Kultura

Pokazują miłość i śmierć, radość i cierpienie. Przerażają, ale i pomagają ujarzmić lęki. To potęga baśni

Najstarsza w naszym kręgu kulturowym powstała grubo ponad 6 tysięcy lat temu. Jest starsza niż piramidy egipskie i Księga Rodzaju. I choć opowiada o kowalu, ma lat więcej niż wytop żelaza.

Troll z wychodka, czyli historia nieśmiertelnych bajek

Wujek Tove Jansson straszył nastolatkę Muminkami, by nie chodziła nocą podjadać. – Powiedział, żebym uważała na „zimne trolle”, które – gdy w spiżarni pojawi się szabrowniczka – wychodzą ze swych komórek i pocierają zimnymi noskami o jej nogi – wspominała.

zobacz więcej
„Wczoraj dowiedziałem się, że chmury są z waty cukrowej, a gruby pan, który w parku sprzedaje watę z mielonego cukru, ma falsyfikaty, bo kto widział kiedykolwiek człowieka, któremu udało się zgarnąć cukrową chmurę, a potem wpakować taką na drewniany patyk. Siedziałem na ławce i słuchałem, myśląc, że ten gość za mną zbyt hurtowo jednak korzysta z zielonego materiału.

Odwróciłem się i spojrzałem na przygarbionego jak mumia dziadeczka i wpatrzoną w niego rozdziawioną, słodszą od waty buźkę dzieciaka poddanego hipnozie aż do kośćca. Dotarło do mnie wtedy ponownie, że baśnie trzymają nas przy życiu, że samo życie, które nas niesie, to opowieść i poprosiłem w duchu, by dziadek palił jeszcze więcej, intensywniej się zaciągając.

Sam zaś zacząłem myśleć o kolejnym, krótkim opowiadaniu” – napisał pewnego majowego poranka na swoim facebookowym profilu mój znajomy Paweł Bolanowski.

Ja tak nie umiem opowiedzieć świata, jak ten dziadek. I każdego dnia dziękuję Dobremu Bogu, że są wokół mnie ci, którzy to potrafią. Bo bardzo potrzebuję ich słów. Nie sądziłam jednak, że popularyzując naukę, któregoś dnia opowiem o baśniach. To świadczy nie tyle o baśniach czy nauce, ile o mojej ignorancji.

Jest bowiem o czym rozważać, skoro najstarsza w naszym indoeuropejskim kręgu kulturowym, a znana nam dziś i opowiadana nadal dzieciom baśń, powstała grubo ponad 6 tysięcy lat temu. To znaczy, że jest starsza niż piramidy egipskie i Księga Rodzaju. Jest przedindoeuropejska. I choć opowiada o kowalu, jest starsza niż wytop żelaza. W świecie Słowian ta baśń, nosząca u braci Grimm tytuł „O kowalu i diable”, ma liczne mutacje – czasami występuje w nich szewc. A jej podstawowy motyw (o człowieku, który oddał duszę diabłu za coś bardzo cennego, by potem wyłgać się sprytnie z zapłaty) nam dał legendę o Panu Twardowskim, a Niemcom – Fausta.

Aby ustalić wiek baśni, naukowcy-baśniolodzy (tak, tak – są wielcy specjaliści z zakresu językoznawstwa, antropologii, etnologii, socjologii czy psychologii, którzy niczym innym się nie zajmują), zaprzęgli do badań metody ewolucjonizmu i filogenetyki. Autorami tego śmiałego, ale owocnego pomysłu sprzed kilku lat, są Portugalka Sara Graça da Silva z Nowego Uniwersytetu Lizbońskiego i Jamshid Tehrani, pracujący na Uniwersytecie Durham w Wielkiej Brytanii.

Drzewo rodowe

Skąd wiemy, że ptaki to tak naprawdę dinozaury, które straciły zęby, a zyskały pióra i dzioby? Dzięki analizie filogenetycznej. Służą temu różne metody: oparte o analizę zapisu kopalnego, badania sekwencji DNA tam, gdzie to wykonalne (czyli maksymalnie na kilka-kilkanaście tysięcy lat wstecz), czy wreszcie analiza porównawcza szkieletów i odcisków różnych stworzeń.
„Piękna i bestia” (tu na ilustracji Waltera Crane'a) jest obecna we wszystkich językowych gałęziach zachodnioeuropejskiej kultury, a zatem ma od 5 do 6 tys. lat. Fot. Wikimedia
Jednak nie bylibyśmy bezradni nawet wtedy, gdybyśmy nie mieli nic innego,jak tylko żyjące dziś organizmy. Dlatego, że niektóre geny istot żywych ewoluują w dość stałym tempie. Są one niejako molekularnymi zegarami. Poddaje się je więc sekwencjonowaniu u wszelkich możliwych stworzeń, a następnie porównuje te sekwencje przy pomocy metod matematycznych opartych o rachunek prawdopodobieństwa i statystykę. W ten sposób powstaje drzewo rodowe istot żywych.

Od najmniejszej, pierwszej komórki, z której wszystko się zaczęło, spoczywającej u korzenia drzewa, aż do człowieka czy storczyka – wiszących na ostatnich, cieniutkich gałęziach. Względna długość gałęzi informuje nas, jak stara ewolucyjnie jest dana grupa. Węzły drzewa mówią nam, kiedy grupy się rozdzielały.

A teraz wyobraźmy sobie, że te same metody analizy i obliczeń zostały zastosowane nie do istot żywych i wymarłych, ale do największej bazy danych wszystkich spisanych baśni.

Każda baśń została potraktowana jak osobny, znany nam gatunek stworzenia. Naukowcy postanowili ustalić, które z opowieści są u korzenia i są najstarsze, a które tworzą gałęzie drzewa baśni. Zadanie było nietrywialne, bo brak danych historycznych, czyli zapisów poprzedzających zbiory nowożytne, takie jak Charles’a Perrault czy braci Grimm.

W przeciwieństwie do genów-zegarów, które idą od rodziców do potomków, opowieści wędrują z ludzkimi grupami i się wraz z nimi mieszają. Zmieniają się warunki zewnętrzne, choćby przyrodnicze, w których bajka jest opowiadana – i tak np. stepowego szakala może zastąpić wilk w puszczy. Nie jest łatwo w takim gąszczu; co krok, potykamy się o jakiś archetyp.

Materiałem do tej filogenetycznej analizy stał się wielki zbiór wątków baśni, zwany Aarne-Thompson-Uther Index, zawierający ponad 2000 baśni pochodzących z 200 różnych indoeuropejskich kultur. Wybrano z niego 275 opowieści, które zawierały jakieś elementy magiczne i nadprzyrodzone.

Historia indoeuropejskich kultur i języków, jak się z grubsza przyjmuje, to zakorzenione w neolicie (ponad 7,5 tys. lat temu) drzewo, gdzie najdawniejsza jest gałąź anatolijska. Od niej oddziela się gałąź proto-indoeuropejska, od tej znów wydziela się indo-irańska, potem słowiańska, germańska, celtycka i romańska. Proces tego pierwotnego oddzielania się trwał około 2,5 tysiąca lat.

Na to drzewo lingwistyczne zaczęto nakładać baśnie analizowane metodami ewolucjonizmu molekularnego. Jeśli jakaś opowieść funkcjonuje zarówno w najdawniejszej tradycji słowiańskiej, jak i germańskiej, trzeba przyjąć, że istniał prawdopodobnie ich „wspólny przodek”, zanim te gałęzie się rozdzieliły. A to było jakieś 5 tys. lat temu.

Trzeba jednak było usunąć z „bazy danych” te baśnie, które mogły rozprzestrzenić się „horyzontalnie”, choćby dzięki bliskości ludów, które je dziś przechowują, czy popularności dzieł braci Grimm.

Tak więc w analizowanej „populacji” pozostało jedynie 76 opowieści. Odpadł np. „Jaś i Małgosia”, ale „Piękna i bestia” się uchowała. Ta baśń, jak i kilkanaście innych, jest obecna we wszystkich językowych gałęziach zachodnioeuropejskiej kultury, a zatem ma od 5 do 6 tys. lat.
Baba Jaga, chociaż ma rodowód wschodniosłowiański, w 2016 roku straszyła niemieckie dzieci na jarmarku bożonarodzeniowym w saksońskiej twierdzy Königstein. Fot. PAP/DPA/ Sebastian Kahnert
Złowrogi karzeł „Rumpelsztyk” jest równie stary. „Jaś i fasola” (o chłopaku, który okradł ogra) ma lat 5 tysięcy. A „Czerwony kapturek” to doprawdy młodzieniaszek, sięga jedynie początków naszej ery, a upowszechnił się w XVII w.

Baba Jaga pochodzi z Rosji

Prof. Violetta Wróblewska z Zakładu Folklorystyki i Literatury Popularnej Katedry Kulturoznawstwa Uniwersytetu Mikołaja Kopernika w Toruniu (zajmująca się ludowymi opowieściami – bajka.umk.pl) wyjaśniła mi, że większość polskich baśni ma rodowód mityczny, kościelny czy literacki i tylko nieliczne można uznać za swojskie. Za oryginalne uważa się tzw. podania wierzeniowe o rodzimych demonach, takich jak topielec (zwany utopcem czy wodnikiem), południca i kłobuk, ale nie ma pewności, skąd one pochodzą. W XIX w. próbowano wykazywać ich słowiańskość czy prasłowiańskość, ale ze względu na brak materiałów porównawczych ustalenie źródeł wydaje się niemożliwe.

Postać Baby Jagi zawdzięczamy tradycji rosyjskiej. Za słowiańskie uchodzą opowieści o szklanej górze, bowiem w innych kręgach językowych w tej samej funkcji pojawia się wieża. Kwiat paproci wiąże się ze sferą wierzeń sobótkowych, więc także można dostrzec tu pierwiastek rodzimej kultury, ale trudno orzec, jak pradawne jest to zjawisko, poza tym, że o obrzędzie pisał już w renesansie Jan Kochanowski.

Chociaż gałąź języków słowiańskich jest wśród indoeuropejskich najstarsza, niełatwo wykazać, że któraś z naszych baśni jest z okresu protosłowiańszczyzny.

Ciekawostką jest z kolei, że wyniki uzyskane przez Sarę Graça da Silva i Jamshida Tehrani podtrzymują raczej alternatywną dla anatolijskiej hipotezę pojawienia się języków indoeuropejskich. Hipotezę znajdującą swe największe wsparcie we współczesnych badaniach genetycznych nas, Europejczyków.

Wykazują one, że jednym z podstawowych składników etnicznych, z których jesteśmy ulepieni, są koczowniczy pasterze przybyli w wielkiej i głównie męskiej hordzie z pontyjskich stepów jakieś 4,5-5 lat temu. To oni mieliby przynieść ze sobą język, umiejętność wytopu brązu i swoją opowieść o wyjątkowo zręcznym kowalu, co zdołał samego diabła oszukać i zakuć go na wieki, dzięki talentowi od tego diabła otrzymanemu.

Sprytniejsi od diabła

A czym jest w istocie baśń i czym się różni, choćby od legendy czy horroru? Baśń nie ma zaczepienia w konkrecie rzeczywistości. Nie znamy jej miejsca ani czasu, podczas gdy dla legend te elementy są na ogół znane. Baśń nie jest historią żadnej konkretnej osoby (bohaterowie albo wcale nie mają imion, albo wynikają one z ich cech zewnętrznych lub charakterologicznych, albo też noszą najpopularniejsze imiona własne, np. Jaś i Małgosia). Legendy czy mity opowiadają o bardzo konkretnie nazwanych postaciach, których nie da się pomylić z nikim innym. Baśń zatem maksymalizuje „wczucie”. Bo jeśli bohater jest bezimienny, to mogę nim być także ja. To jest opowieść o moim życiu albo jakimś jego aspekcie.

Ponadto baśnie, nawet te Andersena czy Oskara Wilda, na ogół ostatecznie prowadzą do szczęśliwego zakończenia. Niegodziwość zostaje pokonana. Perypetie bohaterów, choć zawiłe, mogą ulec skróceniu, jeśli zachowają oni podstawowe zasady życia, które działają w świecie baśni: będą uczciwi, prostolinijni (a nawet uważani za głupich), zdolni przepraszać i wybaczać, będą mieli serce otwarte i hojne oraz będą pracowici. No i oczywiście będą sprytni. Sprytniejsi od diabła.
Grimmowie w XIX wieku zmonopolizowali „rynek baśni” w Europie. Ich biogramy z portretami zamieściła Encyklopedia Orgelbranda. Fot. Wikimedia
Ten motyw baśniowy – jak się okazuje – jest najstarszy ze wszystkich. W realnym świecie ludzkich zdarzeń, opisanym choćby w Genesis (sic!), Ewa diabła nie przechytrzyła, lecz mu uległa.

Od horroru baśń różni się zasadniczo właśnie tym, że się dobrze kończy. Słuchając baśni, nie doświadczamy zatem katharsis, tylko uspokojenia. Oswojenia strachu. Dlatego czytamy dzieciom na dobranoc „Jasia i Małgosię”, choć przecież to jest baśń krwawa i groźna, niczym „Opowieści z krypty”.

Potrawka z braci Grimm

Uwielbiałam je jako dziecko – im straszniejsze, tym bardziej. Im potworniej wyglądali lub zachowywali się bohaterowie braci Grimm, tym bardziej mnie wciągali. Moja ukochana baśń? „Jednooczka, Dwuoczka i Trójoczka”. Tortury, ludożerstwo, rodzice wyprowadzający swe dzieci do lasu, żeby zginęły z głodu lub zostały pożarte przez dzikie zwierzęta, ćwiartowanie i rozrywanie na strzępy, wiedźmy i diabły, żarłoczne wilki i złośliwe trolle.

Jak każde dziecko w moim pokoleniu, pochłaniałam sporą porcję tych okropności sauté, niczym deser tuż po kolacji, wtulona w poduszkę i nakryta po nos puchową, miękką i bezpieczna pierzyną. Słuchałam baśni czytanych przez rodziców na dobranoc, a także tych z płyt winylowych. Część z nich to były fantastyczne baśnie muzyczne, które do dziś znam na pamięć. Były także ekranizacje i przedstawienia kukiełkowe, baletowe, kreskówki….

Dzisiaj ja czytam swojemu synkowi tak, jak moim rodzicom baśnie opowiadali ich rodzice i tak dalej w głąb historii. I dalej. Bo choć te europejskie spisał po raz pierwszy Charles Perrault za czasów Króla Słońce, a sto lat później z okładem swoje zbiory – nazwijmy rzecz po imieniu: horrorów z happy endem – zaprezentowali Wilhelm i Jakub Grimmowie, to oczywistym jest dziś dla badaczy (co Grimmowie postulowali), że baśnie są stare jak świat. I tak naprawdę, w najstarszej formie ustnej, były opowieściami dla dorosłych. Dla dzieci obierano je z najkoszmarniejszych szczegółów, upraszczano, czyniono bohaterem dziecko, wzmacniano morał.

Zapytałam prof. Wróblewską, czy gdyby bracia Grimm urodzili się w Łowiczu lub Częstochowie, a nie w Hanau, byliby  w stanie zgromadzić tak imponujące zbiory baśni polskich.

Okazuje się, że Grimmowie narzucili swój sposób spisywania i wydawania baśni „dla mas” i w XIX wieku dosłownie zmonopolizowali „rynek baśni” w Europie. Efekt był taki, że licznie wtedy powstające polskie tomy baśni, nie były w stanie się przebić. Co ważniejsze, wiek XIX to dla Polski czas zaborów i zakazu propagowania rodzimych treści. Etnografowie zbierając materiał w rzeczywistości chronili dziedzictwo narodowe, tożsamość narodową, szukali śladów wspólnoty słowiańskiej, ale i polskości. Pierwszy polski zbiór powstał już w 1837 r. i spisał go Kazimierz Władysław Wójcicki jako Klechdy – starożytne podania i powieści ludu polskiego i Rusi. Potem powstawały kolejne: Lucjana Siemieńskiego, Romana Zmorskiego, Karola Balińskiego.

Hitem wydawniczym, który na ziemiach polskich przebił popularnością tom Grimmów, był wydany w 1853 r. „Bajarz polski” Antoniego Glińskiego, czytany aż do dwudziestolecia międzywojennego. Napisany literackim, fantazyjnym językiem, niekiedy ocierającym się o kicz, co sprawia, że dziś jest znacznie mniej popularny.
Oryginalna wersja „Czerwonego Kapturka” (tu rycina autorstwa Carla Offterdingera) nie jest wcale taka niewinna. Baśnie wyrażają najgłębsze ludzkie pragnienia (w tym seksualne). Fot. Wikimedia
Co do zasobów zatem – mamy ogromne. Co najmniej kilka, jeśli nie kilkanaście tysięcy baśni ludowych, w tym setki zebrane w gigantycznym dziele Oskara Kolberga „Lud” – dostępnym on-line dzięki Instytutowi im. Oskara Kolberga oraz na stronie Polona Biblioteki Narodowej. Nie mamy więc problemu z ich brakiem, a raczej z promocją i opracowaniem. Znaczna część baśni znajduje się w czasopismach z XIX w. i nieliczni wiedzą, jak do nich trafić.

– Obecność Grimmów w popkulturze sprawia, że nie zwracamy uwagi na rodzime baśnie, a szkoda, gdyż niektóre są piękne, a inne – zaskakujące i groźne – dodaje prof. Wróblewska.

Dziś styl braci Grimm jest tak oczywisty, że udało się zaprojektować sztuczną inteligencję, która napisała całkiem nową grimmowską baśń. Ów klon literacki opowiada historię księżniczki i lisa. Robot nakarmiony potrawką z braci Grimm podpowiadał autorom słowa, których należy w danym momencie opowieści użyć, by być jak Grimmowie. Firma Calm wykorzysta bajkę w swojej aplikacji pomagającej zasypiać i łagodzić niepokoje.

To działa, bo każdy z nas, niczym w „Księdze z tysiąca i jednej nocy”, albo opowiada, albo słucha baśni, by – ujmując to równie dosłownie, jak historia sułtana Szahrijara i królowej Szeherezady – uniknąć śmierci każdego kolejnego dnia. A sen jest jej symbolem. Tak przynajmniej ich rolę w naszym życiu wyjaśnia współczesna psychologia.

Oswoić mroczne obszary

Baśnie mają za zadanie pomóc nam poradzić sobie z naszymi naturalnymi lękami i odczuciem niepokoju. Dopóki nie wiemy, czym te poruszenia emocjonalne są spowodowane, stanowią one podłoże dla gigantycznych frustracji czy wręcz wewnętrznego paraliżu. Zniewalają nas.

Jednak gdy zaczynamy bać się czegoś konkretnego, co więcej – czegoś, co jest małe lub możliwe do pokonania, wtedy frustracja znika. Potrafimy opanować strach przed myszą, pająkiem (bo są w porównaniu z nami małe) czy czarownicą (bo jej realność opuszcza nas mniej więcej wtedy, gdy znika nam z pola widzenia święty Mikołaj). A wraz z ową Babą Jagą, niczym w starożytnym żydowskim ceremoniale składania grzechów wspólnoty na kozi łeb i wyganiania owego kozła ofiarnego na pustynię, znikają i nasze strachy. Wszystkie te, które przez całe dzieciństwo zwalaliśmy na głowy czarownic, wiedźm i złych macoch.

Tu zatem tkwi – z psychologicznego punktu widzenia – przyczyna długowieczności baśni. Robią dla nas to, co Kot w Butach zrobił dla Janka: sprawiają, że okrutny czarownik zamienia się w mysz, a mysz – nieporównywalnie mniej groźna, zostaje przez Kota zjedzona. W osiągniętej przez siebie formie doskonale spełniają niezbędną nam emocjonalnie rolę. Zwłaszcza, gdy jesteśmy dziećmi. Zastępują nam one kozetkę psychoanalityka.

Psychologowie rozwoju spekulują także, że baśnie pełnią dla dojrzewania dzieci rolę podobną jak zabawy. Pozwalają im oswajać i kontrolować zastany świat. Tak jak nieśmiertelne są pewne zabawki (choć pojawiają się mutacje, gdy wózek staje się autkiem czy pociągiem), tak wiecznotrwałe stają się dobrze – prosto i zarazem symbolicznie – skonstruowane opowieści, które pozwalają nam się bezstresowo nauczyć stawiania czoła światu.
„Jaś i Małgosia”, czyli horror z happy endem, tu w wersji operowej. Premiera przedstawienia Engelberta Humperdincka w reżyserii Włodzimierza Nurkowskiego odbyła się w Krakowie w 2002 roku. Fot. PAP/Jacek Bednarczyk
Według psychologów strach jest naturalną konsekwencją rozwoju już u noworodków, u których występuje lęk przed upadkiem, pojawiający się często także w koszmarach sennych dorosłych. Później, u dzieci 6-8 miesięcznych, pojawia się lęk przed obcym i przed oddzieleniem od mamy. Niemowlak radzi sobie poprzez aktywności symboliczne i wiarę w trwałość obiektu: mama tu jest, choć jej nie ma, a gdy jej nie ma, to mam swoją przytulankę, która zastępuje mamę. Potem jest tylko gorzej. Gdybyśmy swych przepotężnych naturalnych lęków przedszkolaka nie przenieśli na jakieś obiekty – najlepiej fantastyczne, takie jak wiedźmy czy dinozaury – to byśmy chyba oszaleli jeszcze przed pójściem do szkoły.

Prof. Wróblewska wyjaśnia, że skoro dzieciom należy się równomierny rozwój, powinny poznać różne strony życia i baśnie tego uczą. Pokazują wartości, ale i zagrożenia, piękne, ale i mroczne obszary świata, miłość i śmierć, radość i cierpienie, zdrowie i kalectwo. I w tym tkwi ich potęga.

Osadzenie akcji w odległym świecie, pozbawionym zakorzenienia kulturowego, pozwala na dystans do prezentowanej problematyki, nawet groźnej, a tym samym na łagodzenie ewentualnych lęków, które mogą wynikać z obcowania bajkami zawierającymi np. sceny okrucieństwa.

Baśnie wbrew pozorom nie fałszują świata, raczej pokazują w umowny sposób, jak sobie w nim radzić. Baśnie uczą, jak stawać się dojrzałym, samodzielnym człowiekiem. Stąd częsty w nich motyw wyjścia z domu w daleki świat. Zamknięcie przed dziećmi części baśni, „bo groźne, nieprzyzwoite, okrutne”, to jak zamknięcie człowieka w czterech ścianach domu z informacją, że tylko tu będzie bezpieczny. Ale czyż można w pełni żyć, nie konfrontując się ze światem? Psychoanalityk Bruno Bettelheim, jako pierwszy w latach 70. minionego wieku, w sposób całościowy zanalizował symboliczne znaczenie baśni dla najgłębszych pokładów naszej psychiki. Choć językowo i emocjonalnie proste (co zresztą ułatwia ich zapamiętywanie i przekazywanie ustne), to jednak wykorzystują symbole. Jest w nich miejsce na humor, wyrażają najgłębsze pragnienia (w tym seksualne – poczytajmy z uwagą oryginalną wersję opowieści o Czerwonym Kapturku!), opisują radzenie sobie z wewnętrznymi konfliktami, wykorzystują dramatyczne formy ekspresji. Baśnie działają na nas tak jak sny. A to oznacza także, że znajdują się w samym jądrze naszej jaźni i naszej kultury.

– Magdalena Kawalec-Segond
O kowalu i diable
SPIS TREŚCI
● Cezary Korycki: Pokaż mi swój PESEL, a powiem Ci kim jesteś! Sprawdź, do jakiego należysz pokolenia
● Marek Budzisz: Zmartwychwstanie Arkadija Babczenki. Czy mistyfikacja służb specjalnych była niezbędna?
● Magdalena Segond: Pokazują miłość i śmierć, radość i cierpienie. Przerażają, ale i pomagają ujarzmić lęki. To potęga baśni
● Małgorzata Borkowska: Krwawi weganie. Czy w Warszawie szkolono ekoterrorystów?
● Teresa Stylińska: Chcą legalizacji aborcji, poparli „homomałżeństwa”. Irlandczycy na rewolucyjnej ścieżce
● Ewelina Pietryga: Od siedmiu lat walczy z sądową machiną, by odzyskać dziecko. Prawnicy mówią o sprawie: „Paragraf 22”
● Adam Cissowski: Szantaż i seksapil. Żydowska baronówna w służbie kilku wywiadów
● Tomasz Krok: Skandalizujący performer, ofiara sekty, artysta totalny
● Monika Chrobak: Bukiety na ścianach, girlandy wokół okien, szlaczki pod sufitem. Kwiatowe są nawet psie budy. To bombonierka ludowej sztuki
● Krzysztof Ziemiec: Polsce zagraża ekstremalnie liberalny radykalizm
● Filip Memches: Politolog z Oksfordu: Neoliberalizm jest jak marksizm

STAŁE FELIETONY
Piotr Młodożeniec
Andrzej Krauze
Andrzej Dobosz
Zdjęcie główne: „Kot w butach”, baśń opublikowana przez Charles’a Perrault w 1697 roku, doczekała się wielu adaptacji. Tu: berlińska premiera filmu animowanego „Kot w butach”, tym razem wyprodukowanego w 2011 roku przez DreamWorks Animation. Fot. PAP/DPA /Jens Kalaene
Zobacz więcej
Kultura Najnowsze wydanie
Czy Parlamentem Europejskim kieruje Antychryst?
Jak to możliwe, że nawrócony ateista, były wyznawca judaizmu, daje czytelniejsze świadectwo wiary niż wielu purpuratów?
Kultura Najnowsze wydanie
Narodowiec katolik i Żyd liberał dopełniają historię Polski
Władysław Reymont kontra Antoni Słonimski – na przeciwstawnych antypodach polskości.
Kultura Poprzednie wydanie
Żeromski niezrozumiały? Nieczytany? Nudny? Zawiły? Trudno
Po roku 1989 część krytyków literackich wyczekiwała nowego „Przedwiośnia”. Zamiast tego czytaliśmy o gwałcącym własną matkę pijanym więźniu, kobiecie, której z pleców wyrastały skrzydełka lub miała dwie łechtaczki.
Kultura Poprzednie wydanie
Negocjował z terrorystami i sławił Armię Czerwoną
Obciach i żenada. Od lat 70. nosił perukę, jego twarz pokryta była grubą warstwą pudru, widzów epatował orderami, którymi go odznaczono.
Kultura Poprzednie wydanie
Ile wysiłku jesteśmy w stanie włożyć w wywalczenie niezależności?
Wolność, walka, miłość – w muzyce i życiu. Wratislavia Cantans stawia pytania: co znaczy wyzwolenie? Czym jest dla nas niepodległość?