Rozmowy

Wielu psychoterapeutów to ignoranci i naciągacze niebezpieczni dla naszego zdrowia i życia

O psychoterapeutach, którzy niszczą zdrowie psychiczne pacjentów, wmawiając im, że w ich życiu „coś jest nie tak” opowiada dr Tomasz Witkowski, psycholog, autor książki „Psychoterapia bez makijażu. Rozmowy o psychoterapeutycznych niepowodzeniach”

„Psychoterapia bez makijażu. Rozmowy o psychoterapeutycznych niepowodzeniach” autorstwa Tomasza Witkowskiego. Fot. Archiwum
TYGODNIK.TVP.PL: Pranie mózgu, próba samobójcza, drenaż kieszeni. Trudno uwierzyć by psychoterapia mogła szkodzić, a jednak po lekturze pańskiej nowej książki psychoterapeutów aż strach się bać …

TOMASZ WITKOWSKI:
Przedstawione tam historie rzeczywiście są dość szokujące, ale to jedynie kilka z wielu przypadków nieudanej psychoterapii, do których dotarłem. A zajmuję się badaniem jej negatywnych skutków od wielu lat. Zdarza się bowiem, że źle prowadzona psychoterapia poważnie szkodzi. Może nie tylko unieruchomić pacjenta w kłopotach czy chorobie, ale nawet doprowadzić do tragedii i zmarnować mu życie.

Pogłębić alkoholizm, zmienić system wartości, skłonić do porzucenia kariery czy obranej drogi życiowej. Także uwikłać w niszczącą relację seksualną. Nie znaczy to jednak, że namawiam, by się jej bać. Proponuję tylko by zastosować wobec psychoterapii myślenie krytyczne.

W książce rozmawia pan z Włodkiem. Jak to możliwe, że młody, zdrowy psychicznie człowiek poddany szkoleniowej psychoanalizie skończył jako kaleka, żyjąc dziś dzięki dializie i przeszczepowi wątroby?

Jak widać, przestępując próg gabinetu psychoterapeuty nie zdajemy sobie sprawy, co może nam grozić. Tym bardziej, że nie przeczytamy o tym ani w popularnym poradniku psychologicznym ani w pracach naukowych. To fakt, że w wielu dziedzinach wiedzy, m.in. medycynie czy farmacji, bada się skutki uboczne sposobów leczenia czy samych leków. Inaczej jednak jest w psychoterapii: tu nieliczni tylko terapeuci i naukowcy są zainteresowani negatywnymi konsekwencjami takiego leczenia.

Dlaczego tak pan uważa?

Podam przykład: W 2014 ukazało się studium przeglądowe 132 prac poświęconych efektywności psychoterapii. Aż w 79% analizowanych badań nie uwzględniono nawet rubryki, by wspomnieć o ewentualnych negatywnych skutkach. Rzetelnie opisano je w zaledwie 3% prac. A gdy przygotowując moją książkę zwróciłem się do 48 znanych polskich terapeutów, większość odmówiła lub zignorowała moją propozycję. Rozmowy ze mną zakończyło tylko pięciu z nich.

Co czyha na nas w gabinecie psychoterapeuty?

To zależy. W wielu z nich pracują dobrze przygotowani, empatyczni terapeuci skłonni nam pomóc. W innych zaś obojętni na nasz los zawodowi wypaleńcy, ignoranci lub wyrachowani naciągacze. Nie znamy ich wzajemnych proporcji. W gabinetach tej drugiej grupy trzeba liczyć się przede wszystkim z nietrafną diagnozą lub jej brakiem.

Włodek, o którym pani wspomniała, był młodym psychologiem. Rozpoczął właśnie terapię szkoleniową. Czuł się jednak ustawicznie zmęczony i przygnębiony. Dokuczało mu też poczucie beznadziei spowodowane, jak okazało się w tragicznym finale, niedoczynnością tarczycy. Niestety, terapeuta zamiast rozpocząć leczenie od wykluczenia przyczyn somatycznych czyli zlecenia badań laboratoryjnych, poddał go psychoanalizie.
odc. 40, Dlaczego robimy głupie rzeczy?
W książce opowiada, jak w trakcie sesji terapeutycznych nieistotne dotąd problemy zaczęły nagle rosnąć aż doszedł do wniosku, że w ogóle nie nadaje się do normalnego życia. Ostatecznie pod wpływem psychoanalizy podjął próbę samobójczą łykając środki nasenne.

Terapeuci żachną się na taką insynuację. Przyjmuje się przecież, że wszelkie podjęte w czasie trwania terapii decyzje i wybory zawsze należą do pacjenta. Zwłaszcza wtedy, gdy okazują się dla niego szkodliwe. Inaczej jest gdy osiągamy sukces: wtedy to „terapia działa”. Włodek, mimo fatalnej sytuacji życiowej w jakiej się znalazł i tak uważa, że psychicznie czuje się lepiej niż w trakcie psychoterapii, bo teraz jego tarczyca funkcjonuje już prawidłowo.

Według ubiegłorocznych danych GUS problemy z tarczycą dotyczą ponad miliona Polaków.

To istotne: niedoczynność tarczycy powoduje chroniczne zmęczenie, obniżone samopoczucie, przygnębienie, poczucie beznadziei, stany depresyjne, a nawet myśli samobójcze. Podobnie niski poziom kwasu foliowego objawia się depresją i roztargnieniem. A niedobór witaminy B12 skutkuje osłabieniem pamięci a nawet poważnymi chorobami umysłowymi, takimi jak psychozy.

Równie ważny dla zdrowia psychicznego jest właściwy poziom witaminy B1. Inaczej tracimy zdolności koncentracji, stając się roztargnieni, drażliwi i bezsenni. Także skłonni do amnezji, anoreksji i depresji . Także braki niektórych pierwiastków objawiają się w postaci zaburzeń sfery psychicznej.

Jakie to pierwiastki?

Na przykład selen. Dlatego każdą terapię powinna rozpoczynać ocena stanu organizmu na podstawie wykonanych badań lekarskich czyli tzw. diagnoza różnicową wykonywana przez terapeutę. Inaczej prowadzenie jakiejkolwiek terapii, jest, cytując jednego z moich rozmówców, zamachem na cudze zdrowie lub życie.

Ilustruje to przypadek Michała K. opisany w książce: od czasów liceum po dorosłość poddawano go intensywnej psychoterapii z powodu zmęczenia i wycofania z życia, podczas gdy rozwijał się u niego rak tarczycy. Inna sprawa, że w pułapkę modnej obecnie „psychosomatyki” wpadają również lekarze łatwo przypisując psychice dolegliwości, których nie potrafią wyjaśnić.

Mordował kobiety „rozwiązłe”. Ogłuszał siekierą, wbijał w ciało noże, dłuta, gwoździe

Ma na koncie co najmniej 81 ofiar. Największy seryjny zabójca w kraju.

zobacz więcej
Pan za to, jako założyciel Klubu Sceptyków Polskich zrzeszającego naukowców walczących m.in. z homeopatią, wierzy tylko w szkiełko i oko. Nie w medycynę holistyczną, która traktuje ciało i psychikę jako dopełniającą się całość.

Upatrywanie większości objawów w przyczynach psychosomatycznych nie ma nic wspólnego z medycyną holistyczną. To tylko przykrywka dla ignorancji lub braków w naszej wiedzy. Przypomnę pani, że wcale nie tak dawno przyczynę „histerii” u kobiet upatrywano w zaburzeniach funkcjonowania macicy, zalecając pacjentkom zamążpójście. A w XIX-wiecznym Londynie ciężkie przypadki leczono przymusowym usunięciem tego organu.

Potem za przyczynę „histerii” uznano wapory. Wkrótce zresztą histerię zastąpiła neurastenia, a wapory zastąpiono nerwami. Dziś nikt nie diagnozuje ani histerii, ani neurastenii, a równie beztrosko i bezmyślnie posługujemy się pojęciem stresu i mówimy o chorobach psychosomatycznych. Gdy sam dowiedziałem się, że źródło moich problemów z zębami „tkwi w stresie”, czym prędzej zmieniłem dentystę.

Ze stresu zgrzytamy zębami. Wróćmy jednak do szkodliwości psychoterapii.

Spotkania terapeutyczne mają zwykle intensywny charakter. W przypadku psychoanalizy jest to nawet trzy do pięciu razy w tygodniu po godzinie i to przez kilka lat. Proszę zauważyć, że jest to bardzo intensywna koncentracja na własnych stanach wewnętrznych, problemach i emocjach. Tyle, że poświęcając im tak wiele czasu, tracimy zdolność przeżywania otoczenia w taki sposób, jak czyni to większość ludzi i zaczynamy analizować otaczającą nas rzeczywistość. Albo weźmy za przykład „problemy z dzieciństwa”. Badania pokazują, że bolączki z tego okresu (o ile nie miały charakteru wieloletniej traumy) przekładają się na dorosłe życie w mniejszym stopniu niż wydarzenia z ostatniego roku.
Zygmunt Freud uważał, że utrwalone w dzieciństwie błędy wpływają nieodwracalnie na określone cechy w dorosłym życiu człowieka. Na zdjęciu twórca psychoanalizy na austriackim banknocie. Fot. Archiwum
„Trudne dzieciństwo” to wygodny mit?

Oczywiście. Koncentrowanie pacjenta na rozgrzebywaniu problemów z zamierzchłej przeszłości i wmawianie mu, że trzeba je koniecznie przepracować by uzyskać równowagę w wieku dojrzałym nie ma żadnego uzasadnienia w badaniach. Tymczasem zdarza się, że pod wpływem tak prowadzonej terapii pacjenci zrywają kontakty z najbliższą rodziną „uświadomiwszy sobie”, że coś było nie tak.

Mówi pan o generowaniu „fałszywych wspomnień”? W książce znalazłam wzmiankę o przypadku anoreksji mającym być skutkiem „kazirodztwa oralnego”, którego rzekomo dopuścił się ojciec pacjentki. Choć dla odmiany: analityk innej bohaterki, Oli zachęcał ją akurat do kontaktu z rodziną. Ściślej: do zaciągania u dziadka pożyczek na dalszą terapię.

Przypomnę też historię studenta, Michała, który wciągnięty w terapię marnował czas poświęcając go swoim stanom wewnętrznym ze szkodą dla rozwoju intelektualnego i codziennego życia. Poddawano go rozmaitym terapiom a w każdej z nich musiał od nowa uczyć się rozumienia własnego wnętrza. Tymczasem, czas przeznaczony na zaplanowaną karierę naukową bezpowrotnie mijał. Inny z moich rozmówców, terapeuta który zrezygnował z zawodu jest przekonany, że pacjenci szkodzą sobie poświęcając lwią część swojego czasu rozmaitym psychoterapiom zamiast realnemu życiu.

A co jeśli „realne życie” bywa dla nas nie do zniesienia? Wiem, że np. rodzicom dzieci autystycznych zaleca się koncentrację na bodźcach płynących ze świata zewnętrznego bez zagłębiania się we własną sytuację, ale to nie zawsze działa. Michał sam przecież musiał szukać terapii…

Nie szukał. Michał nazywał siebie „nerdem” odstającym nieco od otoczenia. Przeszkadzało to jednak głównie owemu „otoczeniu”. I tak , by ułatwić sobie kontakty z rówieśnikami dał się namówić na warsztat dla młodzieży doskonalący umiejętności psychospołeczne. Sęk w tym, że zajęcia prowadził terapeuta, który wytworzył w chłopcu silny niepokój i przekonanie, że coś jest z nim nie tak.

Namówił go na indywidualną sesję?

Tak. A potem jeszcze na kolejną i tak przez wiele lat. Z perspektywy czasu Michał ocenia, że człowiek naprawdę nie musi mieć wzorcowych relacji z otoczeniem. A jeśli mówimy o uzależnieniu od psychoterapii: inny jego ilustruje przypadek Oli, która wszelkie decyzje życiowe analizowała z terapeutką, ucząc się w konsekwencji braku samodzielności.

W takich przypadkach bywa to wręcz regresja do stanu dzieciństwa i zależności od rodzica. Nie ma problemu, gdy dobry terapeuta wyprowadzi nas z tego stanu najdalej pod koniec terapii. Może jednak wywołać regresję świadomie by zatrzymać pacjenta przy sobie i wpływać na jego decyzje. Terapeutka Oli intensywnie namawiała ją do pracy w korporacji i urodzenia dziecka próbując przykroić ją do własnego wzorca „udanego życia”.

Terapeuta, o którego prywatnym życiu nic nie wiemy, może stać się naszym mentorem i życiowym doradcą?

Łatwo staje się autorytetem zarówno w dobrym, jak w i złym znaczeniu. Proszę zauważyć, że sytuacja pacjenta przychodzącego na terapię jest trudna, a z całą pewnością gorsza niż terapeuty. Rzadko kiedy przychodzimy tam w skowronkach. Sprowadzają nas raczej epizody depresyjne, poczucie beznadziei, zdruzgotanie, traumatyczne przeżycia, osłabienie, lęki czy nieradzenie sobie z codziennością.

Od Isabel Marcinkiewicz do Justyny Żyły. Jak mszczą się porzucone żony celebrytów

Rozstanie na Instagramie, czyli medialny rozpad pożycia

zobacz więcej
Trafiając do fachowca w takim stanie traktujemy go jak mistrza w rozwiązywaniu życiowych problemów łaknąc wręcz jego sugestii i pomocy. Z drugiej strony terapeucie też jest trudno…

…przestać pławić się w autorytecie?

Otóż to. Tymczasem terapeuta nie jest mądrzejszy od innych ludzi, podobnie jak lekarz, nie jest odporniejszy od innych na choroby. Tyle, że jeśli pacjent widzi w nim siłę i podąża za jego sugestią wierząc nie tylko w fachową wiedzę, ale i w mądrość życiową, mile go to łechce. Gdyby powiedział: „Jestem tak samo słabym człowiekiem, jak pani. Znam tylko nieco lepiej niektóre procesy psychiczne, więc jestem w stanie pomóc zmienić pewne nawyki i zachowania...”.

Nie uwierzyłabym. Psychoterapeuci jako znający mechanizmy ludzkich działań i reakcji muszą mieć doskonałe relacje ze światem. Przy okazji potrafią przejrzeć nas na wylot…

Niestety. Doświadczam tego przekonania na co dzień. Dowiadując się, że jestem psychologiem ludzie pytają z obawą, czy aby nie analizuję ich zachowań. Wydaje im się, że psycholog to jednostka która „posiada wiedzę” i bez przerwy analizuje innych wnikając w ich umysły. Tyle, że to kompletna bzdura.

Odetchnęłam z ulgą…

(śmiech) Jeśli cokolwiek analizuję, to tylko po czasie. Intensywna analiza sytuacji na bieżąco wyklucza przecież normalną międzyludzką relację. Co więcej, badania sugerują, że wielu terapeutów miewa spore problemy z własnym życiem.

Miewają też problemy z moralnością. Terapeuta Sylwii znając istotę zaburzeń osobowości, na które cierpiała, wykorzystywał ją seksualnie: uwodził, obnażał się. To częste przypadki?

Nie znam statystyki takich uwiedzeń. Zważywszy jednak na wysoką pozycję prowadzącego w relacji terapeutycznej, wejście w rolę obiektu adoracji jest bardzo łatwe. Dobry terapeuta widząc jednak, co się święci pomoże pacjentce szybko z tego wyjść.

Tu zaś dochodzimy do kwestii co w psychoterapii wolno, czego nie. O ile relacja erotyczna z pacjentką wydaje się bezspornie nieetyczna, o tyle już kwestia narzucania pacjentowi swojego systemu wartości jest mniej oczywista. Są, co prawda, kodeksy etyczne wyraźnie zabraniające takich działań. Moim zdaniem jednak jest to prawie całkowicie niemożliwie. Badania pokazują bowiem, że podczas psychoterapii system wartości można modyfikować zupełnie nieświadomie.

Jasne, wiadomo przecież, że człowiek słaby, złamany czy w żałobie jest niezwykle podatny na wpływy. Na takich właśnie polują przecież naganiacze z sekt. Tyle, że terapeuta nie może działać poza prawem.

Myli się pani. Iluzja odpowiedzialności prawnej to kolejna pułapka psychoterapii. W sądowym sporze z psychoterapeutą jako pacjentka nie ma pani szans. Dlaczego? Bo sam fakt, że przekroczyła pani próg gabinetu terapeutycznego każe postrzegać panią jako osobę zaburzoną. Sąd (także koleżeński) bardzo łatwo daje się przekonać, że osoby niezaburzone nie zgłaszają się na psychoterapię.

Paula opisana w mojej książce w czasie procesu sądowego usłyszała od swojej terapeutki: „Zdiagnozowałam tę panią jako paranoiczkę, a jej oskarżenia wpisują się w moją diagnozę”. To jest sytuacja bez wyjścia - paragraf 22.
Przekroczenie progu gabinetu czyni z nas „wariatów”? Może tak być. Czy zna pani opowiadanie Gabriela Márqueza pt. „Chciałam tylko skorzystać z telefonu” ? To z tomu „Dwanaście opowiadań tułaczych”. Pewnej kobiecie zepsuł się samochód. Przypadkowo dostaje się do szpitala psychiatrycznego szukając telefonu, lecz zostaje wzięta za pacjentkę i poddana przymusowemu leczeniu. Gdy jej partner odnalazłszy ją, chce zabrać do domu, lekarz „prowadzący przypadek” skutecznie przekonuje go jak bardzo jest chora.

To opowieść o tym jak łatwo z normalnego świata dostać się w krainę zaburzonych, którym nikt nie wierzy. Opowiadając w środowisku psychologów o zamyśle mojej książki także często słyszałem: „nie będzie wiarygodna, bo rozmówcami będą ludzie zaburzeni, którym nie można ufać”.

Trudno w to uwierzyć. Nawet wśród młodzieży panuje obecnie moda na wizyty u psychologa. Co czwarty jedenastolatek z klasy mojej córki chodzi z mamą na taką terapię.

Oczywiście. Z drugiej strony bowiem środowisko psychologiczne prezentuje siebie jako walczące ze stygmatyzacją osób chorych psychicznie przekonując, że wizyta w gabinecie nie jest powodem do wstydu. W pułapkę wpada się dopiero wtedy, gdy coś pójdzie nie tak. Inna sprawa, że trudno oceniać psychoterapeutów jako jednorodną grupę, bo może zostać nim dosłownie każdy, kto zarejestruje działalność gospodarczą. Bez względu na wykształcenie.

Nie trzeba być psychologiem?

Nie. Nie wiemy nawet ilu psychoterapeutów pracuje w Polsce. Czy słyszała pani o prowokacji Łukasza Mazura? Próbując wykazać absurdalność regulacji prawnych w kwestii psychoterapii zarejestrował w Krakowie taksówki zwane lokowozami. Przewoźnicy nie pobierali w nich jednak opłaty za kurs, ale za „usługi terapeutyczne”. Udało się.

Na czym więc polega „certyfikacja” psychoterapeuty?

Pragnąc zostać terapeutą szanowanej szkoły kandydat musi uczyć się kilka lat i poddać własnej terapii szkoleniowej. Otrzymuje wtedy certyfikat, podlega też obowiązkowi poddawania się superwizji. Tyle, że równie dobrze można zostać psychoterapeutą ukończywszy kurs internetowy trwający kilka godzin. Mnie się to udało, i to kilka razy. Mimo, że podawałem się za osobę bez matury. Ostatecznie certyfikat można wydrukować nawet z Internetu, a przynależność do wszelkich stowarzyszeń nie jest obligatoryjna. Nikt nie bada też stanu zdrowia psychicznego terapeutów, mogą zatem trafiać się wśród nich ludzie silnie zaburzeni. W lepszych szkołach wykryje to zapewne superwizja. Nie dotyczy to jednak całości rynku usług terapeutycznych.

Jak duży to rynek?

Najtwardszy badacz doliczył się ponad 500 różnych modalności czyli odmian psychoterapii. Ja sam sprawdzając ich obecność w Polsce poprzestałem na 120. Tyle, że jeśli wyobrazimy sobie setkę wykluczających się często sposobów pomagania człowiekowi i opisywania tego samego wewnętrznego świata, obraz psychoterapii okazuje się dość mglisty. Niektóre z podejść muszą się przecież mylić.
Które się myli?

Przypomnę: psychologia to nauka. A jednym z jej zastosowań jest psychoterapia. Problem w tym, że tylko część modalności psychoterapeutycznych jest oparta na badaniach naukowych (tzw. evidence-based). Należą do nich między innymi: terapia behawioralna, behawioralno-poznawcza i dialektyczno-behawioralna.

Pozostałe to często autorskie pomysły założycieli poszczególnych szkół, nie mające wiele wspólnego z psychologią. Mało tego, twierdzenia niektórych z nich są sprzeczne z wynikami badań. Do takich właśnie należą np. kierunki wyrosłe z psychoanalizy.

„Psychoanaliza skupia się na poznawaniu „nieświadomego umysłu” ukształtowanego we wczesnym dzieciństwie. To rdzeń osobowości każdego człowieka. Istotą terapii jest odkrywanie nieświadomych myśli, pragnień i konfliktów pacjenta niedostępnych dla świadomego umysłu” – czytam w reklamie jednej ze szkół. Czy zasadność psychoanalizy nie została udowodniona w badaniach?

Nie. Główne mechanizmy psychoanalizy albo nie były badane, albo też nie potwierdzono ich zasadności (np. przegląd 60 lat badań nie potwierdził tzw. mechanizmu wyparcia). Jedynie poboczne w psychoanalizie mechanizmy obronne zostały zbadane i potwierdzone empirycznie. Ogłoszona przez Zygmunta Freuda koncepcja powstawania histerii opierała się na 18 przypadkach, z których 5 całkowicie sfabrykował. Osoby o których pisał, nie istniały.

A inne rodzaje terapii? Zygmunt Miłoszewski w „Uwikłaniu” opisuje widowiskową metodę „ustawień rodzin” niemieckiego terapeuty Berta Hellingera. Uczestnicy niejako wcielają się w siebie nawzajem, co przypomina gusła lub seans spirytystyczny… To czysta pseudonauka. Metoda Berta Hellingera zakłada, że człowiek posiada „wiedzące pole” dziedziczone pozagenetycznie w sposób znany tylko Hellingerowi i jego naśladowcom. Każdy, kto wejdzie w ten obszar, może poczuć się dokładnie tak, jak posiadacz pola. To jednak nie wszystko, pole to jest bowiem czymś na kształt fatum. A zapisany tam los musi się ziścić.

Bert Hellinger usprawiedliwiał w ten sposób faszystowskich zbrodniarzy, wypełniających jedynie własne przeznaczenie. A to sankcjonowanie zbrodni przy pomocy pokrętnych, bezzasadnych naukowo twierdzeń W jednej z książek Hellinger opublikował zresztą pisaną wierszem „Odę do Hitlera”.

Niemieckie towarzystwo psychologiczne przestrzega przed skutkami metody Hellingera jako „psychomanipulacji”. W Polsce jednak, sprawdziłam, „ustawienia rodzin” mają się świetnie, a fora internetowe zapełniają ich entuzjaści. Ale pomówmy o bardziej poczciwych formach pomocy psychologicznej. Czy w jakiś sposób mogą zaszkodzić nam popularne warsztaty?

Typowe szkolenia trwają krótko i nie sięgają tak głęboko jak psychoterapia. Niemniej ich podbudowa ideologiczna może być na tyle silna, że zostanie nam zaszczepiony fałszywy obraz rzeczywistości. Wspomniałem wcześniej o przypadku, gdy warsztaty prowadził terapeuta, wciągający uczestników w indywidualny tok leczenia. Psychoterapia to przecież intratny biznes.
Godzina kosztuje w Warszawie ponad sto złotych. W przypadku psychoanalizy (trzy sesje w tygodniu przez całe lata) płacimy także w razie nieobecności, co daje terapeucie stały dopływ gotówki. Kilkoro bohaterów pańskiej książki popadło w ten sposób w poważne długi, rujnując się finansowo.

Tak było. Ale proszę nie pytać „Dlaczego tak drogo?” Wykonując swoją pracę rzetelnie i empatycznie, terapeuta ponosi ogromy koszt emocjonalny. Stawka nie jest zatem wygórowana. Inaczej, gdy jak w amerykańskich filmach, psychoanalityk bębni palcami w stół zatopiony we własnych myślach, zegar zaś odlicza honorarium.

Jak znaleźć „rzetelnego i empatycznego”? Polegając na referencjach?

Nie jest to gwarancją sukcesu. Sekty religijne także pełne są zadowolonych wyznawców, gotowych polecić swego guru przy każdej okazji. Z drugiej strony: lekarzowi, gdy podejmuje skuteczną interwencję zdarza się zadać pacjentowi mnóstwo bólu, narażając się na złą opinię. Badania mówią z kolei, że satysfakcji pacjenta z przebytej terapii często nie podzielają osoby z otoczenia. Wreszcie: Paula i Agnieszka opisane w książce wybrały znanych specjalistów. Certyfikowanych, poddawanych superwizji, a nawet utytułowanych naukowo. I cóż? Obie terapie zakończyły się klęską. Zamiast szukać cudotwórcy proponuję zatem postawić raczej na rodzaj terapii.

Czyli?

Modalność osadzoną w nauce. Wyniki wielu badań pokazują, że najlepsze efekty osiągamy ucząc się konkretnych zachowań. W pracy psychologa obserwuję jak trudno jest zmienić samopoczucie człowieka w efekcie pracy nad myślami. O wiele łatwiej jest uzyskać to przez zmianę zachowania.

Weźmy za przykład problemy w relacjach z otoczeniem. Terapeuta pracujący nad zachowaniem przeanalizuje przebieg tych relacji wskazując, gdzie mogę popełniać błędy i jak temu zaradzić.

Weźmy za przykład lęk społeczny. Co wtedy?

Skuteczna terapia polega wtedy na wyuczeniu pacjenta konkretnych zachowań społecznych. Stosowanie ich wymiernie poprawia jakość życia bez zagłębiania się w czeluście samego siebie. Emocje i myśli są bowiem tak naprawdę pochodną tego, co w życiu robimy.

– rozmawiała Ewelina Pietryga
Zdjęcie główne: Woody Allen na kozetce terapeutycznej w filmie "Bananowy czubek (1972). Fot. materiały prasowe
Zobacz więcej
Rozmowy Najnowsze wydanie
YouTube ma cenzurę. „Szykanował” materiał o sanitariuszce z...
Żadna gazeta, telewizja czy radio nie miały nigdy takiej skali oglądalności i odbiorców jak Facebook. Ludzie używają go zaraz po przebudzeniu, w drodze do pracy, szkoły, w pracy i szkole, w toalecie, a na koniec scrollują jeszcze przed snem
Rozmowy Najnowsze wydanie
Jesteście patriotami? To zaciśnijcie zęby i pracujcie dla Polski
Roman Kluska: – Gdyby Polacy mieli takie regulacje prawne jak Anglicy, to nikt w Europie nie miałby z nami szans. Polacy są innowacyjni i pracowici, jestem o nich spokojny.
Rozmowy Najnowsze wydanie
Polityczne uwikłanie jest dla pisarza niebezpieczne
Dla czytelnika, którego uwiodła opowieść Olgi Tokarczuk o nieustannym dążeniu do prawdy, wybory polityczne pisarki jawią się jak zaprzeczenie własnej drodze.
Rozmowy wydanie 11.05.2018 – 18.05.2018
Cenzorzy chamstwa nie przepuszczali
Za to Stefanowi Kisielewskiemu zniszczyli 90 proc. tego, co chciał opublikować.
Rozmowy wydanie 11.05.2018 – 18.05.2018
Nie będę jak Olisadebe. Zakochałem się w Polce i w Polsce
– Nasz kraj jest w najlepszym momencie swojej historii od 400 lat. Nigdy nie znaczyliśmy tyle w Europie i na świecie – mówi Patrick Ney, Brytyjczyk propagujący nasz kraj. Wystąpił o polskie obywatelstwo i prosi Polaków o wsparcie.