle krzywdzące i nieprawdziwe” – zaznacza, choć nie wspomniałam nawet o teoriach spiskowych snutych w sprawie Niny w internecie i przez organizacje społeczne różnej maści.

Z udostępnionej mi dokumentacji sądowej wynika, że Dom Samotnej Matki zarzucał Ninie konflikty z pensjonariuszkami, niestosowanie się do zaleceń żywieniowych, uleganie napadom bulimii, ataki płaczu i złości, opuszczanie placówki bez zgody personelu i częste nierozpoznawanie potrzeb niemowlęcia.

Nina o Domu Samotnej Matki mówi: Piekło.
Nina toczy batalię sądową od lat. Fot. Shutterstock
– Po cesarskim cięciu byłam jeszcze słaba. Niestety, także w pełni świadoma swego życiowego położenia i samotności. Potrzebowałam zwyczajnego wsparcia i kontaktu z życzliwymi ludźmi. Okazało się jednak, że sporo pensjonariuszek DSM pochodziło z trudnych środowisk, także patologicznych. Wprowadzały falę, wulgaryzmy, prawo pięści i atmosferę wzajemnej złośliwości. Te najbardziej agresywne rządziły. I nie widziałam przeciwdziałania ze strony personelu – tłumaczy się Nina.

Zaprzecza, gdy pytam, czy nie dopadały jej wahania nastrojów typowe dla połogowej burzy hormonów, nazywane przez matki baby blues.

Strata

Potem odebrali jej dziecko.

– Siostry przekonywały mnie, że zabierają Andrzejka do Domu Małego Dziecka tylko czasowo, że to przejściowe wsparcie „ciepłej, kameralnej, rodzinnej placówki dla dzieci” i „standardowe rozwiązanie często wybierane przez samotne matki” – Nina cytuje z pamięci zasłyszane siedem lat temu słowa.

– Zapewniały mnie, że po ustabilizowaniu swojej sytuacji, bez problemu odbiorę synka z sierocińca. Protestowałam, bo karmiłam go piersią. Koszmarnie bałam się rozdzielenia z dzieckiem, ale moje zdanie nie miało znaczenia. Siostra zabrała niemowlę. Przewinęła, ubrała i zapytała mnie, czy chcę jechać z nimi – wspomina.

– I pozwoliła pani tak po prostu odebrać sobie z ramion dziecko? Dlaczego pani stamtąd nie uciekła? – pytam Niny, nie mogąc opanować emocji.

– O czym pani mówi? – Nina podnosi głos. – Gdybym zaczęła się szarpać, wezwano by policję, robiąc ze mnie groźnego szaleńca i straciłabym dziecko na zawsze. Nie miałam żadnych możliwości stawiania oporu, a rozsądek nakazywał spokój, choć w środku we mnie wrzało – tłumaczy.

Chłopiec został przewieziony do Domu Dziecka dla Małych Dzieci przy ul. Drużynowej w Łodzi. Wyznaczono terminy odwiedzin, kazano Ninie przestać karmić piersią i „zrobić coś” z laktacją przy pomocy farmakologii.

Mówi, że zdecydowała się wtedy na pobyt na szpitalnym oddziale dziennym, by dać wyraźny sygnał, że jest otwarta na współpracę i mieć możliwość kontaktu z psychologiem. Po kilku tygodniach okazało się, że to, co miało być na chwilę, stało się na lata.

Nie oddano jej dziecka. Dom Samotnej Matki i Dom Dziecka wystąpiły przeciwko niej, argumentując, że cierpi na ciężką chorobę psychiczną, brakuje jej wsparcia osoby trzeciej i ma niskie uposażenie.

Ale stało się coś jeszcze. Ojciec dziecka złożył wniosek o pozbawienie ich obojga praw rodzicielskich i oddanie syna do adopcji. Przeciw Ninie toczyło się już postępowanie z urzędu o ograniczenie praw rodzicielskich, a decyzja Andrzeja dolała tylko oliwy do ognia.

Chłopiec miał wtedy rok i dwa miesiące.

„Ojciec dziecka podczas jednej z rozpraw poinformował, że nie jest zainteresowany opieką nad dzieckiem i zaproponował oddanie go do adopcji” – czytam w dokumentacji sądowej.

On sam pamięta to inaczej: Mogłem zaproponować Ninie, by po porodzie zamieszkała u mnie, ale panie z pomocy społecznej namówiły mnie na Dom Samotnej Matki, twierdząc, że to dla niej lepsze. Nina ma orzeczenie o niepełnosprawności i zasiłek pielęgnacyjny, więc musi utrzymywać kontakt z ośrodkiem pomocy społecznej. A MOPS z góry założył, że nasze dziecko ma trafić do adopcji – tłumaczy się Andrzej.

W sierpniu 2012 roku sąd pozbawił ich praw rodzicielskich. „W aktualnym stanie zdrowia Nina Królak nie jest zdolna do sprawowania władzy rodzicielskiej bez pomocy osób trzecich” – napisano w uzasadnieniu.
W sierpniu 2012 roku sąd pozbawił Ninę i Andrzeja praw rodzicielskich. Fot. Shutterstock
Apelację Niny oddalono.

Więzi

Od tamtego dnia przez cztery kolejne lata Nina codziennie (z wyjątkiem sobót, bo wtedy nie ma odwiedzin) przychodziła do sierocińca, by spędzić z synem dozwolone półtorej godziny.

Opowiada, jak w ciasnej, dusznej salce odwiedzin tłoczyło się czasem ponad dwadzieścia osób: dzieci i rodziców. Część odwiedzających przychodziła na ciężki kacu, słabo zainteresowana dziećmi. W powietrzu wisiał zapachu zjełczałego potu, perfum i przetrawionego alkoholu, ale nawet latem nie wolno było wyjść z dzieckiem choćby na podwórze.

– Wszystkie dzieci męczyły się w takiej sytuacji, mój aktywny kilkulatek także – wspomina Nina.

Złożyła wniosek o przywrócenie praw rodzicielskich. Prosząc jednak sąd, by dopuścił opinię niezależnych ekspertów z warszawskiego Rodzinnego Ośrodka Diagnostyczno-Konsultacyjnego z ulicy Siennej. Już wtedy zauważyła, że w Łodzi jej losy zależą od ludzi o kilku powtarzających się nazwiskach. Opinia psychiatry i dwóch psychologów okazała się dla Niny korzystna i odmienna od łódzkiej.

„Matka dziecka ma codzienny kontakt z synem. Jest dla niego osobą znaczącą. Widoczna jest więź emocjonalna małoletniego z matką, chęć przebywania z nią, czułości i bliskości. Dziecko czuje się bezpiecznie w jej obecności. Kiedy udaje się w nieznane rejony, sprawdza, czy matka idzie za nim i przywołuje ją. Matka zapewnia mu poczucie bezpieczeństwa” – czytam w dokumencie.

Predyspozycje dotyczące wiedzy teoretycznej Niny oceniono jako na dobrym poziomie. Zdaniem specjalistów, Nina ma umiejętność odczytywania potrzeb dziecka i potrafi je zaspokajać „w warunkach krótkiego kontaktu stosownie do możliwości”. Niestety, nie ma doświadczenia w samodzielnej i całodziennej opiece nad dzieckiem – napisano.

Eksperci uznali co prawda, że ówczesne środki finansowe nie wystarczyłyby Ninie do zaspokojenia potrzeb jej i dziecka, ale warunki mieszkaniowe uznali za dobre.

„Dzięki długotrwałemu działaniu terapeutycznemu Nina Królak poprawiła swoje funkcjonowanie, a warunkiem pełnienia prze nią samodzielnej opieki nad dzieckiem jest stały kontakt z Poradnią Zdrowia Psychicznego” – podkreślano.

Opinię wydała pedagog i biegła sądowa Marzena Koziar, psycholog Grażyna Helszer oraz lekarz psychiatra Dorota Kwiatkowska-Ryłko.

Złudzenia

Potem sprawy potoczyły się szybko. Sąd nie wziął pod uwagę dobrej opinii sądowo-psychiatrycznej. Po dwóch latach postępowania oddalił apelację Niny. Dziecko przeznaczył do adopcji.

Dlaczego? Rzecznik Sądu Okręgowego w Łodzi tłumaczy, że wniosek o przywrócenie praw rodzicielskich był bezzasadny, bo „zaburzenia chorobowe pani Królak nie ustały mimo przyjętych starań”. A opinia RODK z Warszawy wydana została w 2013 roku, czyli 2 lata przed zakończeniem postępowania.

– W aktach innej toczącej się sprawy znajduje się aktualna opinia biegłego sądowego psychologa, z której wynika, że Nina Królak w obecnym stanie zdrowia nie jest zdolna do sprawowania władzy rodzicielskiej nad swoim synem – mówi Monika Pawłowska-Radzimierska.

Pani rzecznik wyjaśnia, że kolejnym istotnym problemem było negatywne nastawienie Niny do współpracy i poddania się kontroli takich instytucji jak nadzór kuratorski czy zobowiązanie do współpracy z asystentem rodziny.

To inaczej niż w opinii RODK, gdzie napisano „badana uznaje za celowe ustanowienie nadzoru kuratora i asystenta rodziny. Będzie dążyła do przydzielenia takiego asystenta”

Kara

Lata spędzone w dusznej sali odwiedzin w domu dziecka Nina wspomina dziś jako przywilej, który i tak jej odebrano.
„Matka dziecka ma codzienny kontakt z synem. Jest dla niego osobą znaczącą" - napisali eksperci z Warszawy. Fot. Shutterstock
„Pani Królak odwiedza dziecko codziennie, co uniemożliwia zapoznanie chłopca z rodzicami adopcyjnymi” – napisała do sądu dyrekcja Domu Dziecka przy Lnianej w Łodzi, żądając ograniczenia kontaktów Niny z synem.

W druzgoczącej dla Niny opinii psychologa Domu Dziecka, a zarazem pracownika Ośrodka Opiekuńczo-Adopcyjnego Gabrieli Wtorkiewicz powróciły zarzuty sprzed lat. Nina nie potrafi odpowiadać na potrzeby syna, co zdaniem specjalisty „prowadzić może do nieprawidłowego rozwoju struktur mózgowych ( brak wzrostu mózgowia i czaszki ). Także do nieprawidłowości w zachowaniu, zaburzeń w rozwoju poznawczym, upośledzenia umysłowego, chorób somatycznych a nawet do przedwczesnej śmierci” – czytam w dokumencie.

„(…) Chłopiec potrzebuje zaspokojenia potrzeby bezpieczeństwa , akceptacji i bliskości, a zabezpieczyć te potrzeby możemy przez ograniczenie spotkań z matką , która swoim negatywnym wpływem niweczy pracę nad wyciszeniem i uspokojeniem dziecka” – pisze psycholog, dodając, że w momencie znalezienia rodziny adopcyjnej „wskazane byłoby wręcz przerwanie kontaktów.”

I tak się stało. Gdy znalazła się rodzina gotowa przysposobić chłopca, sąd jedną decyzją rozdzielił Ninę z synem, ograniczając kontakt z nim do 30 minutowej rozmowy telefonicznej co drugi dzień. Chłopiec miał wtedy cztery lata.

Dobro dziecka

Zdaniem rzecznika prasowego Sądu Okręgowego w Łodzi ograniczając kontakty Niny z synem, sąd oparł się na jednoznacznej opinii psychologa placówki opiekuńczo-wychowawczej i kierował się dobrem dziecka.



– Naczelną zasadą prawa rodzinnego jest zasada dobra dziecka i sąd nie może na pierwszym miejscu postawić interesu rodzica, który chce spotykać się z dzieckiem. Winien zważyć, jakie rozstrzygnięcie jest optymalne z punktu widzenia szeroko rozumianego dobra małoletniego – wyjaśnia Monika Pawłowska-Radzimierska.

Nina nie jest dziś pewna, gdzie przebywa jej synek. Nie widziała go od trzech lat. Kontakty telefoniczne mimo, że ma do nich prawo, nie są utrzymywane.

– Dziecko przebywa z rodziną adopcyjną i nie życzy sobie kontaktu z biologiczną matką – wyjaśnia opiekun prawny 7-letniego dziś Andrzeja adwokat i były łódzki sędzia mec. Marcin Białecki (świadczy też pomoc prawną pro bono w Ośrodku Adopcyjnym w Krakowie). Zapewnia, że mimo rosyjskiego nazwiska rodzina adopcyjna to obywatele polscy.

Nadzieja

5 czerwca w Łódzkim Sądzie Okręgowym odbędzie się ostatnia rozprawa. Pełnomocnik Niny jest dobrej myśli.

– Po pierwsze: dowody przeprowadzone w tej sprawie nie potwierdzają, że Nina Królak jest niezdolna do opieki nad dzieckiem. Po drugie: nikt rzetelnie nie zbadał, jak cała sytuacja przekłada się na dobro dziecka i w jaki sposób dobro to miałoby być zagrożone. W obu kwestiach dokumentacja sądowa zawiera same ogólniki. Tymczasem tak ważna sprawa wymaga przecież konkretnego uzasadnienia – przekonuje mec. Szulborska.

Wyrzekam się ciebie dla twojego dobra. Uciekaj od mafii

Już 20 żon, córek, sióstr i kuzynek najgroźniejszych przestępców porzuciło swoje dzieci.

zobacz więcej
Jej zdaniem sąd popełnił szereg uchybień, które kwalifikują tę sprawę do ponownego rozpoznania. – Bez przeprowadzenia rzetelnych badań, zarówno matki, jak i dziecka, nie można wyciągać wniosków tak daleko ingerujących we władze rodzicielską – uważa.

Łódzki adwokat Niny przyznany z urzędu mec. Anna Owczarek-Poddębska odmawia mi informacji, powołując się na tajemnicę adwokacką i niejawność postępowania.

Na wniosek opiekuna prawnego dziecka, mec.Marcina Białeckiego rozprawy odbywają się za zamkniętymi drzwiami. Wypraszane są osoby zaufania, organizacje społeczne monitorujące pracę sądu takie jak „Courtwatch”.

Ninie odmówiono kolejnego badania poza Łodzią, mimo kilkunastu złożonych przez nią wniosków. W sprawie od lat orzekają te same osoby, chociaż Nina wielokrotnie starała się o zmianę składu sędziowskiego. Sędzia Joanna Kępińska procedowała przez trzy lata. W tym czasie wpłynęły dwa wnioski z prośbą o jej wyłączenie. Dwa razy Nina domagała się też wszczęcia postępowania dyscyplinarnego wobec sędziego.

Pytam o zdanie doświadczonego łódzkiego adwokata: – To jedna ze spraw, które źle prowadzone na początku ciągną się latami, wciąż kulejąc. A kolejni sędziowie z automatu przyklepują istniejący stan rzeczy, bo przedmiot sprawy jest skomplikowany, a analiza czasochłonna i wymagająca wysiłku – mówi. – Wytrwałość tej kobiety dowodzi, że wieź macierzyńska sięga daleko ponad stanowione prawa rodzicielskie. I że rodzina jest związkiem naturalnym, pierwotnym dla państwa i prawa. W obawie przed dyscyplinarką powiem to jednak tylko incognito – zastrzega.

Zapadł mrok. Siedzę naprzeciw Niny. – Czy wie pani, że adoptowane dzieci szukają swoich korzeni, gdy stają się nastolatkami? – próbuję jakoś „pozytywnie” zakończyć naszą rozmowę. – Myśli pani, że zamierzam czekać aż tak długo? – pyta z mocą.

– Ewelina Pietryga
22.03.2018
SPIS TREŚCI
● Cezary Korycki: Pokaż mi swój PESEL, a powiem Ci kim jesteś! Sprawdź, do jakiego należysz pokolenia
● Marek Budzisz: Zmartwychwstanie Arkadija Babczenki. Czy mistyfikacja służb specjalnych była niezbędna?
● Magdalena Segond: Pokazują miłość i śmierć, radość i cierpienie. Przerażają, ale i pomagają ujarzmić lęki. To potęga baśni
● Małgorzata Borkowska: Krwawi weganie. Czy w Warszawie szkolono ekoterrorystów?
● Teresa Stylińska: Chcą legalizacji aborcji, poparli „homomałżeństwa”. Irlandczycy na rewolucyjnej ścieżce
● Ewelina Pietryga: Od siedmiu lat walczy z sądową machiną, by odzyskać dziecko. Prawnicy mówią o sprawie: „Paragraf 22”
● Adam Cissowski: Szantaż i seksapil. Żydowska baronówna w służbie kilku wywiadów
● Tomasz Krok: Skandalizujący performer, ofiara sekty, artysta totalny
● Monika Chrobak: Bukiety na ścianach, girlandy wokół okien, szlaczki pod sufitem. Kwiatowe są nawet psie budy. To bombonierka ludowej sztuki
● Krzysztof Ziemiec: Polsce zagraża ekstremalnie liberalny radykalizm
● Filip Memches: Politolog z Oksfordu: Neoliberalizm jest jak marksizm

STAŁE FELIETONY
Piotr Młodożeniec
Andrzej Krauze
Andrzej Dobosz
Zdjęcie główne: Czy dziecko trafi do adopcji, czy wróci do matki? Wkrótce rozstrzygnie to sąd. Fot. Shutterstock
Zobacz więcej
Cywilizacja Najnowsze wydanie
Wojna rozpocznie się na Morzu Azowskim. Lada dzień?
Moskwa wzmocniła swoje siły. Kijów wysyła kutry patrolowe. Czy USA dostarczą Ukrainie rakiety zwalczające cele na morzu?
Cywilizacja Najnowsze wydanie
Globalna inwazja niemieckich mutantów
Uciekły z akwarium, potrzebują trzy miesiące, aby z jaja stać się formą zdolną do wydawania potomstwa, wypierają inne gatunki. Groza.
Cywilizacja Najnowsze wydanie
Na odsiecz Serenie. Jak poprawność polityczna zjada własny ogon
Satyrycy doskonale wiedzą, z czego śmiać się należy – na przykład z białego, heteroseksualnego katolika – a z czego nie wypada.
Cywilizacja Poprzednie wydanie
Kabina przemocy, swąd spalenizny. Turyści tropią cosa nostrę
Dla chętnych nocleg w domu „Bestii”.
Cywilizacja Poprzednie wydanie
Finansowe sekrety olimpijskiej idei
Koszt jednego medalu zdobytego przez Polaka na igrzyskach w Rio de Janeiro to 36 milionów złotych.