Cywilizacja

Humus jako ludobójstwo

Najlepiej być czarną muzułmańską lesbijką transgender. Najgorzej - heteroseksualnym Żydem.

„Przywłaszczenie kulturalne” to najgłośniejsza w minionym roku przewina przeciwko politycznej poprawności. Nowy występek początkowo rozpoznany został w Ameryce na uniwersytetach, wiedza o nim szybko rozwinęła tam skrzydła i przyfrunęła do szkół, po czym rozprzestrzeniła się po wszystkich możliwych sferach życia. Teraz przypłynęła do Europy.

Jak obrazić czarownicę

Nie chodzi tu rzecz jasna o przywłaszczanie sobie czegoś w kulturalny sposób - na przykład o gwizdnięcie komuś zapalniczki, grzecznie i z wdziękiem - lecz o przywłaszczanie sobie czyjejś kultury. Na przykład: przebierając się na przyjęciu za Meksykanina w sombrero, albo za Indianina w pióropusz. Tak, to jest przywłaszczanie. Bo sombrero – podobno - jest kulturą. Podobna funkcję może pełnić także obuwie. Przyczyną oskarżenia o „przywłaszczenie kultury” stało się na jednym z uniwersytetów noszenie… mokasynów.

Podobnie, gdyby ktoś nie wiedział, kapelusz czarownicy, i noszenie go na święto Halloween (niegdyś Wszystkich Świętych) to obraza dla czarownic. Małe dzieci, chodząc przebrane od drzwi do drzwi, prosząc o cukierki, przywłaszczają sobie kulturę czarownic. Nie mówi się jeszcze o przywłaszczaniu kultury wilkołaków, ale to tylko kwestia czasu.

Doszło do tego, że na wielu uczelniach, a także w wielu szkołach, ogłaszano wytyczne na przed Halloween, ostrzegając o „niestosowności” rozmaitych kostiumów. Na jednym z uniwersytetów pani dziekan jednak uznała, ze wystarczy wystosować list do studentów z prośbą, aby kierowali się zdrowym rozsądkiem. Myślała, że stać ich na przemyślenie sprawy niezależnie, posługując się darem rozumu.

Myliła się. Studenci zażądali kategorycznego potępienia wszelkich prób „przywłaszczania” cudzych „kultur”. W końcu, po histerycznej nagonce, dziekan podała się do dymisji.
Czy humus należy do kultury żydowskiej, bliskowschodniej, czy wyłącznie do palestyńskiej? Na zdjęciu ogromna porcja tej potrawy przygotowana w Abu Ghausz, żydowsko-arabskiej miejscowosci nieopodal Jerozolimy. Fot. Reuters/Ammar Awad
Tymczasem wilkołaki zostały wyprzedzone przez humus. Mówienie o izraelskim humusie okazało się już nawet nie „przywłaszczaniem kultury”, ale wręcz ludobójstwem kultury. Bo humus należy do Palestyńczyków. Nie do bliskowschodniej kuchni, nie do Lewantu, nawet nie do krajów arabskich, ale do palestyńskiej kultury.

Jak mawiają Anglicy: trudno by było to wymyślić. Nawet ktoś o niezwykle bujnej i oryginalnej wyobraźni musiałby bardzo się wytężyć.

Czarnoskórzy na szczycie

Jak czytelnik zapewne się domyśla, mechanizm ten działa tylko w jedną stronę: chodzi tu tylko o „kultury” miejszościowe (a zatem z definicji prześladowane) i raczej nie zachodnie i nie białe. Nikt by się nie oburzył, gdyby muzułmanin postawił sobie przed domem choinkę. Na niektórych uniwersytetach natomiast kwitnie nowa tradycja czyli „dni bez białych”. Biali wykładowcy i studenci nie są wtedy wpuszczani na uczelnie. Ciekawe, co by się stało, gdyby ktoś zaproponował dni bez czarnych.

Ideologia tożsamości grupowej obejmuje coraz to dalsze sfery życia i jej utwierdzanie się w życiu publicznym jest może najbardziej szokującym i przygnębiającym zjawiskiem minionego roku. Do niedawna była domeną studentów i środowiska uniwersyteckiego i poza tym kontekstem można było normalnie z ludźmi rozmawiać, żartować, debatować, dyskutować; rozmówcy nie wypowiadali się jako kobieta czy jako czarny, lecz jako - po prostu - człowiek z jakimiś poglądami.

Dziś trzeba uważać, by nie wylądować w sądzie; normalna wymiana zdań stała się niemal niemożliwa. Bycie czarnym obdarza nieomylnością i cnotą; biały, zwłaszcza biały mężczyzna, nie może mieć racji. (Tak, o ruchu #MeToo za chwilę.)

Rasa jest najważniejsza. Bycie muzułmaninem albo Palestyńczykiem też obdarza dużą dozą nieomylności i cnoty, ale w tym roku bycie czarnym wspięło się na szczyt gradacji ofiar, prześcigając muzułmanów i homoseksualistów. (O byciu sceptycznym wobec zagrożenia planety przez globalne ocieplenie lepiej nie mówmy; zasługuje to na potępienie równie automatyczne i prawie tak ostre, jak bycie białym mężczyzną. Patrz „intersekcjonalność”, poniżej.) Najlepiej, oczywiście, być czarną muzułmańską lesbijką transgender. Najgorzej być heteroseksualnym Żydem.
Ideologia politycznej poprawności najlepiej się ma na amerykańskich wyższych uczelniach. Na zdjęciu drzwi do genderowo neutralnej łazienki na Uniwersytecie Kalifornijskim. Fot. Reuters/Lucy Nicholson
Tu krótka dygresja o intersekcjonalności. Jest to niezwykle wygodna teoria, za pomocą której można uzasadnić cenzurę i coraz głębiej utwierdzać wszystkie politycznie poprawne widzimisie, jakie tylko przyjdą do głowy. Głosi ona, że wszelkie formy dyskryminacji - seksualne, religijne, klasowe - wynikają z opresyjnych struktur władzy i że zatem „prześladowanym” grupom wolno praktycznie wszystko, bo walczą po dobrej stronie, w imieniu wszystkich prześladowanych i dyskryminowanych przez struktury władzy.

Aby pracować trzeba fałszować

Teoria ta, łącząca ideologię tożsamości grupowej z coraz szerzej i absurdalniej interpretowaną zasadą niedyskryminacji, zaczęła zagrażać wolności słowa i niezależności myśli wszędzie. Na uniwersytetach zamiast swobodnej debaty i niezależnego myślenia kwitnie cenzura i indoktrynacja. Uniwersytet nie może więc spełniać swojej podstawowej funkcji, jaką jest przekazywanie wiedzy.

Samo pojęcie wiedzy jest kwestionowane: każdy może mieć swoją opinię, równie ważną, jak inna, tak samo początkujący student jak jego profesor. Pracownicy uniwersyteccy nie mogą spokojnie prowadzić badań w swojej dziedzinie, bo na każdym kroku mogą narazić się na kłopoty - ostracyzm, burze potępień na Twitterze i innych mediach społecznych (o których za chwilę), żądania ich wyrzucenia z pracy - jeśli wyniki ich badań nie zgadzają się z obowiązującą ideologią.

Latem 2017 r. na corocznej międzynarodowej konferencji mediewistów wybuchła awantura o to, że naukowcy piszący o historii średniowiecznej nie zajmują się wystarczająco często rasą, gender ani sytuacją „innego”.

Prace historyczne o Al Andalus pod muzułmańską władzą muszą opiewać słynną „conviviencię”, jaka tam miała panować: pełna harmonia, prawa kobiet, Żydzi i chrześcijanie traktowani znakomicie, wszyscy razem pili wino i pisali piękne wiersze - choć jest masa dowodów, że prawda była nieco inna, wystarczy zajrzeć do źródeł. Ale inaczej pisać nie wolno.

To samo z kolonializmem: niedawno w Anglii ukazał się list kilkudziesięciu oburzonych pracowników uniwersyteckich, potępiający profesora teologii, który ośmielił się napisać w artykule do gazety „The Times”, że może nie cała historia brytyjskiego imperium była pod każdym względem potworna. Autorzy prac, postrzeganych przez strażników politycznej poprawności jako „eurocentryczne”, są narażeni na poważne kłopoty.

Tak więc islam zawsze dobry, kolonializm zawsze zły, Zachód też zawsze zły. Innymi słowy: trzeba fałszować historię.
Autorka tekstu Agnieszka Kołakowska - eseistka, tłumaczka, filolog klasyczny. Fot. PAP/Rafał Guz
Także w naukach ścisłych pojawia coraz więcej politycznie poprawnych absurdów. Brzmi to jak głupi dowcip - przepraszam, to nie moja wina, jeśli wszystko, co tu relacjonuję, brzmi jak głupi dowcip - ale (czytam w miesięczniku „New Criterion”) pani dziekan wydziału inżynierii - inżynierii! - na uniwersytecie Purdue w Indianie oświadczyła, że powszechnie przyjęte standardy w pracy akademickiej są tylko mylącą fasadą, pod płaszczykiem której kryją się „przywileje białych heteroseksualnych mężczyzn”, że wiedza naukowa jest wyrazem „gender, rasizmu i kolonializmu” i że na wydziale inżynierii panuje „klimat mikroagresji oraz kultura męskości i białości”. Coraz więcej słyszy się głosów ze świata akademickiego, nie tylko - jak widać - od studentów, że także nauki ścisłe zawsze służyły do legitymacji rasizmu, kolonializmu, prześladowania kobiet, gejów, osób transgender.

Gdy przedszkolak zmieni płeć

Oskarżenia o „mikroagresję”, żądanie „bezpiecznych przestrzeni”, odwoływanie wizyt zaproszonych wykładowców (bo mogliby urazić i zaszokować biednych, wrażliwych studentów, a także zanieczyścić ich niczym - prócz najczystszej ortodoksji - nieskażone móżdżki jakimiś nieodpowiednimi treściami), i uległość władz uniwersyteckich wobec takich działań, a często nawet czynne ich promowanie - to wszystko jest dziś codziennością na prawie każdym amerykańskim uniwersytecie, i na wielu angielskich.

Dziś uniwersytety istnieją po to, by uprawiać społeczną inżynierię, walczyć przeciwko nierównościom i wdrażać sprawiedliwość społeczną - prawda i wiedza nie mają z tym nic wspólnego. Jeśli, zdaniem studentów z mniejszościowych grup, swoboda wypowiedzi przeszkadza w ochronie niedyskryminacji, to swobodę wypowiedzi bez wahania wyrzucamy przez okno. Wielu na amerykańskiej lewicy - tej samej, która w latach ‘60 walczyła o swobodę wypowiedzi - teraz domaga się cenzury i mówi otwarcie, że trzeba usunąć Pierwszą Poprawkę do Konstytucji (zakazującą ograniczenia wolności słowa).

Nieśmiałe sugestie, że może warto by tak chwilę się zastanowić, pomyśleć, porozmawiać, natychmiast spotykają się z potępieniem za rasizm. Ktoś, kto uważa, że uniwersytet powinien być miejscem swobodnej debaty, nie tylko tkwi w błędzie, lecz jest po prostu zły. Mowa może być słuszna albo niesłuszna, innej nie ma. A raczej: inna jest herezją, którą należy wytępić, bo mogłaby zarazić swoje otoczenie. Wytępienie odbywa się przez indoktrynację albo - coraz częściej - po prostu przez cenzurę.
Komu potrzebna poprawność polityczna?
Najskrajniejsze pomysły politycznej poprawności, w Ameryce nadal ograniczone są głównie do uniwersytetów, w Anglii zaś wyszły z campusów i wydziałów gender i weszły w mainstream. Tam uznanie jedynie słusznej mowy i jedynie słusznych grup (prześladowanych, mniejszościowych, tych stojących najwyżej w najnowszej i najmodniejszej w danej chwili gradacji ofiar) jest odzwierciedlone także w ustawodawstwie i w sądach, gdzie „mowa nienawiści” jest karana bez wymagania dowodów: przyjmuje się, że jest nią to, co zaskarżający (czyli rzekoma ofiara) za mowę nienawiści uznał.

Kuriozalny - lecz, dla tych, co pamiętają czasy komunizmu, mało oryginalny - pomysł sądu bez potrzeby dowodów nie jest jedynym świadectwem tego, że pod pewnymi względami Anglia wyprzedziła Amerykę. W Anglii dzieci jeszcze w przedszkolach, nie mówiąc o szkołach podstawowych, będą mogły swobodnie wybierać (i w razie potrzeby zmieniać) swoją płeć. Zachęca się je też do donoszenia na swoich rodziców, gdyby ci wyrażali na ten temat - czy na temat homoseksualizmu albo transgender - niesłuszne, opresyjne poglądy.

W tej sprawie Wielka Brytania i Stany Zjednoczone walczą o palmę pierwszeństwa: przecież to stan California wyznaczył kary do tysiąca dolarów dla pielęgniarek, które w domach opieki zwracają się do pacjentów innym niż wybranym przez nich zaimkiem.

Między gwałtem a klepaniem

Inne zjawisko, które przybrało w 2017 r niepokojące rozmiary, to rosnąca siła tak zwanych mediów społecznościowych. Każdy list, apel, potępienie, nawoływanie do ostracyzmu czy do wyrzucenia z pracy za naruszenie politycznej poprawności, natychmiast pojawi się na Twitterze i w mgnieniu oka okrąża świat.

Media społecznościowe stały się dziś, jak zauważyło już kilku komentatorów, bronią masowego rażenia. Są sądem, przed którym nie ma obrony i nie potrzeba dowodów winy. Między październikiem a grudniem 2017 r. hasło #MeToo na twitterze pojawiło się 3,53 mln razy.

Zaczęło się od rewelacji na temat Harvey’a Weinsteina. Wszyscy wiemy, co wkrótce potem nastąpiło: posypała się, głównie na Twitterze i na Facebooku, lawina oskarżeń o molestowanie seksualne. Setki kobiet nagle przypomniały sobie, że 30 lat temu ktoś położył im rękę na kolanie, pogłaskał po nodze, albo znęcał się nad nimi, każąc im oglądać „erotyczne” rzeźby i obrazy w albumie sztuki. I zdały sobie nagle sprawę, że incydent ten spowodował niezmazalną traumę czy wręcz zrujnował im życie.

Biedaczki, kruche, wrażliwe, niezdolne unieść tego ciężaru, niezdolne też najwyraźniej powiedzieć mężczyźnie, żeby trzymał łapy przy sobie, teraz chcą, żeby ktoś za to zapłacił. Karierą, wyrzuceniem z pracy, ostracyzmem, więzieniem jak się uda. Już nie tylko skrajne feministki z wydziałów gender mówią o „toksycznej męskości”, sugerując, że każdy mężczyzna jest z natury, zawsze i wszędzie, zagrożeniem dla kobiet i nie zasługuje na normalny proces sprawiedliwości.

Tutaj też najskrajniejsze postawy wypełzły z czeluści seminariów o gender do naszej codziennej rzeczywistości. Kobieta zawsze ma rację i nie wolno tego kwestionować (patrz „intersekcjonalność”, powyżej).
Kevin Spacey to rzadki przypadkek, gdy homoseksualistę oskarżono o seksualne molestowanie. Na zdjęciu w roku 2014 z byłym prezydentem USA Billem Clintonem. Fot. Reuters/Lucas Jackson
„Procesy” na Twitterze i Facebooku odbywają się bez dociekań i bez potrzeby dowodów: zaraz po oskarżeniu następuje wyrzucenie z pracy i koniec kariery. Natychmiast też następuje cenzura i wymazywanie z historii w sowieckim stylu: wycofuje się filmy, w których oskarżeni występują. Wycofano nowy serial telewizyjny z aktorem Kevinem Spacey’em (to rzadki jak dotąd przypadek, gdy homoseksualistę oskarżono o seksualne molestowanie mężczyzny).

W mediach społecznościowych pojawił się też apel, aby usunąć z nowego filmu sceny, w których występuje aktor Matt Damon, ponieważ jego poglądy w tej sprawie nie były całkiem ortodoksyjne: powiedział on mianowicie, że większość mężczyzn, z którymi pracował, nie ma zwyczaju molestowania kobiet. Zauważył też, nierozważnie, że jest pewna różnica między gwałtem, a klepaniem kogoś po kolanie, czy nawet po jakiejś innej części ciała, i że może należałoby, nie pomniejszając ohydy klepania kobiet po kolanach ani tym bardziej po innych częściach ich ciała, tę różnicę jakoś uwzględnić.

To okazało się nie do przyjęcia: Matt Damon został skazany, przekreślony, wymazany.

Stalinizm bez gułagów

Podobnych przypadków było już wiele. Można się zastanawiać, czy - zwłaszcza w ogólnej atmosferze niechęci do Pierwszej Poprawki i entuzjazmu dla cenzury - znikną z obiegu filmy wszystkich oskarżonych o molestowanie seksualne. A co z książkami? Już od kilku lat studenci Anglii i w Ameryce domagają się wycofania z bibliotek książek, napisanych przez ludzi kojarzonych z rasizmem, kolonializmem, niewolnictwem - z czymkolwiek, co ich ideologia potępia. Domagają się też zdejmowania obrazów i burzenia pomników takich ludzi.

W następnej kolejności nieuchronne będzie wycofanie książek pisarzy sceptycznych wobec globalnego ocieplenia. A na koniec wszystkich książek napisanych przez mężczyzn.

Wyłaniają się tu dwa problemy.

Po pierwsze, kobiety zachowują się, jakby walka o prawa kobiet - to znaczy pierwsza fala feminizmu, zanim stoczył się on w absurdy - w ogóle się nie odbyła: jakby były słabe, kruche, bezbronne, bezradne, potrzebujące ochrony i opieki.
Christina Hoff Sommers
Nagle kobiety znów należą do kategorii ofiar. Nie wszystkie z nas to zachwyca; dla wielu kobiet jest to zdrada tego, o co przez ponad pół wieku walczyły. Nie jedyna zdrada oczywiście, bo kolejne fale feminizmu w absurdalności swoich wymagań też zdradziły walkę o prawa kobiet, ale ta ostatnia zdrada wydaje się szczególnie szokująca i pożałowania godna.

Drugi problem jest inny. Co nam to wszystko przypomina? Cenzura, ortodoksja partyjna, donosicielstwo, ostracyzm, wyrzucanie z pracy za poglądy i za niesłuszne wyniki badań naukowych? Otóż (nie ma nagrody za dobrą odpowiedź na to pytanie) przypomina to najgorsze lata stalinizmu w Rosji - choć trzeba przyznać, że na razie bez aresztów, egzekucji i gułagów. Nawet w PRL-u nie było takiej atmosfery.

Uczą ci, co nic nie wiedzą

Ale (i tu właśnie tkwi drugi problem) większości młodych ludzi, urodzonych po upadku komunizmu, obecna sytuacja niczego nie przypomina. Wskutek zniszczenia uniwersytetów przez polityczną poprawność nie uczą się historii, ich fanatyzm, nawoływania do cenzury, nowomowa, jaką się posługują, z niczym im się nie kojarzą.

Także wśród wykładowców przewagę mają teraz ci, co o historii dwudziestego wieku nic nie wiedzą i niczego nie pamiętają. Prawie nikt już nie wie, czym były dwudziestowieczne totalitaryzmy i sowiecki komunizm; pokolenie, które to pamięta, powoli wymiera.

Tak więc od nowa będziemy budować ten nowy wspaniały świat. Dobrego Nowego Roku!

– Agnieszka Kołakowska, eseistka, tłumaczka, filolog klasyczny, opublikowała m.in. „Wojny kultur i inne wojny” (2010) oraz „Plaga słowików” (2016).
Zdjęcie główne: Brytyjscy i amerykańscy specjaliści od politpoprawności zastanawiają się, czy zakładanie z okazji Halloween strojów czarownic nie jest przywłaszczaniem kulturowym tradycji wiedźm. Fot. Reuters/Luke MacGregor
Zobacz więcej
Cywilizacja Najnowsze wydanie
Epidemia zabija Amerykę
Do grona ofiar w każdej chwili może dołączyć 11 milionów Amerykanów. Szczególnie zagrożeni są biali z wykształceniem średnim lub niższym.
Cywilizacja Najnowsze wydanie
Kiedy ksiądz ma żonę
Tomasz P. Terlikowski: Kościół katolicki mógłby pozwolić kapłanom zawierać małżeństwa i zakładać rodziny. Tyle że skutki tej zmiany byłyby opłakane.
Cywilizacja Poprzednie wydanie
Wielki Mark patrzy
Regulamin Facebooka mógłby być umieszczony przez George’a Orwella w „Roku 1984” jako instrukcja dla działalności Wielkiego Brata.
Cywilizacja Poprzednie wydanie
Duma fermentuje w kwewri
Klasyczne, wspaniałe gruzińskie wina rzadko trafiają na europejskie stoły. Aż 98 procent jest bowiem robiona „pod klienta z sowieckiego imperium”: są cienkie, podłe i często – słodkie.
Cywilizacja Poprzednie wydanie
Jadłodzielnie. Nie mylić z jadłodajniami
Nie zajmują się żywieniem ubogich, tylko dzieleniem się tym, czego bywalcy mają za dużo. Trafiają tam egzotyczne owoce, belgijskie czekoladki, karob, ale i dania tzw. diety pudełkowej.