Historia

Chrzcili żydowskie dzieci w klasztorach. Religijna przemoc czy ratowanie życia?

Nie da się napisać jednej, wspólnej historii żydowsko-polskiej. I nie chodzi tylko o konflikt pamięci, o odmienne narracje historyczne czy wpływ religii Szoah, ale także o to, że te same czynności – z powodu różnic światopoglądowych czy religijnych – będą odmiennie oceniane.

O czym mowa? O chrztach żydowskich dzieci, jakich dokonywano w katolickich klasztorach, w których były one przechowywane.

Z punktu widzenia bezpieczeństwa owych dzieci, a także opiekujących się nimi sióstr zakonnych albo księży, była to czynność oczywista. Akt chrztu, zazwyczaj ze sfałszowanymi danymi, ratował małemu człowiekowi życie (i ukrywającym go osobom), umożliwiał jego przebywanie w klasztorze i brak interwencji niemieckiej. W części przypadków – i wtedy nie ma problemu – robiono tak, jak siostry franciszkanki rodziny Maryi w Warszawie: dzieci nie chrzczono, a jedynie wyrabiano im fałszywe metryki chrztu, o czym informowano po wojnie. Ale w innych miejscach dzieci były chrzczone naprawdę. A to rodziło – i nadal powoduje – spore obiekcje.
Nie ulega wątpliwości – z perspektywy historycznej – że konieczne było także wychowywanie owych małych Hebrajczyków w duchu religii katolickiej, uczenie ich chrześcijańskich modlitw, znaku krzyża, a także podstawowych prawd wiary. Bowiem Niemcy, wiedząc o procederze ukrywania żydowskich dzieci w katolickich klasztorach, często je egzaminowali. Znajomość katechizmu, a także automatyczność wykonywania pewnych gestów, ratowały im więc życie. A ponieważ nie mogły ujawnić swojego pochodzenia nikomu, to zazwyczaj zatajano przed nimi prawdę, by niechcący nie doprowadziły do ukarania przez Niemców śmiercią wszystkich zakonnic za ukrywanie Żydów.
Leon Godlewski. Uratowaliśmy żydowskie dziecko
I jak dotąd nie ma szczególnego sporu o to, czy działania te były dopuszczalne. Ogromna większość historyków – zarówno żydowskich, jak i chrześcijańskich, o laickich nie wspominając – zgadza się, że często nie było innej możliwości ratowania dzieci wyznania mojżeszowego, niż ich chrzest i katechizacja. Problem zaczyna się wtedy, gdy mówimy o intencjach, a także o tym, co z owego chrztu ma wynikać oraz jak go rozumiemy. W tym miejscu pojawia się fundamentalna różnica, której nie da się łatwo przezwyciężyć.

Chrzest to nie tylko obrządek

Powód jest oczywisty. Ani z perspektywy katolickiej, ani z żydowskiej chrzest to nie jest jedynie zwyczajowy obrządek, który nic nie oznacza i do niczego nie zobowiązuje. Można tak spoglądać co najwyżej na fałszowane akty chrztu (a to się również działo), które pomagały przetrwać wielu Żydom poza gettem. Ale prawdziwy chrzest znaczy o wiele więcej.
Chrzcielnica. fot. Wikimedia
Dla katolika jest niezmywalną pieczęcią, jaką Bóg składa na człowieku. Jest włączeniem osoby do Kościoła i zmywa z niej grzech pierworodny. Nie da się człowieka odchrzcić. Nie ma możliwości zmycia tego, co raz spłynęło wraz z wodą na jego głowę. Chrzest jest czymś śmiertelnie poważnym. A do tego umożliwia zbawienie. Dlatego nie powinno zaskakiwać, że wiele z sióstr zakonnych czy księży przetrzymujących Żydów, chrzciło dzieci nie tylko po to, by je ukrywać i by mogły przeżyć, lecz także po to, by obdarować je właśnie zbawieniem.

Jednak to, co z perspektywy katolickiej jest największym darem, a z historycznego punktu widzenia – umożliwiało przetrwanie, w judaizmie oznaczało wykluczenie dziecka z narodu wybranego. W praktyce oznaczało też zazwyczaj, że dziecko pozbawiane było nawet wiedzy o własnym pochodzeniu. Chrzest, przyjęcie chrześcijaństwa są bowiem równoznaczne z apostazją, odrzuceniem judaizmu i wykluczeniem z „Ludu Bożego”. Ochrzczony Żyd przestaje być Żydem, przez małe (religia) i duże (naród) „ż”.
św. Grzegorz Wielki, mal. Carlo Saraceni, fot. Wikipedia
Oczywiście w przypadku dzieci chrzczonych w katolickich klasztorach trudno mówić o ich własnej decyzji. Można jednak stwierdzić, że jeśli nie zostaną one poinformowane o fakcie pochodzenia i późniejszym chrzcie, to nigdy nie odkryją własnego żydowskiego pochodzenia i nie będą mogły powrócić do judaizmu.

Gwałt czy łaska chrztu?

Ale sprawa ma głębsze dno. Otóż dla części z rabinów samo chrzczenie żydowskich dzieci było… tojf gewałt (gwałtem chrztu). Terminem tym od wieków określa się wymuszoną konwersję na chrześcijaństwo, i to niezależnie od środka nacisku (zagrożenie życia, przemoc fizyczna, nacisk psychiczny, utrata pozycji społecznej bądź dochodów, wygnanie z kraju itp.) Zazwyczaj dotyczyło ono dzieci porywanych, by je ochrzcić lub chrzczonych bez zgody rodziców.
Papieże, i to od czasów Grzegorza Wielkiego, zakazywali takich praktyk, ale wiadomo, że się one zdarzały. Chrzty dzieci żydowskich w czasie II wojny światowej, choć trudno tu mówić o porwaniach, również są – przynajmniej przez część żydowskich badaczy – uważane za taki właśnie „gwałt chrztu”. To dlatego po wojnie tak dużą wagę przywiązywano do ujawniania prawdziwych danych dzieci i informowania ich w jakiej wierze, rodzinie przyszły na świat.

Walka o ujawnienie tych danych nie ustaje zresztą do dzisiaj. Kilka tygodni przed pielgrzymką Benedykta XVI do Izraela organizacja Yad L'Achim zaapelowała do papieża, by przy okazji wędrówki do Ziemi Świętej rozwiązał problem żydowskich dzieci pozostawionych w katolickich domach i klasztorach podczas II wojny światowej.
menora przed Knesetem, fot. Wikipedia
– Powiedzcie ludziom adoptowanym przez katolików podczas Holokaustu, że są Żydami – wzywali Watykan liderzy Yad L'Achim. – Przedłużająca się cisza w tej drażliwej sprawie utrwali cierpienie Żydów i będzie oznaczała triumf nazistów – powiedział szef organizacji, rabin Szalom Dov Lifszic.

Yad L'Achim prowadzi od lat akcję odnajdywania „ukrytych dzieci Holokaustu”, z największym powodzeniem w Holandii. Z perspektywy żydowskiej jest ona czymś absolutnie oczywistym. Bez prawdy o pochodzeniu nie ma i nie może być mowy o powrocie tych osób do judaizmu czy żydowskości, a to oznacza, że są one stracone dla wspólnoty, a także dla religii.

Sprawa zdecydowanie komplikuje się jednak z katolickiego punktu widzenia. Z jednej strony, od czasów Grzegorza Wielkiego zakazywano przymusowych chrztów, a papież Innocenty IV w 1246 roku czy Święte Oficjum (na polecenie Piusa VI) w edykcie wydanym w Awinionie w 1776 roku jasno zakazywały chrztu żydowskich dzieci bez zgody ich rodziców. Z drugiej jednak strony sytuacja w czasie II wojny światowej była odmienna, bowiem trudno tu mówić o przymusie czy porywaniu żydowskich dzieci, a można to postrzegać jako jednoczesne ratowanie ich ciał i dusz.
Dlatego, choć wciąż wokół tego polecenia toczy się dyskusja historyków, trudno się dziwić, że Pius XII mógł po wojnie wydać polecenie, by nie ujawniać żydowskich tożsamości ochrzczonym już dzieciom. Powód jest w pełni zrozumiały z ówczesnego katolickiego punktu widzenia, bowiem ujawnienie tych danych mogło skutkować porzuceniem otrzymanej w chrzcie wiary i powrotem do judaizmu lub (co gorsza) do agnostycyzmu czy niewiary.

Tuż po wojnie niemała część dzieci żydowskich przechowywanych w katolickich zakonach została oddana pod opiekę albo szukających ich rodziców (jeśli oni, co graniczyło z cudem, przeżyli), albo organizacji żydowskich. Wiele z nich jednak nie miało rodzin, nie miało też świadomości, w jakich domach się urodziło i od dziecka wzrastało w katolickim otoczeniu. Czy w takiej sytuacji należało je informować o pochodzeniu?
Pius XII, fot. Wikipedia
Czy brak takiej decyzji można uznać za antysemityzm lub za gwałt? A może to raczej troska o zbawienie wieczne? Wielu z tych kwestii nie sposób teraz rozstrzygnąć. Szczególnie, gdy nie zna się ani kontekstu tamtych wyborów, ani siły wiary (i odmiennego jej ujmowania) w tamtych czasach. Odmienne będą także podejścia ortodoksyjnych Żydów i tradycyjnie nastawionych katolików.

I co z tym zrobić dzisiaj?

Teraz, gdy emocje opadły, gdy ogromna większość Żydów jest już niereligijna, problem wcale nie jest łatwiejszy do rozwiązania. Jest wręcz jeszcze trudniejszy. A to dlatego, że dokumenty, które zachowały się w tych sprawach, nie są w stanie ujawnić trudnej prawdy. Nikt przy zdrowych zmysłach nie zaznaczał przecież, że akt chrztu dotyczy dziecka żydowskiego. Nikt nie podawał w nich prawdziwych danych, a po wojnie nie poprawiano, ani nie zmieniano tych zapisów.

W efekcie, gdy wymarli świadkowie, bardzo trudno jest ustalić, jakie było autentyczne pochodzenie wielu osób. Nie sposób też odpowiedzieć na pytanie, czy z ich perspektywy wiedza ta byłaby korzyścią czy zburzeniem jedynej znanej im tożsamości?
Skoro nigdzie nie notowano prawdziwych ani przybranych nazwisk tych dzieci, to czy dziś w ogóle coś można byłoby ustalić? Jedynie fakt, że akt chrztu został sfałszowany. I tyle.

To, co napisałem, nie oznacza, że nie rozumiem starań strony żydowskiej, by odnajdywać „zagubione dzieci”, a czasem nawet dzieci tych dzieci. Z perspektywy judaizmu, a nawet tożsamości żydowskiej odejście tych potomków od własnej tożsamości, od żydowskości i judaizmu, to – w pewnym zakresie – także triumf Hitlera. Odzyskanie ich zaś, to triumf Izraela.

I choć jako katolik uważam, że chrzest jest darem – a dla wielu z tych dzieci był zarówno darem życia doczesnego, jak i wiecznego – to jednocześnie trudno mi nie zrozumieć, że Żydzi chcą, by poznały one prawdę. Aby lepiej to zrozumieć wystarczy zadać proste pytanie: czy nie uważamy, że polskie dzieci porwane przez hitlerowców i przekazane Niemcom na wychowanie, także mają prawo do poznania prawdy o swoim pochodzeniu? A przecież dla nas sprawa jest prostsza, bo nie dotyczy kwestii świętych, takich jak chrzest czy przynależność do narodu wybranego.

– Tomasz P. Terlikowski
Zdjęcie główne: Grupa dzieci żydowskich z przedmieść stolicy, zdjęcie wykonano w latach 1918 - 1939. Fot. NAC/Koncern Ilustrowany Kurier codzienny
Zobacz więcej
Historia Najnowsze wydanie
Abwehra w Polsce Ludowej
Enerdowska bezpieka po sierpniu 1980 roku zdobyła w PRL agentów we wszystkich najważniejszych pionach MSW, w strukturach Kościoła i organizacji katolickich, wśród nauczycieli, przewodników turystycznych i bankowców.
Historia Poprzednie wydanie
Mordowano polskich ziemian, urzędników i księży
„Pchnięcie Polski nożem w plecy” – tak zachodnie media nazwały we wrześniu 1939 roku napaść ZSRR na wschodnie tereny II RP. Na Kresach przedstawiciele wszystkich mniejszości etnicznych wykazali czynnie, że nic ich nie łączy z państwem polskim.
Historia Poprzednie wydanie
Czy sojusz Polski z Niemcami był konieczny?
„Do potęgi państwa drugorzędne dochodzą przez satelictwo państwa pierwszorzędnego” – tłumaczył Studnicki, który gotów był nawet pogodzić się ze zwasalizowaniem Polski przez Rzeszę.
Historia wydanie 7.09.2018 – 14.09.2018
Viktor Orbán ogląda bezgłowe zwłoki kozła
Premier na tropie pokrewieństwa Węgrów z koczowniczymi ludami Azji Środkowej.
Historia wydanie 31.08.2018 – 7.09.2018
Niemcy napisali na mogile: „Tu leży polska mniejszość narodowa”
Sam Hitler decydował, jak opanować polskie mosty na Wiśle. Niemcy wysłali więc do Tczewa pociąg pancerny, piechotę i lotnictwo. Tu 1 września 1939 roku padły pierwsze strzały.