Kultura

Pokazał filmowcom środkowy palec. Outsider polskiego kina

Myliłem się. Przyznaję się bez bicia do tego, że źle oceniłem ścieżkę filmowej kariery Patryka Vegi. Okazało się, że z fatalnego „Botoksu” (na portalu tygodnik.tvp.pl umieściłem go na liście najgorszych polskich filmów roku) można zrobić przyzwoity serial telewizyjny, a najnowsze „Kobiety mafii” mają poziom pierwszych produkcji Vegi. Zatem cofam część moich zarzutów do tego „współczesnego Barei”. Ten filmowy anarcho-konserwatysta, odnalazł swój dawny styl.

Kino źle wyreżyserowane, nierówno zagrane i niewiarygodne…

Najgorsze polskie filmy 2017 r. Subiektywny ranking Łukasza Adamskiego dla portalu tygodnik.tvp.pl.

zobacz więcej
Ponad milion widzów zaledwie po tygodniu wyświetlania „Kobiet mafii” w kinach, w tym aż 684 tysiące po pierwszym weekendzie. Robi wrażenie? Pewnie nie na Patryku Vedze.

Jego „Botoks” przekroczył przecież 700 tysięcy widzów w weekend otwarcia, zaś „Pitbull. Niebezpieczne kobiety” zgromadził – uwaga – 835 tys. widzów. To wyniki, o jakich mogą marzyć fetowani przez krytyków polscy filmowcy, których obrazy, schodząc z ekranów, mają widzów tyle, ile Vega w ciągu kilku pierwszych dni wyświetlania.

„Disco polo również przyciąga Polaków” – słyszę ciągle podczas rozmów o sukcesie kina Vegi. Kilka miesięcy temu również chętnie używałem tego argumentu. Jednak rakiem się z niego wycofuję. Przynajmniej na razie. Patryk Vega jest na tyle nieprzewidywalnym filmowcem, że może niebawem zrobić film, który znów rozwścieczy moje filmowe podniebienie na tyle mocno, że będę w niego strzelał jadem.
03.10.2017
Tak, Vega schrzanił totalnie swoje ostatnie trzy filmy. To bardzo delikatnie ujęta krytyka. Vega de facto poległ na wszystkich swoich fabułach zrobionych po debiutanckiej opowieści o polskiej policji. Autor przenikliwego policyjnego serialu „Pitbull” (2005-2008) prędko skręcił w stronę prostackiej komercji. A przecież to policjanci polecali mi jego serial! „Nikt nie pokazał naszej pracy tak realistycznie” – mówili. Obejrzałem, choć byłem umiarkowanym entuzjastą pierwszego filmu „Pitbull” (2005), będącego trampoliną dla Marcina Dorocińskiego. Serial rozłożył mnie na łopatki.

Później Vega rozwodnił swój surowy, uliczny styl. Mógł go przekuć w niepowtarzalny filmowy głos. Mógł być polskim Quentinem Tarantino (od bohatera Vincenta Vegi z „Pulp Fiction” Patryk Krzemieniecki wziął nowe nazwisko), który po szokującym świat kina debiucie „Wściekłe Psy” (1992) uderzył z siłą samego Sonnego Chiby, podkręconego wirtuozerią Bruce’a Lee. Nic już nie było takie samo po bezczelnym eklektyzmie „Pulp Fiction” (1994). Choć Q nie nakręcił więcej nic równie przełomowego i rozsadzającego normy popkultury, to każdy jego kolejny obraz zapisywał się godnie w historii popularnej kultury dla mas. A Vega?

On zatopił się nie tylko w narkotykach, alkoholu („piłem od szóstej rano do drugiej w nocy po dwa litry whisky na dobę”), ale i w szmirowatych polskich komediach. „Ciacho” (2010) i „Last minute” (2013) to jego niesławne dzieła. Nie lepsza była kuriozalna przeróbka przygód słynnego polskiego agenta. „Hans Kloss. Stawka większa niż życie” (2012), na podstawie scenariusza Pasikowskiego, okazał się potworkiem. A przecież to historia idealna dla, umiejącego mieszać w gatunkowym kotle, znawcy polskiej popkultury. Vega zrozumiał, że nie w tym jego siła. Wrócił do korzeni. Już jako inny człowiek.
Przeszedł duchowe nawrócenie („staram się patrzeć na to, co robię w swoim życiu, nie przez pryzmat swych interesów, swojego planu, tylko z Boskiej perspektywy”) i nakręcił „Służby specjalne” (2014). Film niespełniony. Odsłaniający wszystkie błędy warsztatowe Vegi: niedbałość o poziom aktorski trzeciego planu, niechlujność narracyjną, nieuporządkowanie strukturalne. Doszło do tego dosyć naiwne spojrzenie na Wojskowe Służby Informacyjne, których wiwisekcję reżyser postanowił zrobić. Vega zawsze podkreśla, że dociera do wiedzy źródłowej na temat, który porusza na ekranie. Cóż, o ile prostolinijni policjanci szczerze mu opowiedzieli o swojej pracy, to już chłopcy z WSI mieli konkretny cel w sprzedaniu określonej wersji działalności służb zlikwidowanych przez prawicę. Niemniej jednak „Służby…” zaintrygowały innym wymiarem. To pierwszy film, w którym Vega w swój specyficzny sposób mówi o wierze.
Wątek mjr. Bońki (nawrócony zabijaka o twarzy genialnego Janusza Chabiora) definiuje w dużej mierze następne filmy Patryka Vegi. Zrealizowane w tym samym roku (Vega, niczym najwięksi grafomani kina, robi więcej niż jeden film rocznie) „Pitbull. Nowe porządki” i „Pitbull. Niebezpieczne kobiety” ( 2016) były pozbawione tego wymiaru. Owszem, reaktywowały gwiazdorstwo Bogusława Lindy, zaś Andrzej Grabowski powtórzył w nich swoją wspaniałą telewizyjną kreację gliniarza Gebelsa zblazowanego złem świata. Co jednak z tego, skoro kultowe postaci z serialu świeciły odbitym, i do tego bardzo bladym, światłem produkcji sprzed dekady, scenariusz był dziurawy mocniej niż ciało Tonego Montany z finałowej sceny „Człowieka z blizną”, a fabuła czysto przyczynkowa. Za co Polacy pokochali te filmy? Moim zdaniem za szczerość, obrazową przemoc i dosadne, wulgarne dialogi. Podobnie było z „Botoksem” (2017), który stał się wielkim hitem, choć wygląda jak ekranizacja najbardziej hardcorowych artykułów o służbie zdrowia, znanych z łamów „Super Expressu”. No, ale hasło „pokaż lekarzu, co masz w garażu” jest zawsze nośne, o czym filmowiec – mający wyjątkowo wyostrzony słuch społeczny – dobrze wie.

Ma też Vega ucho do dialogów. Nie jest jak Tarantino, który wulgaryzmy opakowuje w poetykę, błysk i popkulturową erudycję. Vega jest uliczny. Prostacki i bezpośredni. W serialu „Pitbull” i w „Kobietach mafii” doskonale używa bandyckiej grypserki i policyjnego żargonu. To właśnie dialogi i realizm przepuszczony przez oko Vegi wygrywają w boju dwóch policyjnych filmów. Warto nadmienić, że Vega zrobił „Kobiety mafii”, bo po sporze z producentem jego poprzednich filmów stracił prawo do marki „Pitbull”. W tym miesiącu do kin weszła finałowa część trylogii „Pitbull. Ostatni pies”, ze scenariuszem i w reżyserii Władysława Pasikowskiego. Do swojej roli powraca część oryginalnej serialowej obsady na czele z Marcinem Dorocińskim w roli Despero. Jednak już po zwiastunach obu filmów widać, że o ile świetny rzemieślnik Pasikowski zrobił solidne i poprawne dzieło, to energia i bezczelność bije z filmu Vegi.
Pierwszego od dekady tak dobrego filmu tego twórcy. Vega wyciągnął wnioski z krytyki, jaka spadła na jego za poprzednie filmy. Wygląda na to, że zbawienny wpływ na specyficzny styl pracy Vegi ma współscenarzysta Olaf Olszewski, który przyłożył się również do scenariusza telewizyjnej wersji „Botoksu”. Nagle okazało się, że serial jest o niebo lepszy od filmu. Odpowiednio rozwija wszystkie postacie, nadaje im psychologicznej wiarygodności i ma sensowną, klarowną narrację.

Podobnie jest w najnowszym filmie, o czym pisałem w recenzji dla portalu wPolityce.pl. „Kobiety mafii” to najpoważniejszy, najbardziej przemyślany i najlepszy film Vegi w jego karierze. Od czasu serialu „Pitbull”, Vega nie nakręcił filmu równie spójnego, zdyscyplinowanego i wypełnionego dobrze nakreślonymi postaciami. Nie tekturowymi imitacjami psów i gangusów, ale realnymi postaciami z krwi i kości. „Kobiety mafii” dowiodły nie tylko tego, że Vega wyciąga wnioski ze swoich ułomności artystycznych, ale naprawdę jest twórcą autorskiego, własnego kina. Nie potrzebuje publicznej kroplówki w postaci pieniędzy z Polskiego Instytutu Sztuki Filmowej. Nie ogląda się na trendy rodzimego kina i mody w nim panujące. Jest outsiderem hermetycznego polskiego światka filmowego. Pokazał mu środkowy palec, co sprowadza na niego niechęć całego środowiska.

To upodabnia go do twórcy „Misia”. Na Stanisława Bareję w PRL spadały podobne ciosy. Kultowego dziś filmowca wyśmiewano, pogardzano nim i glanowano go na filmowych salonach. Pod tym kątem Vega rzeczywiście jest Bareją naszych czasów. Zwulgaryzowanej Polski, łączącej ze sobą nowoczesność i postkomunistyczną, postkolonialną mentalność. Vega potrafi to uchwycić w swoim kinie. Nie przez przypadek zderza przecież obrazy rynsztoku z ulic warszawskiej Pragi z apartamentami w centrum stolicy.
NIEBEZPIECZNE KOBIETY - MATKI, ŻONY, POLICJANTKI!
Tutaj dochodzimy do sedna tekstu i jego finału. Vega nie tylko robi autorskie, wymykające się schematom i standardom gatunkowym kino. On ma również zupełnie własne spojrzenie ideologiczne i religijne. „Kobiety mafii” dowodzą, że nie ma w polskim kinie większego feministy, celebrującego fizyczną i mentalną siłę kobiet. Ta wrażliwość łączy go z przywoływanym w tekście Tarantino, który stworzył najmocniejsze kobiecie postaci w swoim krwawym kinie zemsty („Jackie Brown”, „Kill Bill”, „Death Proof”). U Vegi to kobiety mszczą się za krzywdy doznane przez brutalnych samców, przejmują męskie role w świecie gangsterów, ale nie porzucają matriarchalnej wrażliwości. Doskonale to ujął krytyk filmowy Michał Oleszczyk, który jest najbardziej przenikliwym vegologiem w Polsce.

„Nie jest tak odjechany jak »Botoks« (największą jazdą jest scena, w której Dygant zwalnia wszystkie hamulce, wydziera się barytonem i każe jednemu gangsterowi wykonać fellatio na drugim, drugiemu odpiłować nogę pierwszego, po czym wrzuca obydwu do kontenera z ługiem), ale ma to, co sprawia, że wracam do świata Vegi z przyjemnością: jego styl. To połączenie niedbalstwa z filmowym nerwem, z miłością do swoich aktorów i z wiernością sobie na pohybel wszystkim, jest czymś, co muszę uszanować” – pisze krytyk.

Mordował kobiety „rozwiązłe”. Ogłuszał siekierą, wbijał w ciało noże, dłuta, gwoździe

Ma na koncie co najmniej 81 ofiar. Największy seryjny zabójca w kraju.

zobacz więcej


Oto kwintesencja dzisiejszego Vegi. Brutalnego, nieprzewidywalnego i jednocześnie wrażliwego na krzywdy najsłabszych. Przecież mógłby Vega być ulubieńcem kobiet i salonów. On jednak popełnił myślzbrodnie, opowiadając się przeciwko aborcji. Nie ważne więc, że „Botoks” i „Kobiety mafii” to ekranizacja problemu #metoo. Vega wymyka się szufladkom, więc nie jest „swój”.

Patryk Vega idzie własną drogą. Wciąż nie zgubił swojego wyjątkowego anarcho-konserwatyzmu, podlanego sprotestantyzowanym katolicyzmem z neokatechumenatu. U Vegi Bóg jest wszędzie. On przecież „to wszystko pomalował” („Służy Specjalne”), tworząc przy tym transseksualistów („Botoks”). „Kobiety mafii” otwierają nową trylogię, której druga część będzie o zemście (tak wynika z finału tego filmu). Motyw zemsty w ujęciu rozsmakowanego w dosłownej brutalności katolika? Godne to wczesnego Abla Ferrary.

– Łukasz Adamski
Zdjęcie główne: Na planie filmu „Pitbull. Niebezpieczne kobiety”. Na zdjęciu, w centrum, reżyser Patryk Vega, druga z lewej stoi aktorka Joanna Kulig. Warszawa, czerwiec 2016 r. Fot. PAP/Tomasz Gzell
Zobacz więcej
Kultura Najnowsze wydanie
Tanie Dranie kontra Policja Myśli
W świecie globalnym trzeba wiedzieć kim się jest i z kim ma się do czynienia, także pod względem genotypu. Nie wolno przyjmować multi-kulti, bo szkodzi to kulturze obywatelskiej - pisze Krzysztof Kłopotowski.
Kultura Najnowsze wydanie
Kult wyemancypowanej lesbijki
Żył w intymnym związku pod jednym dachem z żoną i z kochanką. Po jego smierci kobiety postanowiły nadal mieszkać razem i wspólnie wychowywać dzieci stanowiące owoc miłosnego trójkąta.
Kultura wydanie 8.06.2018 – 15.06.2018
Kapłan i błazen. Wersja muzyczna
U Roberta Brylewskiego nie było metafizyki. Była obserwacja społeczna, która komponowała się ze słoikami z fasolką po bretońską, dźwiganymi przez rodziców z wielkiego miasta na wieś w epoce jedynie słusznych socjalistycznych niedoborów.
Kultura wydanie 8.06.2018 – 15.06.2018
Andrzej Dobosz. Ten z „Rejsu”. I nie tylko
Prowadził zakład krawiectwa damskiego, zbierał krwawnik dla spółdzielni zielarskiej i pilnował domów milionerów. Zarejestrowany przez SB jako figurant o kryptonimie „Smentek”.
Kultura wydanie 8.06.2018 – 15.06.2018
Prymitywny nacjonalizm, siermiężna dyktatura. Polityczna...
Aluzje do sporów i awantur, jakich jesteśmy świadkami w naszych czasach, są w „Zimnej wojnie” aż nazbyt czytelne.