Cywilizacja

Donald Trump idzie na wojnę

Zasadnicza część sezonu NFL kończy się za miesiąc, ale spór o zachowanie zawodników w czasie odgrywania hymnu amerykańskiego nie został rozwiązany. Bo to nie kwestia formalna, ale konflikt cywilizacyjny, w który włączył się prezydent Trump. Po niedawnej jedenastej kolejce ligi znów twittował krytykując gracza, który siedział w czasie odgrywania hymnu USA. Sprawa budzi takie emocje, że padają propozycje, aby od nowego sezonu wpuszczać zawodników na boisko dopiero po hymnie.

W tym sporze chodzi o stosunek do ojczyzny i tradycji, gdyż zarówno „gwiaździsty sztandar”, jak i napisany w 1814 na jego cześć wiersz (który po dodaniu muzyki stał się tak popularny, że od 1931 r. jest oficjalnym hymnem Stanów Zjednoczonych) to symbole jednoczące Amerykanów. Jedne z niewielu, poza językiem, wspólną historią i Konstytucją.

Nie przypadkiem flagi wiszą przed większością amerykańskich domów, a miliony uczniów w szkołach recytują codziennie przed rozpoczęciem nauki słowa: "Składam przysięgę na wierność sztandarowi Stanów Zjednoczonych i republice, którą on reprezentuje. Jeden naród, a nad nim Bóg, naród niepodzielny, ofiarujący wolność i sprawiedliwość wszystkim". Odgrywanie hymnu i salutowanie fladze jest chyba najbardziej amerykańskim elementem niemal każdej imprezy publicznej, w tym także – a może wręcz przede wszystkim - sportowej: od ligi szkolnej aż po profesjonalne ligi bejsbola, koszykówki, hokeja, futbolu amerykańskiego od tego zaczyna się każdy mecz.

"Nie będę stał i okazywał dumy z flagi kraju, który prześladuje czarnych i kolorowych"
- Colin Kaepernick

Rozgrywający siedział

I tak samo było w lidze NFL, najpopularniejszej i przynoszącej największe zyski, której finałowy mecz o tzw. Super Bowl ogląda grubo ponad sto milionów Amerykanów, a więc większość tych, którzy mają oczy oraz świadomość. Z reguły meczom towarzyszyły powiewanie ogromniastą na pół boiska flagą i różne elementy wojskowego ceremoniału. Aż do 2016 r., gdy rozgrywający (quarterback) zespołu San Francisco 49ers Colin Kaepernick w proteście przeciw nierównościom rasowym postanowił siedzieć w trakcie odgrywania hymnu.

Było to w okresie, gdy w Ameryce podniósł się bunt czarnoskórych przeciw „brutalności policji” wywołany śmiertelnym postrzeleniem osób, które właściwie nie popełniły żadnych wykroczeń lub biernie sprzeciwiały się stróżom prawa. Sprawy były bardzo kontrowersyjne, wywołały zamieszki połączone z podpaleniami, rabunkami i ofiarami śmiertelnymi m.in. w Baltimore oraz Houston i przyczyniły się do powstania ruchu „Black Lives Matter”, co można nieco na okrągło przetłumaczyć jako „Życie Czarnych Mieszkańców Ameryki Też Ma Swoją Wartość”.

Zawodnicy uklękli podczas hymnu, wiceprezydent opuścił stadion

Trump skrytykował sportowców i domagał się wyłączenia ich z rozgrywek.

zobacz więcej
Kaepernick – jeszcze dwa lata temu jedna z głównych gwiazd NFL - był wtedy już tylko zawodnikiem rezerwowym. W kolejnych meczach siedział albo przyklękał na jednym kolanie, co było demonstracyjnym brakiem szacunku dla hymnu i flagi.

Aby nikt nie miał wątpliwości już nieco ponad rok temu, w sierpniu 2016 r. wydał oświadczenie,: „Nie będę stał i okazywał dumy z flagi kraju, który prześladuje czarnych i kolorowych. Dla mnie ta sprawa jest ważniejsza niż futbol i byłbym samolubny postępując inaczej. Na ulicach leżą ciała, a ludzie «w domyśle – policjanci – przyp. JZ» są na płatnych zwolnieniach i unikają odpowiedzialności za morderstwa” napisał sportowiec.
Media kreują aktywistę

W poprzednim sezonie, który zakończył się w lutym tego roku, do protestu dołączyło jeszcze kilku zawodników, ale akcja nie cieszyła się poparciem społecznym. Wręcz przeciwnie – według badań opinii przeprowadzonych dla CBS Sports aż 72 proc. Amerykanów nie podobała się postawa gwiazdy NFL. Słowa Kaepernicka nie miały odpowiedniego ciężaru także dlatego, że jego sportowa kariera uległa gwałtownemu wyhamowaniu: do końca poprzedniego sezonu wciąż zarabiał 18 milionów dolarów za rok, ale właściwie stracił miejsce głównego rozgrywającego, a i 49ers byli cieniem samych siebie z poprzednich sezonów.

Przed tegorocznym sezonem NFL, który rozpoczął się na początku września, sprawa protestu Kaepernicka wróciła. Rozgrywający po dwóch błyskotliwych latach w lidze nie stanowił już takiego zagrożenia, jak kiedyś. Przed nowym sezonem nie znalazł się zespół gotowy go zatrudnić, co od razu wywołało podejrzenia, że jest prześladowany za poglądy i kolor skóry. W mediach pojawiły się wielkie artykuły, kreujące Kaepernicka na sumienie Ameryki oraz wręcz żądające zatrudnienia go jako rozgrywającego, co w NFL wiąże się z wielomilionowym kontraktem.

W artykule w lewicującym „New York Timesie” napisano sylwetkę sportowca pod tytułem „Przebudzenie Colina Kaepernicka” z intrygującym leadem:„To na uczelni Kaepernick rozpoczął podróż, która zawiodła go tam, gdzie jest dzisiaj: jednego z najbardziej znanych ale i powodujących podziały aktywistów w świecie sportu”. Gazeta uczyniła z niego jeden ze współczesnych symboli walki o prawa obywatelskie i przeciw nierównościom społecznym, pytając retorycznie czy 29-letni bezrobotny obecnie quarterback zagra jeszcze kiedykolwiek w NFL czy zapamiętany będzie jako iskra, która rozpaliła potężny ruch społeczny. W dniu rozpoczęcia sezonu przyszła odpowiedź: żaden z 32 zespołów nie zdecydował się zatrudnić Kaepernicka nawet jako rezerwowego.

Instynkt, przesada, niewiedza

W USA nadal niespokojnie. Lawina aresztowań z powodu „wojny rasowej”

Setki ludzi trafiły do aresztów.

zobacz więcej
Przez pierwsze dwie kolejki rozgrywek NFL sprawa żyła swoim życiem, a protest „klęczących” nadal się tlił. Pojedynczy zawodnicy przyklękali podczas hymnu, ale mało kto o tym mówił.

Aż w końcu w czasie wyborczego wiecu w Alabamie 22 września do sprawy nawiązał prezydent Donald Trump. – Czyż nie chcielibyście zobaczyć jednego z właścicieli drużyny NFL mówiącego, kiedy ktoś nie będzie okazywał szacunku naszej fladze: „Weźcie tego sukinsyna z boiska natychmiast, wywalcie, jest zwolniony. Jesteś zwolniony” – zakrzyknął na wiecu Trump, ku uciesze dziesiątek tysięcy fanów.

Trzeba pamiętać, że użyty przez niego zwrot „Jesteś zwolniony!” („You fired!”) to wciąż pamiętane zawołanie Trumpa, gdy przed kilkunastu laty prowadził – jako biznesmen – swój reality show „Apprentice”. Show, który nie tylko przyniósł mu sławę i kolejne miliony dolarów, ale uczynił z nazwiska „Trump” markę znaną niemal w każdym amerykańskim domu, co niewątpliwie ułatwiło mu późniejszą drogę do Białego Domu.



Po tej wypowiedzi prezydenta wszystkie tradycyjne media oraz media społecznościowe zawrzały. Trump przyjechał do prowincjonalnej Alabamy na wiec poparcia dla lokalnego kandydata w przedterminowych wyborach. Wcześniej nie wykazywał specjalnego zainteresowania sprawą protestem sportowców. Jak napisał raczej przychylny Trumpowi „Wall Street Journal”, prezydent tego wieczoru wykazał się typową dla niego kombinacją „politycznego instynktu, retorycznej przesady oraz niewiedzy”, mieszanki która zwykle kończy się awanturą na cały kraj. Tak było i tym razem: zamiast normalnej krytyki, prezydent – ku uciesze ultrasów z Partii Republikańskiej – zażądał wywalenia z pracy protestujących „sukinsynów” – a więc głównie czarnoskórych sportowców.
Prezydent poczuł krew

Reakcja była natychmiastowa: w niedzielę i poniedziałek, gdy rozgrywano mecze, ponad dwustu zawodników albo przyklękło, albo nie stało na baczność w czasie hymnu. Dwie drużyny z właścicielami zaplotły ramiona na środku boiska na znak protestu, ale i solidarności. Pittsburgh Steelers postanowili schować się w szatni, co się nie udało, bo jeden z zawodników – były żołnierz, weteran walk w Iraku – stał samotnie, oddając hołd fladze, co przyniosło mu wielkie uznanie w kraju (koszulka z jego nazwiskiem stała się od razu bestsellerem), a drużynie ogromną porcję gwizdów i krytyki. Władze ligi NFL wydały ostre oświadczenie, krytykując Trumpa za okazanie „braku szacunku” dla ligi i jej zawodników, którzy jako obywatele, mają przecież – gwarantowane przez pierwszą poprawkę do Konstytucji - prawo do swobodnego wyrażania poglądów.

Słowa Trumpa padły w piątek wieczorem i przez cały weekend były głównym medialnym tematem dnia, mimo że przecież na Portoryko i na Karaibach szalały w tym czasie wielkie huragany. Sprawę podgrzali sportowcy, w tym czarnoskórzy koszykarze, mało kulturalnie odpowiadając – jakby nie było – 45. prezydentowi Stanów Zjednoczonych. „Ty, żulu” - zwrócił się do Trumpa gwiazdor koszykarskiej ligi NBA LeBron James, pisząc że „wizytowanie Białego Domu (prezydenci USA tradycyjnie przyjmują u siebie dorocznych zwycięzców lig futbolu, bejsbola, koszykówki i hokeja – przyp. red.) było wielkim zaszczytem do momentu aż przyszedłeś ty”. Medialno-celebrycki światek zatrząsnął się zgodnie z oburzenia. Media konserwatywne poparły Trumpa, żądając szacunku dla symboli tak ważnych dla patriotów.

Prezydent poczuł krew i na swoim koncie na Twitterze kontynuował atak, oskarżając właścicieli drużyn o polityczną poprawność i „strach” przed zawodnikami, a kibiców – w dużej mierze gorących patriotów – zachęcał do „bojkotu NFL”, jeśli protesty na boisku nie ustaną. „Powiedzcie im, że mają stać!” - napisał do swoich zwolenników najbardziej znany użytkownik Twittera na świecie.

Drugi tydzień po ataku Trumpa, gorączka nieco opadła. Pomimo że prezydent napisał – jak zwykle na Twitterze – że „jest bardzo ważne”, aby zawodnicy stali podczas hymnu, „okazując szacunek dla flagi i kraju”, kilkudziesięciu przyklękło, inni w geście protestu – rodem z czasów walki z segregacją rasową w latach sześćdziesiątych – wznieśli pięści. Było ich znacznie mniej niż tydzień wcześniej, ale i tak sporo.

Najbardziej zaangażowani byli zawodnicy San Francisco 49ers, byłego zespołu Colina Kaepernicka, którzy wydali nawet specjalne oświadczenie. „Przez ponad rok, zawodnicy naszego zespołu protestowali przeciw uciskowi i niesprawiedliwości społecznej, która wciąż istnieje w naszym społeczeństwie. O ile niektórzy nie przyklęknęli czy nie wznieśli pięści, wszyscy chcemy wpłynąć na pozytywną zmianę. Dzisiaj nasza drużyna zdecydowała się pokazać, że jesteśmy zjednoczeni” - napisali. Sam Kaepernick, złożył pozew przeciw lidze o dyskryminację, której skutkiem jest brak zatrudnienia. Zaś znany zawodnik Oakland Riders Marshawn Lynch przyszedł na mecz w koszulce „Wszyscy przeciw Trumpowi”.

W kolejnych kolejkach protest jednak wyraźnie przycichł, przynajmniej medialnie. Całkiem możliwe, że właściciele klubów i szefostwo ligi uświadomiło sobie, że burza wywołana przez lokatora Białego Domu ma spory odzew społeczny.

Ale nie do końca, bo choć w czasie ostatniej, jedenastej kolejki, demonstrowało już tylko pięciu zawodników, to wspomniany Lynch najostrzej: w czasie rozgrywanego w Meksyku meczu stał na hymnie meksykańskim, a siedział na amerykańskim.

Na ripostę Trumpa nie trzeba było długo czekać: „Marshawn Lynch z zespołu Oakland Raiders stał na hymnie Meksyku a siedział na naszym zresztą wygwizdywany. Wielka to zniewaga! Następnym razem NFL powinna go zawiesić do końca sezonu. Widzowie na trybunach i w czasie transmisji bardzo do dołu” - rzucił po swojemu na Twitterze 45. prezydent Stanów Zjednoczonych.

Zawody robotów z tatuażem

Na baczność podczas hymnu albo kara. Władze NBA ostrzegają koszykarzy

Nie sprecyzowano, jakie kary grożą zawodnikom.

zobacz więcej
Dla NFL atak Trumpa nie mógł przyjść w gorszym czasie. Liga od dwóch lat notuje znaczne spadki oglądalności meczów w telewizji. Zarabiająca kilkanaście miliardów dolarów rocznie organizacja odczuwa pewne przesycenie publiczności monumentalnością meczów profesjonalnego futbolu amerykańskiego. Zawody stały się trwającymi nawet do czterech godzin widowiskami, w którym czysta gra to zajmuje od biedy jedną czwartą czasu, reszta to reklamy i przerwy. Sami zawodnicy są już nie sportowcami, a cele brytami, a ich coraz większa siła fizyczna oraz sprzęt ochronny sprawiają, że często w meczach nie ma już odrobiny finezji, są to po prostu zawody – jak się wyraził jeden z komentatorów – „wytatuowanych robotów”.

Do tego dochodzą kwestie pieniędzy: kluby mają niesamowite, idące w miliardy dolarów zyski ze sprzedaży praw do transmisji ale także ze zwolnień podatkowych i innych fiskalnych zachęt, często wymuszanych na lokalnych władzach groźbami przeprowadzki drużyny do innej miejscowości. Wszystko to powoduje rosnącą irytację coraz większej rzeszy kibiców, którym nie podoba się fakt, że zarabiający miliony dolarów rocznie sportowcy zamiast po prostu grać, bawią się w uprawianie polityki na stadionach. Nic dziwnego, że po akcji Trumpa oglądalność NFL znów spadła o kilka procent.

W porównaniu z poprzednim sezonem oglądalność zaledwie po sześciu z szesnastu kolejek spadła o 7,5 proc. i dalej leci na łeb na szyję. A widzów jest aż o prawie 19 proc. mniej niż w 2015 r. To wszystko oznacza straty idące w setki milionów, jeśli nie miliardy dolarów. Nic dziwnego, że właściciele klubów, którzy są współwłaścicielami imperium NFL, chcieli rozwiązania kompromisowego: pokazania, że są za „wolnością”, ale bez dalszego zrażania sobie patriotycznie nastawionej publiki. Skończyło się jak zwykle na niczym: liga nie zdecydowała się na żadne sankcje wobec graczy za przyklękanie czy siedzenie podczas hymnu, choć jednocześnie komisarz NFL Roger Goodell zadeklarował, że „zawodnicy powinni stać” w czasie hymnu.

Donald Trump uznał, że to nie wystarczy. „NFL zdecydowało, że nie zmusi swoich graczy aby stali na baczność w czasie hymnu. Zupełny brak szacunku dla naszego wielkiego kraju” - napisał prezydent – a jakże – na Twitterze.

Choć w kuluarach coraz częściej mówi się, że w przyszłym sezonie władze ligi zmienią przepisy: zawodnicy i trenerzy będą wybiegać na boisko już po odegraniu hymnu…

Zaczął Barack, Donald eskaluje

Afera kloaczna. Jedenaście stanów skarży Obamę

Republikanie sprzeciwiają się rozporządzeniu w sprawie swobody wyboru toalet szkolnych przez osoby transseksualne.

zobacz więcej
W Stanach Zjednoczonych wojna kulturowa trwa niemal cały czas. Od czasu do czasu wybucha z pełną siłą, dzieląc Amerykę na dwa plemiona, które prowadzą ze sobą coraz brutalniejszą walkę na wyniszczenie. Podsycał ją Barack Obama, choć był politykiem ostrożnym, to stale wywoływał ostre spory ideologiczne. Jego mocne „tak” dla wielokulturowości, legalizacji osób przebywających w USA nielegalnie, tzw. małżeństw jednopłciowych czy nieomal nieograniczonej dopuszczalności aborcji na konserwatystów działało jak płachta na byka. Końcówka prezydentury Obamy to absurdalna „wojenka o kible” czyli nakaz udostępnienia toalet w szkołach osobom transseksualnym w zależności od deklarowanych przez nie, a nie biologicznej płci. Walka, prowadzona zupełnie poważnie w imię obrony praw obywatelskich, co stało się wręcz przedmiotem kpin, które doskonale wyrażał dowcip: „Demokrata Kennedy wysłał facetów na Księżyc, demokrata Obama posłał mężczyzn do damskich toalet”.

Donald Trump znakomicie odnajduje się w roli Rycerza Politycznej Niepoprawnosci. Ma doskonały słuch polityczny, grając na emocjach swoich zwolenników, niczym wirtuoz na fortepianie. Jednym z pierwszych ruchów na stanowisku prezydenta USA, było zniesienie dekretu dotyczącego toalet. Potem przyszło odkręcanie innych lewicowych decyzji Obamy: w kwestii imigracji, ochrony przyrody (prowadzonej przez poprzedniego prezydenta według scenariusza pisanego przez najbardziej radykalnych ekologów) czy aborcji. Teraz uderzył w histeryczny ton w kwestii flagi i hymnu, doskonale wyczuwając populistyczno-patriotyczne nastroje. Te działania gwarantują Trumpowi niemal ciągły stan wzmożenia wyborczej bazy, rozgrzanej tarciami na linii: liberalne elity oraz „reszta kraju”.
Jezus i futbol

Dziennik „The Wall Street Journal” biadoli nad „polityzacją Ameryki” nieomal na wszystkich polach: „Postępowe siły zaczęły zatruwać nawet ulubiony sport Ameryki kreują Kaepernicka na bohatera za to, że nie stanął na baczność w czasie hymnu. Potem, gdy żaden zespół go nie zatrudnił, podbiły stawkę, czyniąc z niego męczennika ruchu postępu”. Choć normalnie myślący fachowcy od futbolu nie chcieliby w szatni mieć zawodnika, który poprzez kontrowersje zabiera tak potrzebny drużynie spokój przed meczem, to dla lewicy nie jest to istotne, gdyż jej zdaniem każda dziedzina życia dotyczy „kwestii rasy i podziałów klasowych” i musi być oceniana tylko i wyłącznie z tej perspektywy.



Najciekawsze jest to, że najwięksi zwolennicy klękania jako metody walki z rasizmem i nierównościami głośno protestowali, gdy przed kilku lat, grający wtedy w NFL żarliwy chrześcijanin Tim Tebow, po każdym dobrym zagraniu przyklękał, kładł rękę na kolanie i pochylał głowę, dziękując w ten sposób Bogu, swemu Stwórcy. Gest stał się tak popularny, że zyskał miano robienie „tebowingu”. Miliony kibiców futbolu amerykańskiego – zwłaszcza na Południu, gdzie istnieją tylko dwa bóstwa: Jezus i futbol amerykański – było wręcz wniebowziętych. Jednak dla medialno-liberalnych elit Tebow – zawsze wbiegający na stadion z dwoma uniesionymi palcami wskazującymi na Niebo i modlący się przed meczem na murawie – był problemem, prowokującym do pytań: czy sportowiec może pokazywać wiarę publicznie, czy w ogóle powinien odwoływać się do Jezusa Chrystusa.

Gdy chodzi o ostentacyjne nie oddawanie honorów fladze czy ignorowanie hymnu, problemu nie ma. Komentatorzy przypominają „konstytucyjne prawo do swobodnego wyrażania myśli”, chwaląc „obywatelskie zaangażowanie” protestujących. Zaś realizatorzy telewizyjni robili wszystko aby nie pokazywać protestów kibiców, a zwłaszcza przeraźliwego buczenia, jakie słychać było, gdy niektórzy sportowcy klękali. W dobie smartfonów i mediów społecznościowych niezadowolenia publiczności jednak ukryć się nie dało. Aby uniknąć kontrowersji stacje telewizyjne rezygnowały z transmitowania momentu odgrywania hymnów na żywo, zastępując je gadającymi głowami w studio lub emisją reklam.

Ważne emocje

Projekt ustawy „Broń dla patriotów”. Kukiz'15 wnosi autopoprawki

Poprawki zakładają m.in. badania psychiatryczne dla osób ubiegających się o dostęp do broni.

zobacz więcej
Co dalej? Wydaje się, że sprawa powinna przycichnąć, bo tak jest w interesie wszystkich stron. Krezusi ligi NFL nie mogą sobie pozwolić na bojkot ze strony patriotycznie nastawionych widzów. Nie dość, że spadająca oglądalność to mniejsze zyski, ale zaraz mogą pojawić się dalsze pytania o subwencje i lukratywne kontrakty dla klubów, które i tak nie są najbiedniejsze. Marketingowo nie da się długo – jakby marzyli sobie luminarze z kawiorowej lewicy – sprzedawać produktu ludziom (sport, to obok Boga, największa amerykańska pasja), jednocześnie gardząc ich wartościami - bo dla większości widzów NFL amerykańska flaga to świętość.

Także i Trumpowi nie opłaca się zbyt długa wojna na wyniszczenie, które grozi erozją kolejnej amerykańskiej instytucji życia społecznego (a jest nią niedzielne rodzinne oglądanie meczów futbolu teraz rozciągnięte dla fanów także na czwartkowe i poniedziałkowe wieczory). Sam prezydent będzie też potrzebował właścicieli klubów NFL, którzy w większości tak hojnie wsparli jego kampanię w 2016 r. i powinni to uczynić także przy spodziewanej bitwie o reelekcję.

Zresztą, jak to zwykle bywa, medialny cykl nie trwa wiecznie: Trump co miał zyskać sondażowo, już zyskał a inne wydarzenia wypierają kwestię „klękać czy stać przed flagą”. Ot choćby zabójstwo 58 osób w Las Vegas, znów miało otworzyć kolejny front w nieustającej wojnie kulturowej, która szarpie Ameryką rozrywając jej jedność. Zagadnienie, które rozgrzewa Amerykanów do białości: kwestię dostępu obywateli do broni palnej.

Po paru tygodniach sprawa strzelaniny nieco przycichła, a sprawa oddawania szacunku „gwiaździstemu sztandarowi”, pomimo kolejnych skandalików, gaf Trumpa oraz medialnej obsesji na punkcie przygwożdżenia prezydenta, trwa nadal. Co tylko oznacza, że wojna futbolowa Trumpa dotyka jednak ważnych dla Amerykanów emocji.

– Jeremi Zaborowski z Chicago
Zdjęcie główne: Przed meczem NFL między Dallas Cowboys i San Francisco. Colin Kaepernick klęczy podczas hymnu USA w proteście przeciwko brutalności amerykańskiej policji i. (fot. PAP/EPA JOHN G MABANGLO)
Zobacz więcej
Cywilizacja Najnowsze wydanie
Jerozolima. Od Dawida do Donalda
Dla Żydów jest problemem, że tam, gdzie znajdowało się ich najświętsze miejsce, chodzą profani i odprawiane są obce obrzędy religijne.
Cywilizacja Najnowsze wydanie
Samotność w Cerkwi
– Powód do kajania się jest jeden: onanizm. Innych grzechów jakby nie było – mówi moskiewski teolog i diakon Andriej Kurajew o rosyjskim prawosławiu, które „upaja się władzą i unika rozliczeń”.
Cywilizacja Najnowsze wydanie
Cukier krzepi... raka
Dróżdż na cukrze rośnie szybko. Co nam odpowiada, gdy pieczemy wielkanocną babę. Dokładnie jednak ten sam proces występujący w komórkach ludzkich, to dramat. Początek dramatu.
Cywilizacja Najnowsze wydanie
Niepodległość w stu odcieniach
Katalonia, w której 21 grudnia odbędą się wybory do lokalnego parlamentu, jest tylko jednym z wielu regionów świata aspirujących do posiadania własnej państwowości.
Cywilizacja Poprzednie wydanie
Pożegnanie ze Szwejkiem?
Sen polskich oświeconych liberałów o Czechach zakończył się zaskakującym przebudzeniem.